Czwartek, 27 czerwca 2019. Imieniny Cypriana, Emanueli, Władysława

Katarzyna Anuszewicz-Kulesza: Żyję sztuką, nie brakuje mi fantazji

2013-03-09 12:10:00 (ost. akt: 2013-03-08 19:04:26)
Katarzyna Anuszewicz-Kulesza: Czerpię również ze snów. Zdarza się, że przyśni mi się coś fajnego i wstaję rano z gotowym pomysłem

Katarzyna Anuszewicz-Kulesza: Czerpię również ze snów. Zdarza się, że przyśni mi się coś fajnego i wstaję rano z gotowym pomysłem

Autor zdjęcia: Michał Skroboszewski

Talentu Katarzynie Anuszewicz-Kuleszy można tylko zazdrościć. W rękach tej uzdolnionej artystki z Elbląga nawet rzeczy codziennego użytku zmieniają się w prawdziwe dzieła sztuki. O swojej pasji opowiada w rozmowie z Nataszą Jatczyńską.

Pani Kasia przyjęła nas w swoim mieszkaniu - pracowni. Przekraczając jego próg, nie ma się wątpliwości, że mieszkają w nim artystyczne dusze. Wzrok przyciągają Yoda i Watto - wykonane przez panią domu postacie z "Gwiezdnych wojen", czy weneckie maski zerkające na gości ze ścian. Nie ma dziedziny sztuki, z którą nasza rozmówczyni by się nie zmierzyła. Jej prace chyba jednak najbardziej znane są dzieciom.

— To efekt pani wieloletniej współpracy z pisarką Wiolettą Piasecką. Zilustrowała pani już całkiem sporo jej książek - "Kosmiczną przygodę", "Gołąbka", "Rakowe opowieści" czy "Kapitana Mero". Stworzone przez panią postacie ożywiają wyobraźnię najmłodszych elblążan. Ciężko jest dojrzałemu artyście ilustrować książki skierowane do tak młodego czytelnika?

— Zupełnie nie mam z tym problemu. Nie brakuje mi fantazji. Myślę, że w takich przypadkach do głosu dochodzi moje wewnętrzne dziecko. Muszę przeczytać i wczuć się w opowieść, do której mam stworzyć ilustrację. Najczęściej też przespać się z tematem. Czasami miną trzy, cztery dni zanim w mojej głowie zrodzą się pomysły. Robię kilka szkiców głównych postaci i wybieram najlepsze. Często pomaga mi w tym mąż Marek. Efekty tych zabiegów najczęściej podobają się dzieciom i to daje mi największą satysfakcję.


— Mówi pani jednak, że nie pamięta tytułów książek, które zilustrowała?

— No rzeczywiście, może to dziwne. Trudno mi również zliczyć bajki i czasopisma, które zilustrowałam. Cały czas coś robię, co chwila pochłania mnie coś innego. Tak naprawdę te ilustracje, to tylko mały wycinek tego wszystkiego.

— W rozmowie telefonicznej przed naszym spotkaniem wspominała pani również o fotografii.

— No tak. Ale to mój zawód wyuczony. Nie ukrywam, że bardzo pomaga mi w pracy. Jednak moja pasja to sztuki plastyczne. Mam tak, odkąd sięgam pamięcią. Sztuka była zawsze obecna w moim życiu. Od dziecka malowałam. Pamiętam, że w szkole podstawowej dobre stopnie zawdzięczam tworzeniu gazetek szkolnych czy kronik. Jestem samoukiem. Do wszystkiego doszłam ciężką pracą. Malarstwo najbliższe jest mojemu sercu. Jednak zajmuję się wieloma innymi rzeczami. Tworzę maski weneckie, lalki, witraże. Maluję obrazy na zamówienie. Pomagam również mężowi w pracy nad nowymi eksponatami z "Gwiezdnych wojen", stąd właśnie Joda i Watto.

— Te prace jakiś czas temu mogli oglądać elblążanie. Z tą wystawą zjeździliście zresztą już chyba całą Polskę?

— Rzeczywiście z wystawą byliśmy już w wielu miejscach, w Polsce i za granicą, a to jeszcze nie koniec. Sama ekspozycja cały czas się powiększa i to dosłownie. Ostatni statek, który robiliśmy, miał cztery metry długości.

— Jednak "Gwiezdne wojny" to głównie fascynacja męża. Chyba że i pani połknęła już tego bakcyla?

— Nie, na pewno nie. Ja po prostu pomagam w wykonaniu eksponatów i nie ukrywam, że sprawia mi to wiele frajdy. To dla mnie zdecydowanie inny, nowy wymiar sztuki i to mnie właśnie fascynuje.

— Jaki styl jest pani bliski?

— Raczej stare style, na przykład secesja. Nie lubię nowoczesnej sztuki. Nie neguję tego, ale moja sztuka musi być bardziej "namacalna".

— Piłeczki pingpongowe, stare ciuchy, lalki z lumpeksu, czy gadżety ze sklepu z "chińszczyzną". W pani pracowni nic się nie zmarnuje.

— Trochę tak jest. Wszystko się przyda. Piłeczki pingpongowe to oczy Yody. Jego paznokcie, to podrasowane tipsy. Włosy starej lalki mogą się przydać nowej, podobnie stare ciuchy. Lubię to. Cały czas coś robię i korzystam z najróżniejszych materiałów. W zależności od projektu.

— Podobnie jest chyba z inspiracjami?

— Inspiracje czerpię ze wszystkiego, co znajduje się dookoła. Zresztą, w dzisiejszych czasach nie trzeba wiele szukać. Czasami wystarczy zdjęcie, informacja podejrzana w internecie. To wystarczy, aby się nakręcić. Czerpię również ze snów. Zdarza się, że przyśni mi się coś fajnego i wstaję rano z gotowym pomysłem.

Wioletta Piasecka, autorka książek dla dzieci

— Kasię znam od lat. Jest bardzo utalentowana, nie tylko jeśli chodzi o ilustracje, maluje obrazy, rzeźbi i projektuje witraże. Myślę, że ilustratorzy ogólnie mają dosyć ciężkie zadanie. W utworze literackim jest sporo szczegółów i ilustrator powinien dobrze przeczytać tekst, żeby mieć na to oko. Jestem autorką 17 książek. Wszystkie są bogato ilustrowane przez różnych artystów. Czasami zdarzały się wpadki, bo na przykład w mojej pierwszej książce jest dziewczynka, która karmi jelonka. Ilustrator nie doczytał i na obrazku mała dziewczynka karmi jamniczka. Jest to niedopatrzenie nie tylko ilustratora, ale i wydawcy. Dlatego po otrzymaniu ilustracji kilka razy jeszcze powinno się porównać tekst z otrzymanymi pracami. Warto jednak dodać, że utalentowany ilustrator potrafi stworzyć klimat w najdrobniejszych szczegółach, nawet takich, które w tekście nie są dopowiedziane. To co jest w mojej wyobraźni, tak bardzo odbiega od fantazji ilustratora, że czasami nie mogę uwierzyć, że ja tę postać wymyśliłam.

Źródło: Dziennik Elbląski

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB