Reklama

Andrzej K. Kisiel: Tęsknię za GROM-em

11/11/2012 15:52

Przez trzynaście lat służył w Jednostce Wojskowej GROM. Był w Iraku, kiedy rozpoczynała się wojna, a później w Afganistanie. Wspomnienia operatora jednostki specjalnej, uczestniczącego w wielu najtrudniejszych akcjach bojowych, zawiera mająca ukazać się na dniach książka „Trzynaście moich lat w JW GROM”.

— Od zawsze chciał Pan być żołnierzem?

Andrzej K. Kisiel. — Tak. To było moje marzenie od wczesnego dzieciństwa. Zawsze, kiedy była taka okazja namawiałem moich rodziców, żeby kupili mi pistolet, karabin lub inną rzecz wiążącą się z wojskiem.

— Ale nie myślał Pan chyba wtedy o jednostkach specjalnych?

— Nie... Jak miałem 10 lat, to dla mnie kultowym filmem byli "Czterej pancerni i pies". I jak każdy chłopak na podwórku chciałem być pancerniakiem i mieć psa Szarika.

— A jednak trafił Pan do GROM-u. Jak to się stało?

— Jak już wcześniej wspomniałem, to zawsze chciałem być wojskowym i m.in. dlatego wstąpiłem do liceum wojskowego w Olsztynie. Wtedy jeszcze nie mówiło się o GROM-ie, bardziej o czerwonych beretach. Tak się jednak złożyło, że liceum zostało rozwiązane i musieliśmy wybrać: albo idziemy do innej, cywilnej szkoły albo kontynuujemy naukę w szkole chorążych. Wybrałem tę drugą opcję. Tam stwierdziłem, że pociąga mnie służba w wojskach specjalnych, że mógłby się tam spełnić. I pierwszy raz usłyszałem nazwę GROM. [piano]Wszystko co robiłem miało sprawić, żebym dostał się do tej jednostki. To nie nastąpiło jednak szybko. Po ukończeniu szkoły chorążych mój pierwszy przydział był do 1. Pułku Specjalnego Komandosów. Wtedy selekcja do GROM-u wyglądała trochę inaczej jak dzisiaj. Jej pierwszym etapem było… zdobycie numeru do Jednostki. To było bardzo trudne zadanie, a to jak mi się udało opisałem w swojej książce. Później przyszedł czas na kolejne etapy selekcji. W sumie w moim przypadku dostanie się do GROM-u zajęło mi około dwóch lat.

— Irak był Pana pierwszą poważniejszą misją bojową z GROM-em?

— Wcześniej mieliśmy jeszcze kilka innych celów, ale skończyło się tylko na przymiarkach. Irak to była pierwsza bardzo poważna misja i mocne przetarcie. Trafiłem do Iraku, gdy właśnie rozpoczęła się wojna.

— GROM był mocno chwalony za działania w Iraku.

— Miałem to szczęście, że byłem w tej zmianie, która zdobywała platformę KAOOT. Od tego się zaczęło. To był bardzo duży sukces, nasi sojusznicy zobaczyli, że można nam ufać, że nie tylko z nazwy jesteśmy jednostką specjalną i że sprawdzamy się nie tylko na treningach. Chociaż i wcześniejsze operacje pokazały im, że naprawdę można na nas liczyć, jesteśmy dobrze wyszkoleni i że nie odbiegamy od nich poziomem wyszkolenia i umiejętnościami. W sprzęcie pewne różnice były, bo wiadomo, że Polski nie stać na pewne rzeczy.

— Kiedy okazało się, że jedziecie do Iraku, to czuł Pan obawę czy cieszył się, że dostanie szansę sprawdzenia w praktyce tego, czego uczył się w Jednostce?

— Każdy do tego podchodził indywidualnie, po swojemu rozkładał to na czynniki pierwsze. Ale zawsze istnieje pewna obawa, element strachu. Każdy zdrowy człowiek tak powinien mieć, pozostaje kwestia tego, jak się nad tym panuje. I ja faktycznie miałem pewne obawy. Z drugiej strony była też taka pewna niecierpliwość, bo to zadanie miało pokazać, czy jest się pełnoprawnym, solidnym żołnierzem, a w tym przypadku operatorem. Była taka chęć sprawdzenia, jak będę się zachowywał w takich warunkach.

— Jak wyglądało Wasze życie codzienne w Iraku?

— Nie wykonywaliśmy takich typowych czynności dla pooddziałów szturmowych z jednostek powietrzno-desantowych czy tych zdań, które wykonywały siły lądowe. Generalnie skupialiśmy się na tzw. cięciach chirurgicznych. Polegały one na unieszkodliwianiu komórek terrorystycznych, które zagrażały ludności cywilnej i siłom koalicji. Często się mówi, że zamachy były wymierzone w siły koalicji - a to nie jest do końca prawda. W dużej mierze i przeciwko swojej ludności. To był pewien element zastraszenia, spowodowania, żeby odpowiedzialność spadła na siły koalicji, jako sprawców tego zła, które przyniosło wojnę, ogień, śmierć. A było odwrotnie. My pojechaliśmy im pomóc, a nie jątrzyć.

— Był Pan na czterech turach bojowych w Iraku i jednej w Afganistanie. Gdzie było trudniej?

— Ciężko powiedzieć. Afganistan i Irak to są dwa, jeśli chodzi o wojska specjalne, zupełnie inne świat.

— Miał Pan taki moment w Iraku lub Afganistanie, że miał już dojść...

— Myślę, że każdego w pewnym momencie nadchodzi jakiś mały kryzys. To jak w maratonie - mówi się, że trzydziestyktóryś kilometr trasy to jest męka i człowiek z chęcią by sobie odpoczął. Podczas misji też tak bywa, że są 2-3 dni, że człowiek jest zmęczony, co jest spowodowane tym, że tęskni za rodziną, za krajem... U nas w Jednostce dużą uwagę na to zwracano i starano się nas do tego przygotować, byśmy potrafili sobie z tym poradzić. Każdy miał jakiś sposób na to. Jedni koledzy uprawiali więcej sportu niż normalnie, inni słuchali dużo muzyki poważnej... Ważne było to, że wspieraliśmy się także nawzajem.

— Niezwykle profesjonalni operatorzy w działaniu i bardzo twardzi imprezowicze po godzinach - spotkałem się z taką opinią o polskim GROM-ie.

— To opinia z książki autorstwa Chris Kyle, do której nota bene pisałem wstęp. U nas często jest tak, że z pewnych rzeczy, które dla innych nacji wydają się błahe, robi się wielką aferę. Ci, którzy przeczytali tylko ten fragment książki pewnie pomyśleli: "co tam się działo, jak nic pili wódkę i upijali się do nieprzytomności". Tak nie było. Ciężko to nawet nazwać imprezami. Nigdy podczas takich spotkań nie widziałem, żeby ktoś się przewracał, pił takie ilości alkoholu. Szczerze mówiąc nawet nie chce mi się tego komentować, bo cokolwiek teraz nie powiem to i tak przez niektórych może zostać odebrane inaczej.

— Chris Kyle to najskuteczniejszy snajper w historii Armii Stanów Zjednoczonych (podczas misji w Iraku uzyskał 255 trafień). Miał Pan okazję go poznać...

— We wstępie do polskiej wersji jego książki "Cel snajpera" chciałem opisać te cechy, które były dla niego najbardziej charakterystyczne. Czyli to, że był zawsze uśmiechnięty, strasznie koleżeński i skromny. Ta skromność była posunięta do tego stopnia, że my wtedy nie wiedzieliśmy, że miał tyle zaliczonych trafień, brał udział w tylu misjach snajperskich. Spędzałem z nim bardzo dużo czasu, ale rozmawialiśmy nie tylko o wojsku. Chris urodził się w Teksasie, więc wypytywałem go o to, jak to jest ujeżdżać byki, bo w Polsce z tym nie mamy do czynienia. On także interesował się Polską. Naprawdę to fajny, otwarty człowiek.

— A u Pana jak się narodził pomysł na książkę "Trzynaście moich lat w JW GROM"?

— To był dość ciekawy splot okoliczności, bo doszło do jej wydania dzięki Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy i mojej córce. Córka wystawiła na aukcję WOŚP moją osobę, w ten sposób, że kto zapłaci najwięcej, to ja z nim spędzę jeden dzień i postrzelamy razem na strzelnicy. Wygrał Marcin. Kolejny zbieg okoliczności był taki, że akurat w tym czasie trwało tłumaczenie na polski "Celu snajpera" Kyle’a, w którym to tłumaczeniu Marcin uczestniczył. Z moim współautorem najpierw trochę postrzelaliśmy, a potem on nieśmiało zaczął mnie podpytywać m.in. czy znam Chrisa Kyla. Pokazał mi zdjęcie z książki a jak powiedziałem, że znam Chrisa to nie mógł uwierzyć, że trafił na kogoś, kto go zna i jeszcze ma wspólną z nim fotografię. Wtedy padła propozycja, żeby napisać wstęp do "Celu snajpera". Kolejna myśl, jaka mi zaświtała, była taka, że w Polsce do tej pory książki o GROM-ie pisały osoby z pozycji dowódcy. Nie było książki z perspektywy operatora - tego, który jest w sekcji i pewnie w jakiś inny sposób to widzi. Wspólnie stwierdziliśmy, że spróbuję taką książkę napisać. Chociaż zdaję sobie sprawę, że pewnej części ludzi ta książka może się nie spodobać, bo nie należy takich rzeczy opisywać. Ale ta książka nie jest po to, żeby mówić o szczegółach, które miałyby utrudnić służbę moim kolegom czy wykonywanie operacji. Wręcz przeciwnie. Chcę pokazać dobry wizerunek GROM-u, bo on taki naprawdę jest. Często na forach internetowych pisze się o nas "okupanci, mordercy". Tak nie jest. Nie jesteśmy psychopatami, najemnikami, nie jesteśmy na niczyich usługach... Chcę pokazać, że jesteśmy normalnymi ludźmi, że mamy swoje problemy, swoje słabości, do których też się przyznałem na łamach tej książki. Nie jestem idealny, żona też mi trochę dowaliła. Uważam, że byliśmy dobrze wyszkoleni i odnosiliśmy dużo sukcesów, ale mieliśmy także osobiste porażki i drobne błędy, które także mi się przydarzyły podczas służby.

— Jakby Pan podsumował 13 lat swojej służby w GROM-ie?

— Tęsknię. Tęsknię trochę za Jednostką, chociaż od rozstania z nią minęło już około trzech lat. Służą tam tak fantastyczni ludzie, przyjaciele, że do tego miejsca się tęskni. Zdaję sobie sprawę, że to może zabrzmieć trochę jak chwalenie się. Ale uważam, że tam naprawdę służą najlepsi ludzie w Polsce, jeżeli chodzi o jednostki specjalne, najbardziej profesjonalni. I kiedy odchodzi się ze służby jest taki moment, żeby się zapłakało rzewnie. Przychodzi jednak taki czas na podjęcie męskiej decyzji: tak to już jest koniec, odchodzę i zostawiam miejsce dla nowych kolegów. A w cywilu trzymam kciuki, żeby wszystko im się układało. Kiedy w telewizji widzę na pasku informację o kolejnym sukcesie GROM-u cieszę się razem z nimi. Jestem dumny i mam takie poczucie, że to jest najlepsza jednostka w Polsce.
Arkadiusz Kolpert

Andrzej K. Kisiel, starszy chorąży sztabowy rezerwy, żołnierz Wodnego Zespołu Bojowego JW GROM. 4 tury bojowe w Iraku i 1 tura bojowa w Afganistanie. 13 lat służby w Jednostce. Marcin Rak, współautor, prowadzi stronę internetową www.specjalforces-memorabilia.pl. Książkę "Trzynaście moich lat w JW GROM" można kupić jedynie za pośrednictwem strony www.trzynascie.com.
 Jak zauważają znawcy tematu, to pierwsza historia o jednostce JW GROM opowiedziana nie przez dowódcę, a przez szturmowca - operatora zespołu bojowego.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama