Reklama

Zagubiony w Elblągu. Rocznica, która budzi emocje i kontrowersje

08/02/2013 13:51

Rocznica ta zawsze wzbudzała emocje, kontrowersje oraz dyskusje utrwalane stereotypami prezentacji powojennych dziejów miasta, zamkniętych ostatecznie cezurą roku 1989. Dla wielu osób racjonalnie traktujących przeszłość Elbląga nie ulega żadnej wątpliwości, że 10 lutego 1945 r. wojska sowieckie, po ciężkich, dwutygodniowych walkach, zdobyły miasto, które wówczas nazywało się Elbing.

Pisany cyrylicą rzeczownik Эльбинг znajduje się do dzisiaj na tablicy pomnika poświęconego poległym żołnierzom Armii Czerwonej przy ul. Agrykola. A jaki charakter miał ten dzień przed 68. laty dla kilkudziesięciu tysięcy Niemców, którzy pozostali w mieście?

Na ten temat pojawiło się po wojnie dużo relacji naocznych świadków, wspomnień, zdjęć i dokumentów. Mówią o tym również przetłumaczone poniżej małe fragmenty książki Jürgena Haese „Verloren in Elbląg” (Zagubiony w Elblągu). Książka ta jest dramatycznym, ale zapisem literackim spostrzeżeń dorastającego chłopca, naocznego świadka tragedii Elbląga i jego mieszkańców podczas walk w dniach 26.01-10.02.1945 r. Jest także sugestywnym dokumentem, obrazującym sytuację w mieście w jego sowieckim okresie i później, już w pierwszych latach władzy polskiej.

A kim jest jej autor – dr Jürgen Haese? Urodził się w 1934 r. w Elblągu. Autor w powojennych latach 1945-1948 nazywał się… Jurek Musiałowski i chodził do polskiej Szkoły Podstawowej przy ul. Agrykola - „trójki”. 
Nowi elblążanie – Jadwiga i Kazimierz Dynia - zastępowali mu po części rodziców. Następnie wyjechał do Niemiec. Po studiach z zakresu filozofii społecznej pracował jako reżyser PR i Image filmów oraz dokumentujących historię kultury niemieckiej.

Czytaj także: Rocznica zdobycia Elbląga

Ceniony i uznany, otrzymał wiele wyróżnień, m.in. Federalny Krzyż Zasługi I Klasy. Mieszka w Lubece. W 2005 r. przebywał kilka dni w rodzinnym Elblągu, odwiedził wszystkie stare miejsca, był też w „trójce”. Owocem tej wizyty, jego wspomnień i dokumentacji, którą pozostawiła jego matka, jest wspomniana książka, wydana w 2007 r. przez fibre Verlag w Osnabrück.

Książka ta, jak napisał Lutz Gallinat, odbiła się szerokim echem w Niemczech. Jej autor przedstawia swoje przeżycia w obszarze dzisiejszych ulic Kopernika, Moniuszki, Traugutta, parku Dolinka, a zwłaszcza Chopina, gdzie pod adresem 3 a mieszkał z rodzicami. Jego ojca – urzędnika magistrackiego - zastrzelili sowieccy żołnierze 9.02.1945 r. Wielokrotnie zgwałconą matkę zabrali do odgruzowywania miasta, a później wywieźli na Syberię. Jürgen został z babką, która była z domu Musialowski, więc w ramach polonizacji miasta zrobiono z niego Jurka Musiałowskiego!

Swoją książkę napisał w trzeciej osobie, a tak zarejestrował 10.2.1945 r.:

(…) 23 stycznia 1945 r. wojna dotarła do Elbląga. Najpierw przez nieuwagę. Kilka sowieckich czołgów pogubiło się! Przejechały przez miasto wobec zdziwionych mieszkańców, uciekinierów i niedowierzających niemieckich żołnierzy. Nim zostały ostrzelane, kładły pod drodze pokotem wszystko.

(…) Trzy dni później zaczęły się walki. Czego oczekiwał Jürgen, jego rodzice i babcia? Bomb, granatów i Rosjan! Przenieśli się do piwnicy przerobionej na schron. Były tu miejsca do spania, a strop wzmocniono belką. Żeby być niezauważonym, nie palono w piecu. Drzwi domu były otwarte: Witamy w Elblągu Panowie! Prosimy - zachodźcie, jak już tu wreszcie jesteście! Siedząc na żelaznych pryczach, oczekiwali na nieznane. Wszystko zostało pomyślane i przygotowane. Matka Jürgena, co go nie zdumiało, położyła na stół świeżo wykrochmalony obrus, który sama wyhaftowała.

Babcia Augusta chowała swoje dłonie w mufce z norki. Ernst (ojciec) ciągle siadał i nerwowo wstawał, chodził po ciasnej piwnicy i wyglądał na zewnątrz przez wąskie okienko. Jürgen podstawił sobie ławkę, by też obserwować. Stamtąd muszą Oni nadejść. Chodnik pokrywał szary, brudny śnieg. Odgłosy walki zmieniały się. Wreszcie dochodziły tylko pojedyncze strzały.

Nagle wyłoniły się dwie postacie. Pierwsi Rosjanie z pepeszami, szukają wroga. Lub? Wybijają szyby w stojącym naprzeciwko domu i wchodzą do środka. Upływają minuty. Wychodzą i biegną tam, skąd przyszli. W szarówce kończącego się dnia bielą się przewieszone przez ich ramiona powłoczki. Dwaj bohaterowie sławnej sowieckiej armii. Łowcy souvenirów na ziemi wroga. Coś z porcelany, srebra, narzuty z adamaszku… Z pewnością coś dla swojej Maszy gdzieś w Krasnojarsku. Ale tego już nikt nie wyjaśni.

Dwa ciężkie granaty spadły kilka centymetrów od nich. Kawałki ludzkiego ciała przemieszały się ze żwirem ulicy i souvenirami, reszta poleciała w powietrze. Wieczorny wiaterek wkrótce rozwiał dym i kurz. Na ślepym końcu Fichte-Straße (ul. Chopina) Rosjanie ustawili stanowisko artyleryjskie. Zaroiło się od żołnierzy. Żaden z nich nie omieszkał wejść do piwnicy. Pierwsi zabrali rodzicom Jürgena ich biżuterię i wszystkie zegarki. Przychodzą następni, następni i następni. Uri, uri (zegarki), ringe (obrączki), dawaj, dawaj, raus, Frau komm, stoj - job twoju mat’!

Ramiona ojca drżą jakoś nieporadnie i desperacko. Nie dowierzają mu, grożą. Jeden z Mongołów wyciąga swój krótki sztylet i przystawia do gardła, drugi popycha na ziemię i pluje na niego swoimi żółto-zielonymi plwocinami. Inny uderza matkę kantem dłoni. Ona krwawi z ust i nosa. Czas nagli - gwałcą. Jürgen zrobił się tak malutkim, jak w takiej sytuacji można być. Tuli się do babci. Przy każdej brutalności tuli się coraz głębiej w jej czarną chustę (…).

Sto metrów dalej w jednej z piwnic zgromadzono wielu Niemców: starców, kobiety, dzieci. Siedzą cicho. W przeciwległym narożniku piwnicy 6-8 Rosjan. Tu się dzieje. Alkoholowa orgia, a zamiast chleba i słoniny – gwałcone kobiety. Żadna z gwałconych nie krzyczy. Wódka i rzewne dumki. To są wrogowie, którzy śmieją się i żartują, czy to bestie?

(…). O północy wdzierają się Rosjanie do ojca Jürgena. „Ty spion, germanski partizan, faszysta”! Jürgen nie chce patrzeć na to wszystko. Rosjanin pokazuje mu ręką, że ojcu poderżną gardło. Ojciec dramatycznie coś gestykuluje, tłumaczy się. Jürgen przeczuwa najgorsze. Zamyka mocno oczy, nie wierzy, że nadeszła chwila pożegnania.

Zabierają go na górę (…). Następnego ranka widzi matkę siedzącą jak skamieniała na koszu do bielizny (…). Późnym przedpołudniem zauważył babcię z matką w przydomowym ogródku. Ciągną coś długiego, owiniętego w dywan po śniegu i kładą pod drzewem. Jürgen wie. To jego ojciec. Później dowiedział się, że klęczącego przy ścianie własnego domu żołnierze zabili strzałem w tył głowy (…).

I takich drastycznych sytuacji jest w tej książce więcej. Ich apogeum była ta, gdy do ich domu wdarł się brudny i podchmielony czerwonoarmista i prawie na jego oczach zgwałcił dobiegającą osiemdziesiątki babcię… Ciągle głodował. Razem z kolegą znaleźli pewnego razu w dawnym sklepie kolonialnym przy Fichte-Straße 16-18 (obecnie Chopina) wiele torebek z cukrem waniliowym. Szybko nasycili swój głód, nie bacząc na to, że wcześniej jedli kwaszone ogórki! Od tego czasu Jürgen Haese stroni od ogórków w jakiejkolwiek postaci. Potwierdził to w rozmowie z niżej podpisanym podczas spotkania w 2008 r. w Münster.

Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama