Reklama

To moje życie, takie wybrałem i nie chcę nic zmieniać

13/01/2017 12:18

Jak reagować, kiedy się patrzy na łzy matki, która swojemu synowi, od lat z własnego wyboru żyjącego na ulicy, przynosi kanapki, a on ją wyzywa od najgorszych? Mróz to zabójczy wróg dla bezdomnych. Mimo to często nie chcą skorzystać z pomocy.

Każdej zimy elbląscy strażnicy miejscy wraz z pracownikami Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej regularnie odwiedzają miejsca, w których koczują bezdomni. Od listopada do marca zaplanowano 10 takich wyjazdów, po dwa w każdym miesiącu.

Oczywiście w sytuacjach wyjątkowych, jak np. duże mrozy organizowane są takie dodatkowe wyjazdy.
— Miejsca przebywania osób bezdomnych się zmieniają, chociaż jest kilka takich, gdzie niemal zawsze można ich spotkać, m.in. w bunkrze na ul. Grunwaldzkiej czy na dworcu kolejowym i autobusowym. Jesteśmy też w stałym kontakcie z gospodarzami działek, którzy na bieżąco informują czy czasem ktoś nie przebywa w takiej działkowej altance. Bezdomni koczują też w śmietnikach i niektórych blokach, zwłaszcza tych wysokich — mówi strażnik miejski Grzegorz Rajkowski.

Teren miasta został podzielony na cztery rejony i jednocześnie utworzono cztery zespoły wyjazdowe. W minioną środę funkcjonariusze straży miejskiej objechali m.in. ul. Grunwaldzką, Hetmańską, 12 Lutego, Królewiecką i Marymoncką. Zanim jednak trafimy na wyznaczoną trasę podjeżdżamy do Pogotowia Socjalnego przy ul. Królewieckiej. Stamtąd patrol odbiera Krzysztofa, który trafił do placówki dzień wcześniej, kompletnie pijany.

[media=z5]358645[/media]


Mężczyzna zgadza się, by odwieźć go do domu dla bezdomnych przy ul. Nowodworskiej
— Paradoksalnie tylko alkohol jest czynnikiem, dzięki któremu możemy interweniować i dosłownie zabierać tych ludzi z ulicy przewożąc ich w ciepłe i bezpieczne miejsce – dodaje Grzegorz Rajkowski. — Inaczej mamy związane ręce. Podczas każdej interwencji proponujemy im pomoc, np. przewiezienie do schroniska, informujemy o pomocy ze strony MOPS, ale bardzo często oni tej pomocy po prostu nie chcą.

— Ile razy się nasłuchałam: to moje życie, takie sobie wybrałem i nie chcę niczego zmieniać? Wiele — dodaje Beata Świerczyńska, pracownik socjalny MOPS. — Pracuję w pomocy społecznej od 10 lat, byłam na wielu takich interwencjach, ale nadal czuję się tak, jak podczas tej pierwszej, gdy wiele lat temu patrolowaliśmy z policją teren Zawodzia. Tam, w prowizorycznej ziemiance, mieszkał starszy człowiek. Nieogrzewane pomieszczenie ocieplała tylko butla z gazem, na której mężczyzna gotował sobie posiłki. Nie wierzyłam, że z własnej woli można żyć w takich warunkach. I dalej nie mogę w to uwierzyć.

Jak przekonują nasi rozmówcy, bezdomni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że istnieje mnóstwo placówek, gdzie znajdą pomoc. Większość z nich posiada także dochód w postaci zasiłków lub rent socjalnych. Jednak wybierają życie na ulicy.
— Żeby móc skorzystać z noclegowni bądź schroniska trzeba być trzeźwym. A alkoholizm jest nadal głównym problemem bezdomnych. Myślę też, że oni się po prostu boją normalnego życia. Bo to obowiązki, odpowiedzialność, problemy, z którymi trzeba sobie radzić. Oni nic nie muszą - im pasuje życie wolnych ptaków — zamyśla się kobieta.

Dojeżdżamy z Krzysztofem do domu dla bezdomnych. Wraz z pojawieniem się pierwszych promieni słońca, placówkę opuszczają także jego pierwsi rezydenci.
— Przespali się, a teraz wychodzą w miasto. Wracają do swoich legowisk, idą do znajomych, albo po prostu chodzą po mieście żebrząc o pieniądze. Zawsze podkreślam, żeby uważać na obdarowywanie ich nawet drobnymi sumami. Powiedzą, że to na jedzenie, a kupią sobie alkohol. Lepiej zrobimy, gdy sami kupimy im bułkę lub ciepły napój. Po co dokładać cegiełkę do ich nieszczęścia — mówi Grzegorz Rajkowski.

Jedziemy w dalszą drogę. Na dworcu kolejowym spotykamy Dariusza. Może mieć lat 40, ale równie dobrze 60 – z jego twarzy trudno coś wyczytać. Kiedyś miał normalne życie, mieszkanie na ul. Mickiewicza. Ale zaczął pić, popadł w długi i administracja budynku wysiedliła go do „socjalnych”. Hotelowiec przy Łęczyckiej, „Pekin” na Skrzydlatej – to tam trafiają ci, którzy zadłużają swoje lokale.
— Ale teraz mieszkam w schronisku. Tam jest ciepło, dobrze. Na dworzec przyszedłem tylko dlatego, że tu grzeją i cieplej jest stać w środku niż marznąć na wietrze. Czekam na autobus, żebym mógł wrócić do schroniska na Nowodworskiej. Daję słowo, że tam jadę — zapewnia mężczyzna, który cały swój dobytek wozi w niewielkiej, podróżnej torbie.

Jest spokojny, pogodzony ze swoim losem. Pomocy od MOPS-u odmawia.
Ale zdarzają się i krewcy delikwenci. Tacy jak ci z bunkra przy ul. Grunwaldzkiej. Oni potrafią być agresywni. Ich broń to wulgaryzmy i krzyki, chętnie porwali by się także do bitki. W środę rano ich legowisko było puste, chociaż o ich obecności świadczą pozostałości po ostatniej libacji. Wszędzie walają się butelki i puszki po piwie. Czy spali tu dzisiejszej nocy? To właśnie oni najgłośniej krzyczą, żeby ich nie ruszać i nie zmuszać do tego, by choćby ogrzali się w Pogotowiu Socjalnym. Ale i tacy zazwyczaj „pękają”. Strażnicy miejscy doskonale pamiętają przypadek, gdy najtwardsi bezdomni koczowali w mróz dosłownie pod gołym niebem. Nie pomagały interwencje i prośby. Wytrzymali tak około miesiąca. Potem sami zatrzymali patrol i poprosili o przewiezienie do domu dla bezdomnych

W tej pracy trzeba też mieć nerwy ze stali.
— Bo jak reagować, kiedy się patrzy na łzy matki, która swojemu synowi, od lat z własnego wyboru żyjącego na ulicy, przynosi kanapki, a on ją wyzywa od najgorszych? Ręce w pięści same się zaciskają. Ale wie pani co jest straszniejsze? Że nagle uświadamiam sobie, że ja tego chłopaka znam. Chodził ze mną do szkoły. Dobry chłopak. Normalna rodzina, żadna patologia. A tu leży przede mną brudny i zasikany, wrak człowieka... Bezdomność stała się jego normalnym, codziennym życiem — opowiada Grzegorz Rajkowski.

Nikt nie zna dokładnej liczby bezdomnych w Elblągu, zresztą ich liczba zmienia się niemal bez przerwy. Mówi się o około 200 osobach. Strażnicy miejscy przyznają, że coraz częściej spotykają także bezdomnych z całej Polski. Kraków, Wieliczka, ostatnio Malbork.... Mówią, że są w podróży. Takim próbuje się pomóc odsyłając ich do schronisk i placówek dla bezdomnych w ich macierzystym rejonie. Zazwyczaj trwa to kilka dni, zanim dopełni się stosownych formalności. Bezdomni przyjmą taką pomoc, albo i nie. Do niczego nie można ich zmusić. „Naszym” strażnicy miejscy próbują pomóc już podczas pierwszej interwencji.

— Jeszcze jak było ciepło zatrzymaliśmy na mieście młodą, bezdomną kobietę. Powiedziała nam, że jest w ciąży: rzeczywiście jej figura była lekko zaokrąglona. Zaczęliśmy działać z domem dla bezdomnych, żeby mogła znaleźć spokojny kąt, zacząć jakieś życie, zaczęliśmy nawet organizować dla niej opiekę lekarską w czasie ciąży. Szybko jednak okazało się, że kobieta nas oszukuje. A brzuch spuchł jej od picia - tak się nam tłumaczyła. Od jakiegoś czasu nie widziałem jej już w mieście... — dodaje miejski strażnik.
AS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama