Sobota, 4 kwietnia 2020. Imieniny Benedykta, Izodory, Wacławy

O średniowiecznych kosmetykach w bibliotece

2018-08-16 14:25:34 (ost. akt: 2018-08-16 14:30:39)
Grażyna Nawrolska

Grażyna Nawrolska

Autor zdjęcia: Aleksandra Szymańska

O tym, jakie kremy, toniki i balsamy stosowali nasi pradziadowie w średniowieczu opowiadała w czwartek (16.08) archeolożka Grażyna Nawrolska, podczas wykładu z cyklu Ziołowe lato w bibliotece.

Kosmetyki znane są od starożytności. W Egipcie były wyznacznikiem statusu społecznego. Starożytni Grecy i Rzymianie także chętnie pielęgnowali i podkreślali swoją urodę różnego typu kosmetykami. Jednak prawdziwy "boom" na kosmetyki zaczyna się dopiero ok. VIII w n.e. i od czasu rozwoju państw arabskich na Bliskim Wschodzie. Kiedy Arabowie zaczynają kolonizować północną Afrykę i docierają na Półwysep Iberyjski przekraczając Pireneje, kosmetologia tak bardzo obecna w ich życiu przenosi się do Europy.

— Arabom zawdzięczamy między innymi stosowanie kosmetyków złuszczających, czyli peelingów. Nakładali też na twarze maseczki. Produkowali także kremy z płatków jaśminu. Słynny chemik arabski Awicenna napisał nawet traktat na temat kosmetyków, w którym opisał ich moc, ale podkreślał, że to jednak dbanie o higienę jest w tym rytuale najważniejsze — opowiadała Grażyna Nawrolska.
A z tym ostatnim nasi europejscy pradziadowie mieli ogromne problemy. Podstawowy brak higieny w czasach średniowiecza powodował, że w miastach panował wszechobecny smród i zaduch. Ulicami płynęły bowiem rynsztoki z nieczystościami, w nocy po cichu wyrzucano na ulice także śmieci i odpadki. Jednym słowem higiena w zasadzie wtedy nie istniała.

— Chodzono wprawdzie do łaźni, ale te traktowano raczej nie jak miejsca kąpieli, ale przybytki spotkań towarzyskich. Zachowały się nawet średniowieczne dokumenty, które wskazują, że łaźniach działały lupanary, w których za kilka groszy można było zakosztować cielesnych uciech. To właśnie ze względu na szerzące się tu choroby weneryczne przybytki te zaczęto masowo zamykać w XVI i siłą rzeczy higiena musiała się przenieść w warunki domowe — opowiadała archeolożka.

Tu jednak dalej na balię z wodą większość była obrażona. Znany jest nawet przypadek, gdy jedno z królewskich dzieci na francuskim dworze nie było myte od urodzenia przez kilka kolejnych lat.
— Takie to były czasy i obyczaje. By zneutralizować nieprzyjemną woń, stosowano więc zioła o intensywnych zapachach: miętę, majeranek czy tatarak. Wykładano nimi pomieszczenia i sprzęty w domach. Sam człowiek też nie był czysty i trzeba było coś z tym robić tym bardziej, że w średniowieczu panowała moda na rozjaśnianie twarzy, co sugerowało, że osoba o białym licu należy do wyższej warstwy społecznej. Nakładano zatem na twarz maseczki ze zmielonego zboża i wody — mówi Grażyna Nawrolska.

Mimo, że nie umyci, to nasi średniowieczni przodkowie (oczywiście ci bogatsi) kosmetyki stosowali na potęgę. Szczególnie upodobali sobie perfumy, którymi dosłownie zlewali się próbując w ten sposób zneutralizować nieco odór własnego ciała. Furorę robiła np. woda różana, którą "opatentowali" Arabowie. Produkcję perfum rozpoczęto także w klasztorach: mnisi zaczęli bowiem tłumaczyć na łacinę kosmetyczne przepisy Arabów. Najbardziej znaną wodą perfumowaną było Zioło Panny Marii wytwarzane ze złocienia balsamicznego. Popularna była także woda majowa, produkowana z irysów i róży, a także perfumy w kremie.

Wiedzę o pielęgnacji urody w średniowieczu zawdzięczamy mniszce, mistyczce i uzdrowicielce, Hildegardzie z Bingen (1098-1179), uznanej potem świętą kościoła katolickiego. Został po niej m.in. potężny zbiór przepisów i recept dotyczących produkcji kosmetyków: roślinnych, ale także tych wytworzonych z warzyw czy z owoców. Z kwiatów św. Hildegarda preferowała róże, fiołki, irysy, bukszpan czy nagietki.

— Zachęcała np. do stosowania kremu z lilii. Łodygi i liście tego kwiatu trzeba było mocno rozgnieść, wycisnąć sok i zmieszać go z tłuszczem. W ten sposób krem był gotowy — opowiadała Grażyna Nawrolska.

Przepis na tonik do twarzy wyglądał zaś następująco: "Użyć trzy łyżki korzeni lilii, pół litra wody i łyżkę miodu. Wodę zagotować z korzeniami przez godzinę, zostawić na noc, by płyn się zmacerował, przecedzić, jeszcze raz zagrzać, dodać miód i stosować do cery suchej i starej". Stosowano także balsam do ciała z płatków róży w oleju migdałowym czy maseczkę z zagotowanej fasoli z dodatkiem łyżki oliwy, soku z cytryny i odrobiny miodu.

W gruncie rzeczy przepisy na dawne kosmetyki niewiele zatem różnią się od tych, które stosujemy dziś. Mała różnica polega na tym, że te dzisiejsze są nafaszerowane konserwantami, które wprawdzie przedłużają ich trwałość, jednak niekoniecznie dobrze mogą na nas działać. Może więc czas, by wrócić do korzeni? Wprawdzie taki kosmetyk nie postoi długo, ale zadziała po dwakroć lepiej - i z korzyścią dla naszej skóry.
as

Źródło: Dziennik Elbląski

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB