Wtorek, 31 stycznia 2023. imieniny: Joanny, Ksawerego, Luizy

Wróciłem po latach. Opowieść debiutującego terytorialsa

2022-12-09 20:30:14 (ost. akt: 2022-12-09 20:48:04)

Autor zdjęcia: Wojska Obrony Terytorialnej

Terytorialsi to mieszkańcy Warmii i Mazur. Są w różnym wieku, mają różne historie i rozmaite pasje. Na co dzień wykonują różne zawody, ale łączy ich jedno – wiara w te same wartości. Chcą żyć w bezpiecznym kraju. Są częścią lokalnej społeczności, którą na co dzień chcą wspierać.

Projekt "Z KRONIKI TERYTORIALSA" to zbiór opowiadań żołnierzy-ochotników, w którym dzielą się swoją historią. Dlaczego zostali terytorialsami? Jak wygląda ich służba? Czy udaje im się łączyć służbę z życiem zawodowym? Pierwszy odcinek to opowieść kpr. Łukasza, który wrócił do wojska po 30 latach.


Służyłem w tej samej jednostce 30 lat temu. Teraz olsztyński Centralny Ośrodek Szkolenia Służby Uzbrojenia i Elektroniki stał się 45 Batalionem Lekkiej Piechoty 4 Warmińsko-Mazurskiej Brygady Obrony Terytorialnej, a wojsko zupełnie już nie przypomina tamtego sprzed lat.
24 lutego 2022 to wielka cezura dzieląca współczesne dzieje naszego kontynentu. Począwszy od tego dnia, nic już nie będzie takie jak przedtem. Nasi pokojowo usposobieni północni sąsiedzi zdecydowali o przystąpieniu do NATO, a niżej podpisany, pokojowo usposobiony obywatel RP, odkrył nagle, że pomimo siwych włosów na skroni może jeszcze przysłużyć się swojemu krajowi nie tylko jako reporter prasowy.
Bramę jednostki wojskowej przy ulicy Saperskiej w Olsztynie przekraczałem z pewnym niepokojem, bo wspomnienia służby w początkach lat 90. były wciąż żywe w mojej pamięci. Wtedy, w lutym 1991, od Okrągłego Stołu minęły raptem dwa lata i choć PRL pozostał w teorii już tylko wspomnieniem, to jego duch unosił się wciąż nad nami, chichocząc złośliwie. Można było to zauważyć właśnie w takich instytucjach, jak wojsko, gdzie wciąż obowiązywała wieloletnia tradycja. Wojsko Polskie straciło już wtedy w nazwie przymiotnik: „Ludowe”, jednak w zakresie relacji służbowych, i pomiędzy oficerami a ich podwładnymi, i pomiędzy samymi oficerami, wciąż dużo pozostawało do przepracowania.
Wojsko było też w tamtym czasie totalnie niedoinwestowane. Dostaliśmy oczywiście mundury oraz mieliśmy gdzie spać i co jeść, poza tym jednak niewiele się działo. Dość powiedzieć, że strzelnicę, mieszczącą się wtedy jeszcze na terenie jednostki, odwiedziliśmy w ciągu pięciu miesięcy służby dwa razy, a naboje wydzielał nam dowódca z dokładnością prawdziwie aptekarską.

Dzisiejsze wojsko nie przypomina już, na szczęście, tamtego sprzed lat. Wszyscy odnoszą się do siebie w sposób kulturalny i mogę śmiało powiedzieć, że podczas czterech weekendowych zjazdów szkolenia wyrównawczego nauczyłem się więcej w zakresie taktyki, niż przedtem w ciągu pięciu miesięcy służby. Nasze mundury są uszyte z dobrego materiału, chodzimy w dobrych, wygodnych butach i naprawdę aż chce się przychodzić na tak zorganizowane szkolenie. I jeszcze ćwiczyć strzelanie z karabinu Grot polskiej konstrukcji.

Na pewno znaczenie ma tutaj fakt, że terytorialsi to formacja ochotnicza, w której biorą udział ci, którzy tego chcą. Wtedy, 30 lat temu, gdyby komuś nie chciało się „iść do woja”, jak wtedy mówiono, to musiałby uciekać z domu i ukrywać się albo czekać na wizytę policji lub żandarmerii wojskowej, która dostarczyłaby go do jednostki w celu odbycia przymusowej służby.

Egzamin kończący kilkutygodniowe szkolenie uzupełniające żołnierzy 4 Warmińsko-Mazurskiej Brygady Obrony Terytorialnej odbył się w sobotę 22 października na pasie taktycznym w pobliżu Lidzbarka Warmińskiego. Jak to w wojsku, zbiórkę kompanii pod koszarami w Olsztynie zarządzono o 5.30. Potem szybkie pobranie broni oraz prowiantu, chwila drzemki w wiozących nas ciężarówkach transportowych i już lądujemy na tamtejszym pasie taktycznym, gdzie spędzimy długi i pracowity dzień.


Zawsze gotowi, zawsze blisko
Hasło przewodnie formacji terytorialsów oznacza, że mieszkańcy danej okolicy mogą liczyć na wsparcie żołnierzy z tego korpusu w każdej potrzebie. Na przykład podczas klęsk żywiołowych czy też, kiedy trzeba zabezpieczyć dany teren z jakiegoś innego, ważnego powodu. Nie zmienia to faktu, że żołnierz OT musi potrafić zachować się na nowoczesnym polu walki i sobotni egzamin miał na celu sprawdzenie naszego przygotowania do dalszego szkolenia specjalistycznego.
Na założenie maski przeciwgazowej mamy, zgodnie z normą, 9 sekund. Tyle zdołamy przetrwać po zauważeniu tego rodzaju zagrożenia, kiedy zamkniemy oczy, powstrzymamy się od wzięcia wdechu i założymy szybko na twarz maskę, niesioną w torbie umocowanej przy pasie.
— Jeśli maska jest dobrze przygotowana, to założycie ją w kilka sekund i zostanie wam jeszcze połowa regulaminowego czasu — komentuje z uśmiechem prowadzący ten egzamin porucznik.
Cała sztuka polega tu na odpowiednim wyregulowaniu pasków ściągających, tak, aby móc bezpiecznie oddychać przy pomocy filtra odseparowującego skażone frakcje powietrza i nie „zaciągać” go poza tym przez nieszczelności źle dopasowanej maski.
Potem przychodzi czas na pokazanie się w roli prawdziwego strong mana. Drewniana skrzynka z amunicją waży blisko 20 kg. Już samo niesienie jej przez pewien czas w ręku byłoby wyzwaniem dla niejednego z nas. A kiedy musisz przetransportować ją w bezpieczny sposób w pozycji leżącej, tak, żeby nie zauważył cię przeciwnik albo w ogóle pod ogniem karabinów maszynowych? Zacząłem trochę zbyt energicznie i już po chwili poczułem, że za moment naprawdę nie dam więcej rady. Oglądam się przed siebie, a tu koniec 20-metrowej trasy jeszcze tak daleko... No cóż, nie ma wyjścia, spinasz się i przesz uparcie do celu. Dotarcie tam oznaczało prawdziwe zwycięstwo, po którego odniesieniu kolejne punkty egzaminu wydawały się już potem znacznie mniej kłopotliwe. Norma wynosiła tutaj 2 minuty i udało nam się w niej zmieścić, choć niektórym z pewnym wysiłkiem. A dla równowagi prowadzący naszą grupę kolega, doświadczony żołnierz, dał po prostu przysłowiowego „czadu”, przebywając trasę w zaledwie 50 sekund.

Osobny rozdział w treningu lekkiej piechoty stanowi zachowanie się podczas ubezpieczonego marszu w terenie, nawiązania w tym marszu kontaktu ogniowego z przeciwnikiem, bezpieczne zerwanie tego kontaktu i tak dalej. Tutaj, kiedy stawką jest życie twoje oraz twoich kolegów z oddziału, trzeba już wykazać się prawdziwymi kwalifikacjami. Żeby przeciwnik nie zauważył cię z daleka, musisz pomalować twarz zestawem dwóch-trzech specjalistycznych barwników, pod którymi kolor twoich policzków oraz dłoni upodabnia się do koloru twojego munduru, oraz otaczającego cię lasu. Zapinamy także taśmy nośne swoich karabinów „na bojowo”, gotowi w każdej chwili do otwarcia ognia do przeciwnika.
Przed nami stumetrowy odcinek leśny o pofałdowanym podłożu, który musimy pokonać skokami, pozostając za każdym razem na nogach nie dłużej, niż 4 sekundy. Wtedy przeciwnik nie zdąży złożyć się skutecznie do strzału, zanim znikniemy w zaroślach. Po padnięciu na ziemię trzeba także koniecznie odczołgać się trochę w prawo lub w lewo, żeby do kolejnego skoku wystartować z innego miejsca niż to, w które padliśmy. Inaczej, po poderwaniu się na nogi, możemy zostać postrzelonym przez przeciwnika.

A taka „przygoda” może przecież przytrafić się każdemu. Dlatego podczas egzaminu ćwiczymy także transport z pola walki rannego kolegi. Spróbujcie ponieść we trzech 130-kilogramowego faceta, kiedy przeszkadza w tym wiszący na szyi karabin i jeszcze musicie być gotowi do użycia tego karabinu w każdej chwili. Tak, służba w lekkiej piechocie to wcale ciężki kawałek chleba...
Żołnierz operujący w terenie musi umieć posłużyć się mapą i kompasem. Wszak w trakcie działań wojennych GPS-y zostaną wyłączone. Wraca więc do łask stara metoda chodzenia na azymut i liczenia tzw. „parokroków”, która pozwala w miarę precyzyjnie trafić do założonego uprzednio punktu docelowego.

Jednym z punktów egzaminacyjnej pętli taktycznej było oczywiście strzelanie. Tutaj najbardziej odczuwa się brak obycia z bronią. Niby teoretycznie wiesz, że trzeba zrobić wydech i zatrzymując na moment cały organizm oddać wtedy precyzyjny strzał. Spróbuj jednak o tym pamiętać, kiedy leżysz na strzelnicy, w polu przed tobą unoszą się metalowe sylwetki ćwiczebnych celów i starasz się w nie trafić, zanim położą się znowu w trawę. Ani się obejrzysz, a tu magazynek pusty a liczba celnych trafień... no cóż... niezbyt imponująca. Tutaj aż prosi się przywołać stare przysłowie o „treningu, który czyni mistrza”. Na pocieszenie, kiedy mój karabin Grot „pomrukuje” przy każdym strzale swoim charakterystycznym basem, to naprawdę serce rośnie.

Kiedy opuszczaliśmy pas taktyczny, zaczynał już zapadać wczesny, jesienny zmrok. Jeden z kolegów zauważył wtedy przytomnie, że gdybyśmy mieli przechodzić ten egzamin przy letnich temperaturach powietrza, to dopiero poczulibyśmy smak działania w terenie. A dziewczyny z plutonu dodały z satysfakcją, że wszyscy daliśmy radę.
Kpr. Łukasz