Wtorek, 11 sierpnia 2020. Imieniny Luizy, Włodzmierza, Zuzanny

"Fluko" w gmachu poczty

2018-07-29 08:00:00 (ost. akt: 2018-07-27 13:06:41)
Zdjęcie zrobione na dziedzińcu pocztowym około 1943 r. Stoją od lewej elblążanie: Kolmsee, ?, Becker, Reiter, Kuckelies, Broschinski, Kempa i Krause

Zdjęcie zrobione na dziedzińcu pocztowym około 1943 r. Stoją od lewej elblążanie: Kolmsee, ?, Becker, Reiter, Kuckelies, Broschinski, Kempa i Krause

Autor zdjęcia: z archiwum Lecha Słodownika

Praktycznie do czasu rozpoczęcia walk o Elbląg, to jest 26 stycznia 1945 r., miasto nie było bombardowane z powietrza. Później było już dużo gorzej. Najcięższe bombardowanie dokonane przez sowieckie samoloty miasto przeżyło 2 lutego 1945 r. W następstwie tego nalotu między innymi runął do środka masywny, wielopołaciowy dach kościoła św. Mikołaja.

W Elblągu już w pierwszych latach II wojny światowej w piwnicach poczty głównej, od strony dzisiejszej ul. Garbary, ale w głębi dziedzińca pocztowego, utworzono placówkę powiadamiania przeciwlotniczego, zwaną w skrócie „Fluko” (Flugwachkommando für Stadt-Elbing und -Land). Zainstalowano ją w trzech pomieszczeniach piwnicznych, gdzie służbę na trzy zmiany pełniło ośmiu mężczyzn i 16 kobiet, mających stopnie służbowe Luftwaffe. Pomieszczenia te odchodziły od korytarza piwnicznego.

Zgodnie z ustalonym porządkiem, pełniący służbę otrzymywał wiadomość od znajdujących się w okolicach Elbląga placówek rozpoznania lotniczego, że na przykład zbliżają się wrogie samoloty. Przekazywał tę informację natychmiast do swojej centrali. Tam, w zależności od znaczenia wrogich samolotów, podejmowano decyzję o uruchomieniu syren alarmowych. Jednak takie sytuacje były sporadyczne i pełniący dyżur właściwie nic nie mieli do roboty. Jednym z takich dyżurnych był mistrz malarski Willi Maage, który miał swój mały zakład przy ulicy Słonecznej. Pewnego razu pełniący z nim służbę niejaki Krause zauważył, że maluje on jakiś obraz. Gdy zapytał go, co to jest za malunek, ten odpowiedział: „Maluję kartki pocztowe dla naszego Nadwornego Królewskiego i Cesarskiego Dostawcy, piekarza, cukiernika i radcy miejskiego Fritza Ligowskiego”.

Tak więc ta placówka „Fluko” nie miała wiele do pracy, ponieważ Elbląg nie był bombardowany. Chociaż mówiono, że pewnego razu angielski myśliwiec zrzucił nad Elblągiem ulotki o treści: "Elbing lieg so tief im Loch, aber finden tun wir's einmal doch", czyli "wprawdzie Elbląg leży w głębokiej dziurze, ale my go pewnego razu znajdziemy"...

W pierwszym okresie kierownikiem tej placówki był kpt. Bruno Komnick, który miał swoje biuro w znajdującym się naprzeciwko dziedzińca pocztowego hotelu Rauch (obecnie trafostacja). Pod koniec 1943 r. zmienił go wspomniany już kpt. Fritz Ligowski, który prowadził znaną piekarnię i cukiernię przy Innerer Mühlendamm 1-8 (dzisiaj 1 Maja). Był zaprzyjaźniony z ówczesnym właścicielem majątku w Kadynach, Prinzem Luisem Ferdynandem von Preußen i jak wiadomo, był głównym dostawcą pieczywa i wszelkich słodkości na kadyński dwór. Pod koniec stycznia 1945 r., w obliczu nadchodzącej Armii Czerwonej, uciekał razem z Prinzem Luisem Ferdynandem von Preußen przez zamarznięty Zalew Wiślany.

Służbę w elbląskim „Fluko” mogli pełnić tylko rodowici elblążanie. Placówka miała m.in. bezpośredni kontakt z obsługą radaru ustawionego w okolicy dzisiejszego Bielnika, gdzie stał również dalmierz, były stanowiska ogniowe oraz baraki koszarowe. Zainstalowano tam również zapasowy punkt dowodzenia.

Gdy 23 stycznia 1945 r. pierwsze sowieckie czołgi wdarły się do Elbląga, podjęto decyzję o likwidacji „Fluko” i zniszczeniu sprzętu. Rozkazu tego nie wykonano jednak do końca, ponieważ pełniący wówczas służbę Rudolf Schienke część urządzeń załadował na konne sanie i przetransportował do Gdańska. Rozpoczęła się ewakuacja poczty, a gdy ostatni elbląski nadpocztmistrz Haenchen był już w Nowym Dworze Gdańskim, dyrekcja Poczty Rzeszy w Gdańsku nakazała mu powrót do Elbląga z wybranymi pracownikami, którzy mieli pomagać Wehrmachtowi przy uruchomieniu centrali telefonicznej. Tak więc, chcąc nie chcąc, zdemontowane części centrali zamiejscowej oraz 15 pracowników musiało wrócić 29 stycznia 1945 r. do Elbląga. Mieli pomagać żołnierzom przy kładzeniu kabli telefonicznych, przyłączeń itd.

Szef tej grupy pocztmistrz Ketzrich tak relacjonował te ostatnie dni: „11 lutego 1945 r. nie było już możliwości utrzymania bazy. Rosjanie stłoczyli obrońców poczty na powierzchni około 300 na 400 metrów. Otrzymaliśmy rozkaz, by po południu 11 lutego zebrać się w gimnazjum (obecnie I LO), które w międzyczasie było wolne od walk. Stamtąd udało się nam późnym popołudniem zrobić przebicie przez rosyjskie pozycje do rzeki Elbląg. Następnego dnia odbyła się przeprawa przez rzekę. Podczas tego przebijania nasza garstka straciła trzech ludzi, którzy prawdopodobnie wpadli w ręce Rosjan. Pięciu naszych kamratów zostało lekko i poważnie rannych. Chcieliśmy przebijać się w kierunku na Nowy Dwór Gdański. Natomiast nasza placówka „Fluko”, przed jej ostatecznym opuszczeniem, miała być podpalona. Nie wykonaliśmy jednak tego rozkazu, ponieważ zarówno na centrali telefonicznej, jak i w pomieszczeniach piwnicy poczty znajdował się lazaret. Kable telefoniczne uszkodziliśmy w ten sposób, że stały się one bezużyteczne”.

Oficjalnie przyjmuje się, że Elbląg został ostatecznie opanowany przez Armię Czerwoną 10 lutego 1945 r. Natomiast w zacytowanej relacji padają daty 11. i 12. lutego. Ale wzmiankowany pocztmistrz Ketzrich spisał swoje wspomnienia około 40 lat po wojnie.

Do dzisiaj po czasach wojennych zostały w pocztowych piwnicach masywne, przeciwogniowe drzwi i inne drobiazgi. W latach 2000-2015 były tam szatnie pracownicze i pomieszczenia magazynowe. Istniało też autonomiczne wyjście z tych piwnic na wewnętrzny dziedziniec poczty (na wypadek lub zniszczenia gmachu).
Lech Słodownik



Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB