Niedziela, 19 września 2021. Imieniny Januarego, Konstancji, Leopolda

Filip już zawsze będzie z nami

2021-07-10 17:01:00 (ost. akt: 2021-07-09 11:34:47)

Autor zdjęcia: Ryszard Biel

Historia Justyny z Elbląga pokazuje, że czasem sprawy, którymi się zamartwiamy, mogą w jednej chwili okazać się bardzo błahe. Całą ciążę nasza bohaterka bała się porodu w czasach pandemii. A to nie poród okazał się być najtrudniejszy...

W marcu 2020 roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży — zaczyna swoją opowieść Justyna. — To był początek pandemii. — Niepewność tego, jak będzie wyglądał poród, była chyba wtedy dla mnie najgorsza. Ciągle śledziłam informacje czy będą porody rodzinne, jak to wszystko wygląda, co można, czego nie. W październiku otworzył się nowy oddział położniczy w szpitalu, w którym chciałam urodzić. To mnie trochę uspokoiło, a nawet ucieszyło.

W tym samym miesiącu okazało się, że cała rodzina Justyny musi przejść na kwarantannę. — U córki w przedszkolu wykryto zakażenie — tłumaczy. I dodaje: — Wtedy jeszcze były takie zasady, że wszyscy członkowie rodziny przechodzą na kwarantannę. Gdy zadzwonili do mnie z sanepidu z tą informacją, powiedziałam, że jestem w ciąży i zostały mi dwa tygodnie do rozwiązania. Pracownik mnie uspokoił, pokierował, żeby dzwonić do nich, gdyby coś się działo.

Justyna nie spędziła całej kwarantanny w domu. Ku zaskoczeniu wszystkich domowników, po kilku dniach zaczął się poród. — Nadal byłam na kwarantannie — zauważa. — Zadzwoniłam do sanepidu. Powiedzieli mi, że mam skontaktować się ze szpitalem i poinformować ich, jaka jest sytuacja. Pani ze szpitala zamarła i kazała mi zadzwonić za trzy minuty. Po trzech minutach kazała mi przyjechać — opowiada.

Na oddział została przyjęta jako osoba potencjalnie zakażona. — Nie zostałam więc skierowana na normalną porodówkę. Zostałam przyjęta na inną salę. Zrobiono mi test i miałam spędzić w tej sali czas do otrzymania wyniku. Marzyłam, żeby wyniki testu przyszły jak najszybciej.

— Przeżyłam ogromny stres — kontynuuje nasza bohaterka. — Nie wiedziałam, co mnie czeka. Rodziłam, a wokół mnie nikogo nie było. W drugiej sali pilnowała mnie tylko położna. Do tego wszystkiego doszedł ogromny ból oczu. Łzy leciały strumieniem. Koło godziny 23 położne się zmieniły. Zaczęłam mieć bóle parte. Ten poród był dla mnie koszmarem. Myślę, że będę miała traumę do końca życia.

Po urodzeniu Filipka świeżo upieczona mama widziała synka zaledwie chwilę. — Pokazano mi go tak, że w zasadzie widziałam tylko jego nóżki i zabrano go na inną salę — wspomina. — Powiedzieli mi, że skoro jestem potencjalnie zakażona, to nie mogą dać mi dziecka. Ból, jaki wtedy czułam, jest nie do opisania. To było najgorsze, co mnie spotkało w życiu. Zaraz po urodzeniu, nie mogłam dotknąć, pogłaskać, nawet spojrzeć na swoje maleństwo. Nikt mi nic nie mówił, jak się dziecko czuje, co z nim.

Sytuacja, z jaką przyszło się zmierzyć naszej rozmówczyni, wydawała się jej wręcz nierealna. Po chwili poprosiła położną, żeby chociaż zrobiła zdjęcie noworodka. Niestety nie udało się. I nagle, wiadomość, której Justyna się nie spodziewała. — Przychodzi pediatra i mówi mi, że dziecko ma podejrzenie Zespołu Downa — opowiada. — Stuprocentowa pewność będzie dopiero po badaniach, ale Filip ma charakterystyczne cechy, czyli wiotkość mięśni, migdałowate oczka i wysunięty język. Zamarłam. Wszystko to, co przeżyłam przez kilka ostatnich godzin, spadło na mnie w jednej chwili. To był koszmar. Jeszcze do tego doszły oczy, przez które prawie nic nie widziałam.

— Po tym wszystkim przeniesiono mnie na oddział ginekologiczny do pojedynczej sali. Okazało się, że mam ostre zapalenie spojówek. Nie miałam informacji co dzieje się z Filipem, potrzebowałam pomocy w sprawie oczu — wspomina dramatyczne chwile.

Justyna miała mętlik w głowie. Wtedy, po porodzie, cała ciąża wracała do niej w myślach. — Przebieg był prawidłowy, nie miałam żadnych problemów — opowiada. I dodaje: — Jestem młoda, w mojej rodzinie nie ma nikogo chorego, więc nie robiłam badań prenatalnych. Podczas badań USG lekarz też nigdy nie miał żadnych wątpliwości czy podejrzeń, że coś może być nie tak.

Filipek urodził się chory. Jak się okazało, to nie był koniec złych wiadomości. — Urodziłam w sobotę. W poniedziałek nadszedł długo przeze mnie wyczekiwany czas powrotu do domu. W międzyczasie przyszły wyniki mojego testu. Okazało się, że nie jestem zakażona. Dowiedziałam się też, że dziecko nie zostanie mi przyniesione, mimo tego, że test wyszedł ujemny. Filip musi zostać w szpitalu, a ja muszę wrócić do domu, ponieważ wciąż jestem na kwarantannie. Nawet nie mogłam go zobaczyć — Justyna wciąż przeżywa tamte chwile.

Kwarantanna miała trwać do czwartku do godziny 24. I do tego czasu dziecko miało pozostać na oddziale. — Czas, kiedy wróciłam do domu, jest po prostu nie do opisana — załamuje się nasza rozmówczyni. — Byłam zła, zrozpaczona i bezradna. Świadomość, że Filipek jest tam beze mnie, że nie mogę go nakarmić, a w domu jeszcze czekała na nas córka, która nie mogła się doczekać braciszka... Brak mi słów.

— Gdy skończyła mi się kwarantanna, w piątek z samego rana, zadzwoniłam do szpitala i zapytałam, o której mogę odebrać synka. Świat mi się zawalił. Usłyszałam, że Filip karmiony jest sondą i nie mogę zabrać go do domu. Dopiero po 10 dniach od narodzin, w końcu nadeszła długo przez wszystkich wyczekiwana chwila i mogłam zabrać swoje dziecko ze szpitala.

— Mój syn jest chory i nie miałam czasu się z tym oswoić — opowiada Justyna. — Dowiedziałam się o tym dopiero po porodzie i to był dla mnie bardzo trudny czas. Otrzymałam ogromne wsparcie ze strony całej rodziny. Mąż, mama, wszyscy mówili mi, jak byłam jeszcze w szpitalu, że damy sobie radę, że wszyscy będą go kochać. Te słowa najbliższych dały mi ogromną motywację do działania. Skontaktowałam się z panią, która jest mocno zaangażowana w pomoc osobom niepełnosprawnym. Bardzo mi pomogła rozmowa z nią. Ona nam wszystko wytłumaczyła, dała nam namiary na dobrą rehabilitację. Jak Filip miał trzy tygodnie, to już zaczął rehabilitację. Czas był tu bardzo ważny. Wiele badań musieliśmy zrobić prywatnie, żeby nie czekać za długo. Na niektóre trzeba czekać bowiem nawet dwa lata.

I dodaje: — Filip jest cudownym dzieckiem. Okazało się, że Zespół Downa, to nie jest nic strasznego. Mamy świadomość, że Filip będzie z nami już do końca, ale on nam daje tyle radości, jest takim dzieckiem, że jak rano wstaniesz i przyjdziesz do niego, to wita cię uśmiechem. Filip do końca życia będzie musiał chodzić na rehabilitacje, na wiele innych zajęć, które ułatwią mu codzienne funkcjonowanie. Co dalej? Alicja i Filip będą mieli brata. Jestem w ciąży. Okazuje się, że to też dla Filipa jest bardzo dobra wiadomość, że będzie miał rodzeństwo w podobnym wieku. To będzie dla niego duże wsparcie.

Jak informuje Wojewódzki Szpital Zespolony w Elblągu, zgodnie z decyzją Wojewody Warmińsko-Mazurskiego, szpital ten jest w I poziomie zabezpieczenia COVID-19 co oznacza, że nie leczy pacjentów z COVID-19. Zgodnie z przyjętymi procedurami, szpital przyjmuje pacjentów wyżej wymienionych w stanach zagrożenia życia, gdzie czas dojazdu do placówek medycznych leczących pacjentów z potwierdzonym zakażeniem koronawirusa może zagrażać ich życiu. Według tej zasady pacjentki ciężarne w izolacji czy kwarantannie przewożone były do szpitali w Olsztynie. W sytuacji gdy akcja porodowa, okres porodu nie pozwalał na transport pacjentki, rozwiązanie ciąży następowało w elbląskiej placówce. Porody te odbywały się w wyznaczonej dla tego rodzaju świadczenia Położniczej Izbie Przyjęć, co gwarantowało bezpieczeństwo pacjentki z podejrzeniem lub z COVID-19, jak również dla pacjentek zdrowych.

Karolina Król


Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB