Roman Warszewski: Nie staję się kimś innym co roku [ROZMOWA]

2022-01-29 18:15:09(ost. akt: 2022-01-29 12:02:34)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Debiutował w 1986, a do dziś spod jego pióra wyszło około trzydziestu książek. Jak przyznaje Roman Warszewski, świat bardzo zmienił się od czasu jego pierwszych dalekich podróży. Na szczęście są jeszcze takie zakątki, które wciąż skrywają tajemnice.

— Urodził się pan w Elblągu i mieszkał tu aż do matury. Jak wspomina pan rodzinne miasto? Często zagląda pan do Elbląga?


— W Elblągu mieszkałem do matury, którą zdałem w II Liceum Ogólnokształcącym, w klasie matematyczno-fizycznej, czyli — o ile dobrze pamiętam — do roku 1977. Ten czas dobrze wspominam i do miasta wracam ze sporym sentymentem, mimo że Elbląg w moich czasach był całkiem innym miastem. Był dużo brzydszy niż teraz — nie było pięknej starówki, która dopiero dużo później została odbudowana. Była jednak Bażantarnia i słynna Dolinka z niby-kaskadami. Była też wisząca w powietrzu tajemnica nieznanego wtedy jeszcze Truso. To — jak teraz mi się wydaje — ważne prefiguracje — przeczucia tego, co później widziałem w Ameryce Południowej — lasu amazońskiego, wodospadów Iguazu czy nieznanych miast głęboko zatopionych w południowoamerykańskim interiorze. Im bardziej się nad tym zastanawiam i im więcej przybywa mi lat, tym wydaje mi się to ważniejsze.

— Kiedy zaczął pan interesować się tymi nawet najbardziej odległymi zakątkami świata? Skąd ta pasja?


— Tymi rzeczami interesowałem się od zawsze. Nie ma w tym przesady. Moje zainteresowania na pewno wyrosły z książek. Wydaje mi się, że w pewnym wieku i pod wpływem mniej więcej tych samych lub bardzo podobnych książek i autorów, prawie wszyscy interesują się tymi sprawami — tajemnicą, podróżami i tym, co czeka na nas za horyzontem. Ja jednak niezwykle silnie z tymi zainteresowaniami się utożsamiłem. Wiele osób później o tych pasjach i takich zainteresowaniach z biegiem czasu zapomina, zaczynają je wypierać inne sprawy. Ja — jak mi się wydaje — za bardzo uwierzyłem w to, że są one naprawdę bardzo ważne — tak ważne, iż nie można z nich rezygnować. I tak to ze mną zostało. Skutek? Od blisko półwiecza zajmuję się mniej więcej tym samym. Przez całe życie. Nie zmieniam obszarów zainteresowań czy specjalności. Nie staję się kimś innym co roku. Być może dlatego, to, co robię, robię nieźle i na kilku rzeczach dobrze się znam. Jak ktoś całe życie robi to samo, nie może tego robić niedobrze.


Fot. archiwum prywatne


Wyjechać to tak jakby trochę umrzeć, ale podróż jest niczym droga — jak życie — mówi Roman Warszewski. Pochodzący z Elbląga podróżnik, pisarz, dziennikarz, autor scenariuszy i realizator telewizyjnych filmów dokumentalnych poświęconych Ameryce Południowej. Debiutował w 1986 roku książką „Pokażcie mi brzuch terrorystki”, a od tego czasu ukazało się około trzydziestu książek jego autorstwa, a wśród nich m.in. „Tajna misja El Dorado”, „Ukryta twarz. Wywiad z Carlosem Castanedą”, „Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas” czy „Zielone Pompeje. Drogami Inków do Machu Picchu i jeszcze dalej”.

— Pamięta pan swoją pierwszą daleką podróż?


— Moja pierwsza naprawdę długa podróż miała miejsce w 1982 roku, kiedy w stanie wojennym studiowałem w Niemczech. Poleciałem wtedy do Peru, Boliwii i Chile, bo te kraje od bardzo dawna mnie interesowały. Poza tym miałem znajomych, którzy mniej więcej w tym samym czasie odbyli podobne podróże, więc wiedziałem, że jest to wykonalne. Przebywałem wtedy w Ameryce Południowej kilka miesięcy. Zebrałem materiały do swoich dwóch pierwszych książek — „Pokażcie mi brzuch terrorystki” i „Inicjacja” — o partyzancko-terrorystycznej organizacji Sendero Luminoso oraz o młodych ludziach ruszających w świat u progu dorosłego życia.
To była niezwykle istotna podróż. Była jak użądlenie — zainfekowanie bakcylem podróżowania i poznawania. Od tamtej pory nie było de facto roku, bym gdzieś daleko nie wyjeżdżał. Nie turystycznie — zawsze w jakimś konkretnym celu. Żeby coś konkretnego rozwikłać lub napisać. Stan ten trwa do dziś.

— Jakie miejsce — jego kultura lub mieszkańcy — zrobiło na panu największe wrażenie? Niekoniecznie pozytywne.


— Dużo było takich miejsc. Najciekawsza była chyba jednak Wyspa Wielkanocna — najsamotniejszy zakątek na świecie, naprawdę bardzo odległy, a ponadto — w przeszłości — siedlisko naprawdę niezwykłej kultury, której los powinien być ostrzeżeniem dla ludzkości. Dlaczego? Bo tamtejsza kultura zanikła głównie przez katastrofę ekologiczną, którą sama wywołała. To bardzo obszerny temat na osobną rozmowę.

— Według informacji, które znalazłam, zna pan kilka języków obcych?


— Znam angielski — bo bez tego ani rusz, niemiecki — bo studiowałem m.in. w Niemczech, włoski — bo we Florencji pisałem doktorat, keczua — bo chciałem wiedzieć, co mówią do mnie Indianie w Andach, portugalski — bo chcę jeszcze dobrze poznać Brazylię, w pewnym stopniu rosyjski, a najlepiej hiszpański — bo to nim posługuję się na co dzień w domu. Moja żona jest Peruwianką i nie nauczyła się polskiego. Za to nasz syn Dominik jest dwujęzyczny.

— Czego uczy nas poznawanie innych kultur? Czy jest w ogóle ważne?


— Bardzo ważne — pozwala wyrwać się z zaścianka i pozbyć się przekonania, że wszystko wszędzie jest tak jak u nas. Podróże uczą tolerancji, relatywizowania tego, co niektórzy uznają za jedyne i niezmienne. Uczą, że wielość I różnorodność jest lepsza od monolitu. Bo monolit to śmierć i zastój, a różnorodność to życie i rozwój.

— Jak zmienił się nasz świat w ciągu ostatnich dziesięcioleci? Czy są nadal kultury i ludy, które stronią od nowoczesności? Czy są takie zakamarki świata, o których nadal wiemy niewiele? I czy to się pana zdaniem zmieni?


— Na szczęście są jeszcze takie zakątki, które się nie zmieniły, ale jest ich niestety coraz mniej. Świat bardzo się zmienił przez czas, który minął od czasu moich pierwszych podróży. I nie są to zmiany na korzyść. Dlatego często mówię, że świat, który mnie teraz otacza, to nie jest już mój świat. Coraz trudniej znajduję sobie w nim miejsce.

— Ale nadal planuje pan kolejne podróże.


— Pandemia nie jest dobrym czasem dla podróżników, ale jest czymś niezłym dla pisarzy. W pierwszym jej roku napisałem książkę „Pierwsza wojna polsko-indiańska”, która — jak zapewnia mnie wydawca — ukaże się do czerwca tego roku. Wydałem też krótką, ale ważną książeczkę „Żeby miało ręce i nogi”, która wiele wyjaśnia na temat tego, co w tej chwili dzieje się w Polsce. Przygotowuję też książkę „Podróż przez spaloną ziemię” o wojnie bałkańskiej z lat 90. Byłem wtedy w Sarajewie jako korespondent. To, co się wtedy tam działo, jest być może zapowiedzią tego, co znów wydarzy się w Europie, a może także poza nią. Dlatego wracam do tego unikatowego materiału, który zebrałem jeszcze przed laty, a który okazuje się odporny na upływ czasu i może stać się przestrogą. W tym roku chcę skończyć książkę "Transamerica". Podróż w poszukiwaniu tego, co najważniejsze. I, jak pozwoli sytuacja związana z pandemią, pojechać do Patagonii, na Ziemię Ognistą i na przylądek Horn od strony lądowej. Ma z tego powstać książka „Do samego końca”.

Kamila Kornacka
k.kornacka@dziennikelblaski.pl



Fot. Wydawnictwo Znak


Ostatnia wydana książka autorstwa Romana Warszewskiego to „Dzikowska. Pierwsza biografia legendarnej podróżniczki”.

Zaczęło się od tego, że 16-letni Warszewski wysłał do magazynu Kontynenty list dotyczący pisma rongo-rongo z Wyspy Wielkanocnej, którym zajmował się, jeszcze będąc uczniem liceum. Wówczas to Elżbieta Dzikowska przeprowadziła wywiad z nastolatkiem, który lata później przelał na papier jej biografię. — Dzikowska jest skomplikowaną osobą. Początkowo usiłowała odwodzić mnie od pomysłu napisania biografii, później próbowała wprowadzić mnie w błąd w wielu kwestiach. Starałem się być dociekliwym i — jak sądzę — w co najmniej kilku kwestiach udało mi się przebić przez pancerz mistyfikacji. Przede wszystkim musiała w końcu przyznać, że przez kilkadziesiąt lat wprowadzała wszystkich w Polsce w błąd, twierdząc, że to ona odkryła ostatnią stolicę Inków — Vilcabambę, którą tak naprawdę — 12 lat przed podróżą Dzikowskiej — odkrył Amerykanin Gene Savoy — komentuje dziś Roman Warszewski. I dodaje: — Jestem jednak zadowolony z tej książki, nad którą prace trwały trzy lata. Nie jestem natomiast zadowolony ze sposobu, w jaki była promowana. Poza tym jej recepcja była dość marna, bo ludzie w Polsce już przyzwyczaili się do wszystkich nieprawidłowości. Kiedyś sprawa oszustwa w sprawie odkrycia Vilcabamby byłaby szeroko dyskutowana. Obecnie — nikogo to nie obchodzi.