Wioletta Piasecka: Pomysły? Przychodzą z życia!

2023-04-09 17:00:00(ost. akt: 2023-04-11 17:21:43)
Premiera najnowszej książki Wioletty Piaseckiej miała miejsce w Centrum Kulturalno-Bibliotecznym we Fromborku

Premiera najnowszej książki Wioletty Piaseckiej miała miejsce w Centrum Kulturalno-Bibliotecznym we Fromborku

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Pod koniec marca premierę miała kolejna – zainspirowana kamieniczką we Fromborku – powieść Wioletty Piaseckiej. Akcja „Narzeczonej dla milionera” rozgrywa się również w Elblągu, rodzinnym mieście autorki. A już w maju kolejna nowość na półkach!

ROZMOWA


– Kojarzy mi się pani przede wszystkim z książkami dla dzieci. Jednak już od kilku lat na półkach księgarń można znaleźć też książki napisane przez panią dla dorosłych czytelników. W ciągu tych kilku lat napisała ich pani aż dziewięć.
– Tak. Dziewiątą książkę właśnie oddałam do wydawnictwa i już w maju będzie miała premierę. Natomiast „Narzeczona dla milionera” miała premierę 22 marca.

– Co sprawiło, że zaczęła pani pisać powieści obyczajowe?
– Tak naprawdę w podjęciu decyzji o poszerzeniu targetu czytelniczego pomogła mi pandemia. Pisanie powieści dla dorosłych było od jakiegoś czasu moim wielkim marzeniem. Nigdy nie miałam czasu, bo raz, że pisanie dla dzieci zajmowało dużo czasu, a dwa – miałam liczne spotkania autorskie. Autorzy książek dla dzieci są bardzo często na takie spotkania czytelnicze zapraszani. Przez te 19-20 lat, w których zajmowałam się pisaniem książek, miałam około 2 tysięcy spotkań autorskich. Dużo jeździłam po całej Polsce, ale byłam też w wielu krajach: w Stanach Zjednoczonych, we Włoszech, w Norwegii, na Litwie, we Francji. Tam też grano moje sztuki teatralne, jeździłam do Paryża na przedstawienia. Te ciągłe wyjazdy i pisanie książek dla dzieci, wierszy, sztuk teatralnych zajmowało mi tak dużo czasu, że nie starczyło go na spełnienie marzenia.

I kiedy nagle w czasie pandemii świat wyhamował i zostaliśmy w domach, a wszystkie spotkania odwołano, to przez pierwszy miesiąc bardzo cierpiałam, ale potem doszłam do wniosku, że nie ma co się martwić, co ma być, to będzie, a ja wykorzystam ten czas na spełnienie swojego marzenia. I bez wiary w to, że znajdę wydawcę, zaczęłam pisać książkę „Przyjdzie pogoda na miłość”.

Jeżeli kogoś zaszeregują jako pisarza dla dzieci, to bardzo trudno potem znaleźć wydawcę w innej kategorii. Tę powieść zaczęłam pisać przed pandemią, ale nie miałam kiedy się nad nią poważniej pochylić, zatem gdy przymusowo zostałam w domu, pisałam ją dość szybko, intensywnie, żeby odpędzić od siebie wszystkie złe myśli. Bodajże w maju postawiłam ostatnią kropkę. Od razu w ten sam dzień, w którym wysłałam książkę do wydawnictw, odezwały się dwa z nich, a po trzech miesiącach również trzecie. Książka się ukazała jeszcze w tym samym roku i przyniosła mi ogromny sukces, bo wbiła się w TOP 100 najlepiej sprzedających się książek w Empiku, zaistniała na 14. miejscu. Dostałam bardzo dużo listów od czytelniczek, tyle samo dostał wydawca. I czytelnicy, i wydawca poprosili mnie, żebym napisała drugą część, a potem trzecią. I tak powstała trylogia: „Przyjdzie pogoda na miłość”, „Przyjdzie pogoda na szczęście” i „Przyjdzie pogoda na ślub”.

– W pisaniu jakich książek odnajduje się pani lepiej – tych dla dzieci czy dla dorosłych?
– Dużo lepiej pisze mi się książki dla dorosłych, ponieważ jest to coś nowego, coś innego i sprawia mi frajdę. Mam bardzo duży odzew od czytelników – wiadomo, że dorośli siedzą w mediach społecznościowych. To jest dla mnie naprawdę miłe i motywuje mnie do pisania.

W książkach dla dorosłych mogę ubrać w słowa wszystkie myśli. Dla dzieci pisanie jest obłożone wielką poprawnością społeczną i językową. Przez te 20 lat zmieniło się postrzeganie świata i wartości, które cenimy. W książkach dla dorosłych fabuła płynie prosto z serca i nie muszę przyglądać się uważnie każdemu słowu, nie muszę myśleć o tym, jak czytelnik je odbierze i czy to zrozumie. W książkach dla dzieci niektórych tematów nie poruszam, a jeśli już, to ubieram je w takie słowa, żeby dziecka nie skrzywdzić – żeby nie cierpiało, kiedy np. piszę o śmierci, a ono czyta książkę w samotności, bo na przykład rodzice nie tłumaczą mu trudnych tematów czy zwyczajnie nie przytulą podczas lektury. Więc w książkach dla dzieci słowa są bardzo wyważone, natomiast w powieściach dla dorosłych nawet o trudnych tematach piszę tak, jak czuję, czyli prosto z serca.

– Premiera najnowszej książki za nami. O czym można przeczytać w „Narzeczonej dla milionera”?
– Powieść „Narzeczona dla milionera” dzieje się w moich ukochanych miastach, czyli w Elblągu – mieście, w którym się urodziłam, wychowałam, które mnie ukształtowało, i we Fromborku, w którym obecnie mieszkam.

W Elblągu są miejsca, które znam i lubię, ale od 3 lat mieszkam właściwie pod Fromborkiem, w leśniczówce. Pokochałam Frombork – jest bardzo miłym, uroczym miasteczkiem. Chciałam zrobić ukłon tym dwóm miejscowościom, umieszczając w nich akcję.

Książka jest o młodej kobiecie, którą los mocno doświadczył. Natasza Małecka porzuca rodzinne strony. Wyjeżdża z pierwszym lepszym napotkanym mężczyzną na Mazury, gdzie razem prowadzą wspólnie restaurację. Jednak między nimi się nie ułożyło i ona musi wrócić w rodzinne strony – do Fromborka – i zmierzyć się z traumą, która ją tutaj spotkała. Jest to dla niej bardzo trudne, ponieważ to, co się zdarzyło dziesięć lat wcześniej, często prześladuje ją w koszmarach sennych. Pierwszy raz trzymam czytelnika w wielkiej niepewności, bo oprócz tego, że jest miłość, romans, to jeszcze mamy tajemnicę, która wcale nie jest taka słodka. No i jest mężczyzna, który otworzył pod Elblągiem, w Gronowie Górnym, stolarnię przy ul. Szafirowej i zdobył popularność dzięki mediom społecznościowym. A wraz z nim rozgłos zdobyła jego firma – media okrzyknęły go elbląskim milionerem. A ponieważ jest przystojnym i bardzo miłym, młodym, 36-letnim człowiekiem, nie może się opędzić od kobiet. W chwili gdy uruchamia nową linię produkcyjną i poszukuje pracowników, drogi Nataszy i Szymona się krzyżują.

Co wyniknie z tego romansu? Nie zdradzę, odsyłam do książki. Można ją już kupić we wszystkich sieciach księgarskich, jest również na Poczcie Polskiej, czyli blisko czytelników. Premiera odbyła się w Centrum Kulturalno-Bibliotecznym we Fromborku i przyszło tyle czytelników, że nie wszyscy zmieścili się do środka, ale dzielnie stali w przedsionku biblioteki. Nikt nie wyszedł. To było niesamowite przeżycie.

Fot. Marytka Czarnocka


– Skąd pomysł na napisanie „Narzeczonej dla milionera”? Jak wyglądała praca nad tą książką?
– Pomysły przychodzą tak naprawdę nie wiadomo skąd. W ubiegłym roku siedziałam w bibliotece we Fromborku, piłyśmy z panią dyrektor kawkę, na ścianie wisiał ogromny plakat przedstawiający fromborski rynek. Jeden z domów mnie zaintrygował, ten przy ul. Kapelańskiej, i tak sobie pomyślałam, że fajnie byłoby tam umieścić jakąś akcję. Zaczęłam wymyślać, co mogłoby być fabułą książki. Ale tak naprawdę pomysł przyszedł od razu, gdy tylko zobaczyłam tę kamieniczkę wciśniętą w rynek.

Mogę powiedzieć, że pomysły przychodzą z życia – wystarczy jakaś jedna sytuacja, jedna myśl. Potem rozpisuję pomysł na rozdziały. W każdym rozdziale umieszczam cztery podpunkty, żeby mi się lepiej pisało. Czasami piszę książkę bez planu, bo zdarzają się powieści, które w zasadzie płyną, jak na przykład „Sny pachnące poziomkami”. Dużo piszę. Być może pomagają okoliczności przyrody, bo mieszkam w leśniczówce – za oknem las, zieleń, śpiew ptaków… Postawiłam na pisanie kilkanaście lat temu i tak naprawdę jest to moja pasja, ale też praca. Piszę codziennie po kilkanaście tysięcy znaków.

„Narzeczona dla milionera” miała swoją premierę niedawno, bo 22 marca
Fot. wydawnictwo Skarpa Warszawska
„Narzeczona dla milionera” miała swoją premierę niedawno, bo 22 marca


– Chyba nadal pokutuje przekonanie, że pisarz tworzy w wolnym czasie, kiedy przyjdzie wena…
– Być może poeci czekają na wenę. Jednak powieściopisarzy to nie dotyczy. Kiedyś Andrzej Sapkowski, gdy byliśmy razem w Stanach Zjednoczonych, powiedział mi, że on pisze codziennie. Wtedy jeszcze pisałam jedynie w wolnym czasie, bo pracowałam na etacie. Dziś już twierdzę, że powinniśmy pisać codziennie – to bardzo rozbudowuje warsztat i pomaga w dyscyplinie pracy. I jeszcze jedno: jeśli piszemy powieść wielowątkową, która ma 400 stron czy więcej, to jeśli oderwiemy się np. tydzień od pisania, musimy ją przeczytać od nowa. Mimo planu musimy być cały czas w tej powieści, żeby o niczym nie zapomnieć. A codzienne pisanie bardzo ułatwia nam pracę. Piszę około 10 godzin dziennie – to jest naprawdę dużo. Dużo osób mi gratuluje, że tak pięknie wystartowałam, że mam szczęście. Ale nie, to nie jest szczęście – to ciężka praca. Szczęściem jest to, że spotkałam na swojej drodze wspaniałych ludzi, którzy są ze mną i mi pomagają. Na przykład mój mąż ułatwia mi życie na każdym kroku, dzięki niemu mogę czuć się swobodnie. Spotkałam też wspaniałych czytelników, którzy promują moje książki, udostępniają wpisy na Facebooku. Przy promocji wydawca nie zrobi za nas wszystkiego, bo wydawca ma wielu wspaniałych pisarzy, bardzo popularnych i wiadomo, że dzieli tę promocję na wszystkich.

– W jaki sposób pani promuje swoją najnowszą książkę?
– My pisarze jesteśmy raczej introwertykami zamkniętymi w sobie. Nawet jeśli się wydaje, że jestem otwarta i spontaniczna, to proszę mi wierzyć, że trochę mnie to kosztuje. Bardzo lubię swoja pisarską samotność. Ale promować książkę trzeba, bez tego ani rusz. Na przykład teraz robię spacery po Fromborku z „Narzeczoną dla milionera” i w każdą niedzielę o 13:30 przechadzam się po miasteczku, opowiadając ciekawostki. Zaczęłam je robić trzy tygodnie przed premierą. To są wirtualne spacery, czyli chodzę z kijkiem do selfie, rozmawiam do telefonu, a to po to, by czytelnicy na żywo mogli poczuć klimat miasta. Opowiadam ciekawostki o Fromborku, a potem w wybranej kawiarence czytam fragment powieści. I to jest bardzo fajne, że kilka tysięcy ludzi ogląda te wirtualne spacery. To dodaje mi skrzydeł. Tak naprawdę trudno było mi się przełamać, ale jak już sobie powiedziałam, że to dobry pomysł na promocję, jakoś poszło. A ostatni spacer będzie w Elblągu, po Starym Mieście, bo tam, przy Piekarczyku, też się dzieje fabuła. Jest w „Narzeczonej dla milionera” taki fajny moment, w którym Natasza i Szymon powierzają Piekarczykowi swoje marzenia. Tam też na pewno zaprowadzę swoich czytelników, a dokładnie w niedzielę 16 kwietnia. I to będzie ostatni spacer z „Narzeczoną dla milionera”.

– A co ujęło panią we Fromborku? Często wraca pani do rodzinnego miasta, planuje pani jakieś spotkanie autorskie w Elblągu?
– Szczerze mówiąc, nie narzucam się nigdy bibliotekom ani instytucjom, nie zabiegam o spotkania autorskie. Natomiast jeśli Biblioteka Elbląska uzna, że jestem godna, żeby mnie zaprosić, to jak najbardziej jestem otwarta na spotkania w Elblągu. Jeśli chodzi o pierwszą książkę, to jeden jedyny raz poprosiłam bibliotekę na Zawadzie o spotkanie w Elblągu. Bardzo mi na tym zależało, ponieważ dużo czytelników się pytało, czy takowe spotkanie zrobię. Odbyło się w czasie, gdy Elbląg był w pandemicznej żółtej strefie. Mimo ograniczonej liczby uczestników wszystkie wejściówki rozeszły się jak ciepłe bułeczki, było mnóstwo ludzi. Jednak to nie ode mnie zależy, czy mnie zaproszą.

A co mnie ujęło we Fromborku? Otwartość ludzi. Tutaj biblioteka bardzo prężnie działa i jest zachwycona, że możemy współpracować. Pani dyrektor Justyna Podleś i panie bibliotekarki przygotowały mnóstwo niespodzianek: był catering, tort, wspaniałe dekoracje. Jestem zachwycona i wzruszona. Latem Stowarzyszenie Teraz Warmia robiło imprezę charytatywną dla Poli, chorej dziewczynki z Fromborka, i zadeklarowało, że postara się zebrać 10 tysięcy złotych na ten cel. Ja też w tym uczestniczyłam. I proszę sobie wyobrazić, że ludzie byli tak spontaniczni, że zebraliśmy 125 tysięcy! Co tu dużo mówić – życzliwość mieszkańców, życzliwość instytucji to jest to, co mnie zachwyca, aż chce się coś zrobić. Pokochałam Frombork całym sercem.



– Wracając do pisania, można powiedzieć, że pani tworzy w dwóch gatunkach – literatura dziecięca i obyczajowa. Czy myślała pani kiedyś, by spróbować swoich sił w kolejnym gatunku?
– Kiedyś powiedziałam, że nigdy nie napiszę o śmierci dziecka, a jednak to zrobiłam. Na pewno nie chciałabym napisać horroru, ponieważ bardzo przeżywam moje powieści. Żyję moimi postaciami, wydarzeniami, więc bałabym się spać, gdybym nagle zaczęła pisać horror (śmiech). Ale nigdy nie mówię nigdy, więc nie wiem, czy nie pokuszę się kiedyś o napisanie kryminału. Jestem miłośniczką kryminałów, lubię ich słuchać. Ostatnio przerzuciłam się na audiobooki. Więc niewykluczone, że kiedyś napiszę jakiś kryminał – ale na pewno niezbyt krwawy – przyznam, że nawet o tym myślałam. Ale na razie bardzo dobrze odnajduję się w obyczajówkach – do końca czerwca napiszę jeszcze dwie powieści, a od 1 lipca do końca roku będę pracowała nad sagą historyczną – nie zdradzę na razie tytułu, bo już się zdarzyło dwa razy, że ktoś podkradł mi tytuł. Pisałam już historyczne powieści, tyle że dla dzieci – o Ignacym Paderewskim i o emancypantce, urodzonej na Syberii Faustynce Morzyckiej, a także o Hansie Christianie Andersenie – więc już i biografii trochę na koncie mam.

– A kiedy dokładnie możemy się spodziewać pani kolejnej książki, czyli „Snów pachnących poziomkami”?
– Powieść jest już po redakcji i niedługo zobaczę jej okładkę, więc prace już są zaawansowane. Będzie miała premierę 17 maja. Zawsze gdy skończę książkę, to robię 3-4 dni odpoczynku. Tym razem zrobiłam tydzień, bo byłam bardzo zmęczona – wypadło mi kilka dni i musiałam nadganiać pisanie. W dni, w których nie piszę, czuję się, jakbym była na niechcianym, przymusowym urlopie. Przyznaję, jestem pracoholiczką. Dobrze, że praca jest jednocześnie moją pasją i że wciąż sprawia mi ogromną przyjemność.

Rozmawiała Agata Tupaj