Reklama

340 kilometrów, które zmienia życie
. Pieszo do Camino

19/10/2012 12:32

Bogumiła Bruniecka w lipcu 2010 r. wyruszyła pieszo drogą św. Jakuba w Hiszpanii, jednym z najtrudniejszych szlaków pielgrzymkowych. Przez dwa tygodnie przeszła samotnie 340 kilometrów. Większość tej drogi była górską wspinaczką. Decyzję o swojej wyprawie życia podjęła leżąc na szpitalnym łóżku oddziału onkologii.




Droga świętego Jakuba to szlak, który od ponad tysiąca lat prowadzi pielgrzymów do katedry w Santiago de Compostela, w północno-zachodniej Hiszpanii. W niej, jak wierzą oni, pochowane jest ciało Jakuba Apostoła. To jeden z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych. Przez wieki przemierzali go władcy, królowie, ludzie sztuki, święci i miliony wiernych. W 1993 r. wpisano go na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. 
Tras pielgrzymkowych do Santiago jest kilka. A każda z nich bardzo trudna. Jak bardzo, świadczy fakt, że dawniej w niektórych państwach wysłanie na jakubowy szlak było jedną z kar dla przestępców. W lipcu 2010 r. decyzję o wyruszeniu do Santiago de Compostella podjęła Bogumiła Bruniecka. Wybrała trasę Camino Primitivo, prowadzącą przez Pireneje i najtrudniejszą. 




Myśl o wyruszeniu piechotą do Santiago de Compostela kiełkowała w jej głowie długo, bo aż 18 lat. Pierwszy raz w 1994 r., podczas walki z nowotworową chorobą. Gdy 2010 r. ogłoszono rokiem świętym, marzenie to dojrzało na tyle, by je zrealizować. 





Swoją wędrówkę rozpoczęła w Oviedo. By dotrzeć do katedry w Santiago musiała pieszo pokonać ponad 340 km. Zajęło jej to dwa tygodnie. Większość dróg prowadziła przez surowy masyw Pirenejów. Najwyższy szczyt, z którym przyszło jej się zmierzyć, liczył 1200 metrów. Podchodziła pod niego w olbrzymim skwarze, temperatura przekraczała 40 stopni. Chociaż do wyprawy przygotowywała się i wiedziała, że będzie ciężko, to nie sądziła, że aż tak.

— Pierwszym zakupem były skarpetki doradzone na forum Camino. Próżno doszukuję się w nich nitek srebra rzekomo pochłaniających pot.  Takich ilości potu jakie spływały mi do butów prawdopodobnie żaden producent nie przewidział — zapisała w swoim pamiętniku z pielgrzymki. 


A takich szczytów było wiele. Do Santiago de Compostela dotarło 7 kilogramów mniej Bogumiły. Tyle schudła. Część rzeczy, które zabrała z domu wyrzuciła po drodze.
— Tylko mi zawadzały, ciążyły w plecaku — mówi.
Czasami szła nocą i na zupełnym odludziu. Symboli muszli, które znajdują się na drzewach i kamieniach, a którymi oznakowany jest szlak, szukała w świetle latarki. Zdarzało się jej błądzić.

Wtedy nieoceniona okazywała się pomoc mieszkańców. 

— Wyruszyłam na szlak o 4 rano. Świetnie się idzie o poranku. Chłód, a człowiek wypoczęty. Idę, skręcam w prawo, strzałka niby była. Odwracam się i widzę dom. I słyszę, że ktoś wali w szybę. Potem uchyla okno i mówi: no Camino. I pokazuje mi właściwą drogę. Hiszpanie są cudowni. W nocy, po ciemku czuwają nad pielgrzymami. Ludzie, których mijałam, mówili mi: nie siadaj, bo już się nie podniesiesz, idź dopóki możesz — wspomina.




Zdarzały się dni, w których musiała pokonać aż 30 km, by dotrzeć do kolejnego miejsca noclegu. Zdarzały się i chwile zwątpienia. 

— Idę. Mam do przejścia trzy kilometry w błocie, które sięga mi do kolan. Innej drogi nie ma. Drogę na pole odgradzają kolczaste druty, w ten sposób Hiszpanie zabezpieczają pola przed zadeptaniem przez pielgrzymów. Jestem załamana, nie dam rady przejeść, ale próbuję. I zahaczyłam ubraniem o druty, nie mogę się ruszyć. Ani w jedną, ani w druga stronę. Rozpłakałam się. Pomyślałam, że to koniec, nie wyjdę stąd, umrę tu. Nikogo nie ma na szlaku. Zaczęłam na głos kłócić się z Bogiem - tak ma wyglądać ta pielgrzymka, to jakieś ciągłe cierpienie. Udało mi się oswobodzić. Idę dalej, dochodzę do miejscowości Tineo i napotykam przepiękny, wielki basen, do tego prysznice, ciepła woda. Wskoczyłam do wody, pływam i rozmyślam, że to taki mały cud. Niedawno byłam w wielkim błocie, wszystko brudne. Pomyślałam, panie Boże - przepraszam cię za moje narzekania — mówi Bogumiła.

Trudy pielgrzymki wynagradza poczucie szczęścia i czegoś mistycznego, co trudno, jak mówi, ubrać w słowa.

— Kiedyś szłam wąwozem i towarzyszyło mi uczucie, że wyżłobiły go ludzkie stopy, że utworzyły go tysiące ludzi, którzy przez tyle wieków tędy wędrowali. A dzisiaj idę nim ja — mówi Bogumiła. 
Odcinki podróży oddzielone były noclegami w albergach, czyli schroniskach. Jak mówi, są to miejsca szczególne. Pielgrzym, oprócz schronienia i noclegu, znajduje w nich uśmiech przyjaznego gospodarza, wspólnie spożywany posiłek czy pomoc w leczeniu obolałych stóp.

Ale przede wszystkich wspaniałych ludzi.

— Ich się nie zapomina. To byli pielgrzymi, choć nie zawsze chrześcijanie. Spotkałam w jednym z alberge buddystę, który medytował. Spotkałam również Holendra, który był agnostykiem. Bo szlak świętego Jakuba jest drogą ducha. W mojej pamięci pozostał pielgrzym z Utrechtu. Jedliśmy razem posiłek. Opowiedział mi swoją historię. Gdy jego żona zmarła na raka, wyszedł z domu. Szedł już trzeci miesiąc. Przeszedł całą Hiszpanię dookoła. Takich historii poznałam mnóstwo — mówi Bogumiła.



— Ta pielgrzymka jest drogą do samego siebie. Podczas podróży dochodzisz do niesamowitych myśli - że jest ci zbędne to wszystko co niesiesz ze sobą, komórka czy ubrania. Twój ułożony świat jest nieważny. A najważniejszy jest drugi człowiek. Przesłanie sobie wzajemnie uśmiechu, wspólny posiłek - choćby ten najskromniejszy, że wspólne bycie razem jest cenniejsze od wszystkich dóbr tego świata. Dochodzisz do myśli, że życie jest po to, by je przeżyć. Najlepiej jak potrafisz — mówi Bogumiła. 
 
daw
[gallery=4]36428[/gallery]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama