środa, 17 sierpnia 2022. imieniny: Anity, Elizy, Mirona

Edith Marguerite Jurkiewicz-Pilska: Zauroczyła mnie Wenus

2022-06-25 15:00:00 (ost. akt: 2022-06-24 11:48:33)
Edith Pilska podczas próby sfotografowania komety widocznej na zdjęciu oraz srebrzystych obłoków

Edith Pilska podczas próby sfotografowania komety widocznej na zdjęciu oraz srebrzystych obłoków

Autor zdjęcia: Andrzej Kolasiński

– Moim życiem nie rządzą przypadki. Natomiast spotykałam i nadal spotykam osoby, które nie są przypadkowe – i to one niejednokrotnie zmieniają mój los – mówi Edith Marguerite Jurkiewicz-Pilska, urodzona we Francji fromborczanka.

To kobieta pełna pasji i rozległej wiedzy – pracowała jako astronom, gra na organach, a także napisała książkę o dziejach parafii św. Jakuba w Tolkmicku. W środę 14 czerwca na zaproszenie Miejskiej Biblioteki w Braniewie wygłosiła pogadankę z prezentacją na temat astronomii miłośniczej i balkonowej. Nam opowiada o swojej przeszłości, życiu zawodowym i fascynacjach.

– Edith Marguerite – czy te imiona mają związek z pani miejscem urodzenia?


– Tak. Urodziłam się w Lyonie. Moja mama miała na imię Edith. Pochodziła z rodziny austro-węgierskiej, o czym świadczy jej nazwisko panieńskie: Tabery. Ojcu to imię bardzo się podobało, więc i ja je otrzymałam. Drugie nadane mi przez ojca imię, Marguerite, zadowoliło siostry zakonne, które prowadziły szpital, gdzie przyszłam na świat, a sala, na której moja mama leżała, była pod wezwaniem św. Małgorzaty. Francuska wersja tego imienia – Marguerite.

– Teraz z kolei mieszka pani w Polsce. Kiedy opuściła pani Francję?


– To był grudzień 1957 roku. Ojciec ciężko zachorował na grypę azjatycką (mieszkaliśmy wtedy we Frankfurcie nad Menem) i pragnął powrócić do Warszawy, gdzie przed II Wojną Światową mieszkał z matką i rodzeństwem. Moja mama spełniła jego życzenie i tak znaleźliśmy się w Warszawie. Na szczęście ojciec wyzdrowiał. Miałam wtedy 8 lat.

– A jakie ma pani wspomnienia z tych pierwszych lat życia za granicą?


– Dość interesujące. Uczęszczałam po kolei do trzech szkół: w Londynie do angielskiej, w Offenburgu do francuskiej i we Frankfurcie nad Menem do niemieckiej. Było to nie lada wyzwanie – bo rozpoczynając naukę w tych szkołach, nie znałam języka. W Polsce rozpoczęłam moją edukację w klasie III w Szkole Podstawowej nr 18 przy ulicy Polnej. Dzięki ogromnej życzliwości wspaniałych nauczycieli pokonałam trudności piętrzące się przede mną i zakończyłam naukę z dobrym świadectwem.

– Studiowała pani astronomię na Uniwersytecie Warszawskim. Dlaczego astronomia? Czy miały na to wpływ dziecięce marzenia? Dzieci często marzą przecież o tym, aby polecieć w Kosmos…


– Akurat nie. Nie mogę powiedzieć, że od kołyski, niemalże z mlekiem matki wyssałam miłość do astronomii. Raczej miłość do muzyki – tu bym się zgodziła. Gdyby nie wędrowanie moich rodziców – to może rzeczywiście byłabym zawodowym muzykiem. Natomiast zainteresowanie astronomią pojawiło się u mnie w ostatniej maturalnej klasie. Astronomia była wówczas oddzielnym przedmiotem i nauczana była na podstawie podręcznika, którego autorem był znakomity astronom, profesor Konrad Rudnicki. Uczęszczałam do liceum im. Tadeusza Rejtana, w którym fizyki i astronomii nauczał zawodowy astronom Pan Ratajczak (imię mi umknęło). Był znakomitym pedagogiem, znawcą przedmiotu. Kunszt, z jakim prowadził lekcje, spowodował, że zrodziła się u mnie myśl: a może poświęcić się studiom astronomicznym? Wybór tego kierunku studiów przypieczętowało pewne wydarzenie. Oto pewnego dnia, zobaczyłam na ciemnym, porannym zimowym niebie jaśniejącą nadzwyczajnym blaskiem gwiazdę. Później okazało się, że to była planeta Wenus.

M27 – mgławica Hantle
Fot. Edith Pilska
M27 – mgławica Hantle


– Studiowała pani również w Archidiecezjalnym Instytucie Muzyki Sakralnej w Przemyślu. Czyli jednak muzyka też pani towarzyszyła.


– Tak. W 2007 roku uzyskałam dyplom wykwalifikowanego organisty kościelnego. Wcześniej, podczas studiów astronomicznych rozpoczęłam naukę gry na skrzypcach (jest to mój ukochany instrument) najpierw w Ognisku Muzycznym przy ulicy Profesorskiej, spełniając w ten sposób swoje najskrytsze marzenie. A potem miałam jeszcze dwoje wybitnych nauczycieli: Panią profesor Gabrielę Jabłońską i Pana profesora Zbigniewa Soję. Oboje znani w świecie muzycznym. W tym czasie śpiewałam również w Chórze Akademickim Uniwersytetu Warszawskiego. Miałam wówczas okazję poznać wybitnego muzykologa Pana profesora Mirosława Perza, który przez jakiś czas był dyrygentem chóru. Dzięki jego staraniom chór udał się we wrześniu 1973 roku (w tym roku przypadała 500. rocznica urodzin Mikołaja Kopernika) do Niemiec, Szwajcarii i Włoch z koncertami. Po zamieszkaniu we Fromborku nie zwracałam specjalnej uwagi na wspaniałe organy katedralne. Muzyka organowa jakoś długo nie wywierała na mnie wielkiego wrażenia. Dziś już nie pamiętam, co spowodowało, że zapragnęłam nauczyć się grać na tym królewskim instrumencie. Udało się wszakże, choć nie było to łatwe.
I jest jeszcze do opowiedzenia przygoda z wiolonczelą. Pewnego dnia przyszedł do naszego domu (mieszkania w Bramie Południowej) chłopiec z wiolonczelą i poprosił, abym go nauczyła na niej grać. Z początku nie zgodziłam się, bo przecież nie umiałam grać na wiolonczeli. Ale on powiedział, że mi zostawi instrument, a ja mam się zająć nauką. I wyszedł. Po miesiącu umiałam już grać. Ale chłopcu zainteresowanie wiolonczelą w międzyczasie minęło. Dziś mam piękną wiolonczelę i próbuję wydobywać z niej miękkie, głębokie tony. Moja przygoda z muzyką może zachęcić te osoby, które myślą, że na naukę na instrumencie w późniejszym wieku jest za późno. Może wirtuozem się nie będzie, ale radość z grania jest przeogromna.

– Wracając do tematu astronomii, pracowała pani w dziale Astronomicznym Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku…


– Po ukończonych studiach zostałam przyjęta do pracy w Planetarium Lotów Kosmicznych w Olsztynie. Brakowało astronoma w Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku w dziale Astronomicznym i Planetarium. Zostałam wydelegowana i przez rok dojeżdżałam do Fromborka. Postanowiłam z mężem Andrzejem, że zwiążemy się z Fromborkiem i zamieszkamy tu na stałe.

– Na czym polegała pani praca we fromborskim Muzeum?


– Przede wszystkim na popularyzacji astronomii. Planetarium do takiej działalności świetnie się nadaje. Po zakupieniu w słynnych ze znakomitej optyki zakładach Zeissa nowej aparatury projekcyjnej i zainstalowaniu jej w sali – pojawiły się możliwości prezentowania tematów związanych z astronomią Mikołaja Kopernika, który we Fromborku mieszkał około 40 lat i tu pracował nad dziełem swojego życia: „De revolutionibus”.

Aparatura projekcyjna firmy Carl Zeiss Jena, planetarium Frombork
Fot. Edith Pilska
Aparatura projekcyjna firmy Carl Zeiss Jena, planetarium Frombork


– Zajmuje się pani nie tylko astronomią i muzyką, ale również historią. Napisała pani „O Tolkmicku i parafii św. Jakuba – trzynaście opowieści”. Książka została wydana w 2015 roku. Skąd zainteresowanie historią Tolkmicka?


– Po ukończeniu studium organistowskiego w Przemyślu, za namową mojego męża Andrzeja, zaczęłam szukać parafii, gdzie mogłabym służyć swoimi niedawno zdobytymi umiejętnościami. Okazało się, że takie miejsce się znalazło w niedalekim Tolkmicku. Po jakimś czasie ks. proboszcz tej parafii Sławomir Szczodrowski zwrócił się do mnie ni mniej, ni więcej w ten sposób: „Pani napisze książkę o parafii”. A ja na to: „Nie napiszę, bo nie wiem jak”. Jednak książka powstała. Materiałów do niej poszukiwałam w archiwach gdańskim, olsztyńskim, malborskim, elbląskim, pelplińskim i warszawskim. Pomocne były również spisane, ale nie wydane drukiem wspomnienia Pana Jana Jabłonki, długoletniego mieszkańca Tolkmicka oraz książka Pana Leo Lindnera „Geschichte und Geschichten aus Tolkemit”, Niemca, który do zakończenia II Wojny Światowej mieszkał w Tolkmicku. Tak więc po raz trzeci, nie z własnej inspiracji, podjęłam się wykonania czegoś, co początkowo wydawało się niewyobrażalnie trudne, niemal niemożliwe.

Książka jest ujęta w formie 13 opowieści – aby się ją dobrze czytało. To, że ją się dobrze czyta, wiem od mojego przyjaciela, profesora Jarosława Włodarczyka – wybitnego historyka astronomii, który jadąc pociągiem, zagłębiwszy się w jej treść, przejechał dwa przystanki.

– Tolkmicko jest dość małym miastem, ale jak widać z ciekawą historią. Co warto tam zobaczyć?


– Na pewno kościół św. Jakuba, gdzie znajdują się organy wybitnego organmistrza Terletzkiego i jego następcy Wittka (pracownia znajdowała się w Elblągu) z początku XX wieku, piękne trzy ołtarze, dwie rozety z monogramami Najświętszej Marii Panny oraz Chrystusa. Urzeka wnętrze tego kościoła, z przysadzistymi kolumnami oraz prezbiterium z trzema witrażowymi oknami. Na niektórych ławach są widoczne numery – to pozostałość z czasów przedwojennych, kiedy można było wykupić miejsce i mieć je w ten sposób zapewnione, choćby w pobliżu ołtarza głównego. Nad głównym wejściem umieszczono dwa chóry, co nieczęsto się zdarza. Zachowało się kilka kamieniczek, kilka uliczek, dawny szpital św. Elżbiety, w którym obecnie mieści się dom opieki, a od strony południowej miasteczko wspiera się o wzgórza Wysoczyzny Elbląskiej. Warto też udać się nad Zalew Wiślany, do portu, skąd wiosną nieliczni już dzisiaj rybacy udają się na połów śledzia. A wokół Tolkmicka rozsiadły się sady z jabłoniami.

– Jakie są pani dalsze plany? Może pomysł na kolejną książkę?


– Należę do warszawskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii. Dwa razy w roku spotykamy się w niewielkiej mazurskiej miejscowości w Krzyżach w pobliżu jeziora Nidzkiego na zlocie astrofotograficznym. Gdy się poszczęści i zdarza się rozgwieżdżone nocne niebo – fotografujemy wybrane obiekty. Gdy sfotografuję kilka charakterystycznych obiektów (gromady kuliste, otwarte, mgławice, galaktyki itp.), to może do tych zdjęć dołączę treść i powstanie książeczka.

Wielkich planów już raczej nie mam, ale kto wie, jak jakaś przygoda zapuka do moich drzwi, to otworzę…

Agata Tupaj