Reklama

Z książkami jest trochę jak z dziećmi

19/02/2011 17:20

Nasza praca ma wiele pozytywnych aspektów — mówi Dorota Jutrzenka-Supryn, konserwator zabytków. — Są jednak i realizacje, podczas których trudno powstrzymać emocje. Przeżyłam coś takiego, gdy zajmowałam się pismami przyjęć do obozu w Majdanku.

— Konserwacja zabytków, szczególnie sztuki piśmienniczej kojarzy się raczej ze żmudnym i długotrwałym zajęciem. Pani jednak mówi o swojej pracy z zachwytem i zaangażowaniem. Co w tym jest takiego ciekawego?
— Z wykształcenia jestem konserwatorem dzieł sztuki ze specjalnością konserwacja zabytkowego papieru i skóry. Mam więc dostęp do pism i książek, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Kiedy wybierałam ten zawód, myślałam właśnie o tym, że jest taka ilość świadectw historii, które nie są wystawiane w gablotach muzealnych, a przecież warto je zobaczyć.

— To brzmi ciekawie. Czy są w ogóle jakieś minusy tej pracy?
— Największą bolączką konserwatora dzieł sztuki jest to, że gdy zaczynamy obcować z zabytkiem i dostrzegamy w nim coraz więcej interesujących szczegółów, to konserwacja się kończy i musimy go oddać.

— Były obiekty, które z chęcią by Pani zatrzymała?
— Parę starodruków, którymi się zajmowałam, oddawałam naprawdę z dużym żalem. Na przykład zielnik Marcina Siennika z 1534 roku. Zawierał mnóstwo ciekawych informacji. Wtedy akurat urodziły się moje dzieci, więc bardzo zainteresował mnie rozdział „O dziatek rodzeniu i dziatek chowaniu”. Musiałam skupić się na pracach konserwatorskich, ale oczyszczając każdą stronę bolało mnie to, że nie mogę jej doczytać do końca. Podobnie było w przypadku pięknego i rzadkiego atlasu Abrahama Orteliusa z 1592. Przez wiele lat leżał on nierozpoznany w bibliotece Hosianum w Olsztynie. Pokazał mi go dopiero opiekun zbiorów, nie mając jednak świadomości, że to prawdziwy skarb.

— Odnalezienie zaginionego dzieła sztuki czy obcowanie z ręcznie zdobionymi starodrukami, to chyba bardzo przyjemne aspekty konserwacji?
— To było piękne obiekty. Przyjemność sprawiała również świadomość, że dotykam się stron, których dotykało przede mną wiele pokoleń. W ręce konserwatora trafiają jednak i inne obiekty, a praca nad nimi często wiąże się z wielkimi emocjami. Na ostatnim roku studiów pomagałam swoim promotorkom przy konserwacji kart przyjęć do obozu w Majdanku. To była bardzo trudna realizacja z punktu widzenia konserwatorskiego. Druki wypełniono odręcznie, różnymi materiałami piśmienniczymi, było tam mnóstwo pieczątek, a to wszystko było szalenie istotne, bo to dokumenty bezcenne dla osób, które utraciły w obozie swoich bliskich. Podczas tej pracy nie obyło się bez wzruszeń.

— Od razu po studiach związała się Pani ze swoją macierzystą uczelnią — Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu, którego pracownikiem jest Pani cały czas. Kilka lat temu rozpoczęła Pani współpracę z Biblioteką Elbląską. Jakie ma Pani tutaj zadania?
— Współpracę z biblioteką rozpoczęłam w 2007 roku. Rok później powstała pracownia konserwatorska. Zakres naszych obowiązków jest bardzo szeroki. Najchętniej zajmujemy się pełną konserwacją druków. Niemniej musimy zajmować się również profilaktyką i ochroną całego księgozbioru. Opieka nad książkami trochę przypomina opiekę nad małymi dziećmi. Musimy stworzyć im odpowiednie, bezpieczne warunki.
Natasza Jatczyńska


Dorota Jutrzenka-Supryn - laureatka Nagrody Prezydenta Elbląga 2010 w kategorii kultura i sztuka. Starszy kustosz i specjalista do spraw konserwacji zbiorów zabytkowych w Bibliotece Elbląskiej. Jest ekspertem w zakresie konserwacji papieru i skóry, samodzielnym pracownikiem naukowym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama