Reklama

Bijcie tak, by krew bryzgała po ścianach

18/12/2010 19:59

„Gdzie jest smalec precz z socjalizmem” - napisała szminką na szybie sklepu mięsnego zdesperowana kobieta. Pierwszą oznaką niezadowolenia w Elblągu w grudniu 1970 roku były napisy na budynkach. Pojawiły się w mieście 13 grudnia, prawie natychmiast po ogłoszeniu podwyżki cen.

— W 1970 roku byłem brygadzistą w Mostostalu. Kierowałem zespołem, który zakładał w Zamechu suwnicę w hali nr 16. Tam też zastał mnie grudzień — opowiada Józef Gburzyński, uczestnik grudniowego protestu w Zakładach Mechanicznych im. Karola Świerczewskiego (tak brzmiała oficjalna, pełna nazwa przedsiębiorstwa).

Pierwszą oznaką niezadowolenia w Elblągu były napisy na budynkach. Pojawiły się w mieście 13 grudnia, prawie natychmiast po ogłoszeniu podwyżki cen. Na pawilonie handlowych ktoś napisał czerwoną farbą: „Precz z okupacją bolszewików”, a na szybie sklepu mięsnego zdesperowana kobieta napisała szminką: „Gdzie jest smalec precz z socjalizmem”.

— 16 grudnia było bardzo gorąco. Ludzie komentowali sytuację w Trójmieście, gdzie protesty już trwały. 17 grudnia zaczął się strajk w Zamechu i, równocześnie, w Zakładach Wielkiego Proletariatu — wspomina Józef Gburzyński.

Tego samego dnia zastrajkowały też następne elbląskie przedsiębiorstwa: Zakłady Przemysłu Drzewnego, Zakłady Przemysłu Odzieżowego Truso, oraz spółdzielnie Marchlewskiego, Dzierżyńskiego, Buczka i Stylon.

Według Henryka Kuli, autora książki „Dwa oblicza Grudnia”, strajkowało około 1420 osób w największych zakładach. O godzinie 13.45 przed Zakładami Przemysłu Drzewnego, przy ulicy Piławskiej część załogi zbierała się przed bramą wejściową. Demonstranci sformowali kolumnę i skierowali się w kierunku śródmieścia. Do nich przyłączyli się idący na II zmianę z ZPD i pracownicy browaru, przy ul. Dzierżyńskiego, dzisiaj Browarna.

— Potem przyłączyli się robotnicy Zamechu i szkoły przyzakładowej — wspomina Józef Gburzyński. — Pamiętam, że były zatrzymywane tramwaje. Z jednego z nich przemawiał Przemek Brzeziński z zamechowskiej odlewni.

Około 15 przed siedzibą PZPR (dziś Urząd Skarbowy, przy ulicy Mickiewicza) zgromadził się kilkutysięczny tłum. Manifestanci zatrzymywali tramwaje, by pasażerowie przyłączyli się do protestu.
— Dowódca ochrony budynku wezwał tłum do rozejścia się — wspomina Gburzyński. — W odpowiedzi poleciały kamienie. Żołnierze z okien oddali serię strzałów ze ślepaków. Od ulicy Orzeszkowej nadeszło w szyku bojowym około stu milicjantów. Poszły w ruch pałki i petardy.

Dla naszego rozmówcy, temat grudnia, obrósł w wiele przekłamań i nieścisłości.
— Mówi się o jednej ofierze śmiertelnej zajść w Elblągu - Marianie Sawiczu, zastrzelonym 18 grudnia, ale w rzeczywistości były dwie ofiary śmiertelne. Mówię o mężczyźnie, który dzień wcześniej, 17 grudnia, został postrzelony na zapleczu restauracji Słowiańskiej. Mężczyznę przewieziono do szpitala, gdzie zmarł — opowiada Józef Gburzyński.

To jednak nie wszystkie ofiary komunistycznej władzy. 18 grudnia, przypomina Gburzyński, do Elbląga przyjechał gen. Franciszek Szlachcic, wiceminister spraw wewnętrznych. Towarzysz Szlachcic wydał rozkaz MO, że milicjanci mają "lać tak, by krew bryzgała po ścianach".
— Ten rozkaz sumiennie wykonywano. W Elblągu zorganizowano regularną brankę. Ludzi zatrzymywano w ich własnych mieszkaniach, a potem bito. Bito tak, że do dzisiaj z ponad 360 zatrzymanych osób żyje zaledwie 20 procent. Tak wielkich represji, jak wówczas w Elblągu, nie było po grudniu nawet w Gdańsku — mówi Józef Gburzyński.

— Pamiętam — dodaje. — Swoich kolegów z pracy, którzy umarli już w kilka miesięcy po takim biciu. To też ofiary grudnia — podkreśla nasz rozmówca.

Komunistyczny aparat przemocy wiele nauczył się w grudniu 1970 roku. Ta "wiedza" przydała się w latach późniejszych - przy tłumieniu protestów społecznych w Radomiu i Ursusie (1976) oraz w czasie, jak to określa Gburzyński, wojny "polsko-jaruzelskiej".

Skąd milicjanci czerpali wiedzę o tym, kogo należy zatrzymać i "zmiękczyć" biciem?
— W każdym zakładzie pracy było po kilka osób, które przygotowywały dla komunistycznej bezpieki, jak myśmy je wówczas nazywali, "czarne listy" — opowiada Józef Gburzyński.

Kapowanie na kolegów nie było jednak bezpieczną rzeczą.
— Gdy nasi koledzy wrócili do pracy pobici, gdy zobaczyliśmy ich zmasakrowane plecy, byliśmy gotowi do wszystkiego — opowiada Gburzyński.

O tym jak byli traktowani na komendzie milicji, przy Armii Czerwonej (dziś Królewieckiej) czytamy w wykazie sporządzonym przez ówczesne związki zawodowe w Zamechu w celu wypłaty odszkodowań. „Michał Milewski, otrzymał około 80 uderzeń pałką”, „Mieczysław Kulik stał 12 godzin pod ścianą z rękami do góry, otrzymał 30 uderzeń pałką”, „Zbigniew Kruk został pobity do utraty przytomności, uderzony około 50 razy pałką”. „Romana Lange - rozebrano do naga i bito nie pytając o nazwisko”. „Bogdan Zalewski – Po kilku minutach (od przywiezienia na komendę red.) zostałem wpędzony na plac ogrodzony wysokimi murami. Pędzono nas jak stado dzikich koni popędzając pałkami. Już w pierwszych chwilach odczułem ból w plecach, szyi i na głowie, bowiem w te miejsca uderzały najczęściej pałki milicyjne. Na wspomnianym placu stałem z podniesionymi rękoma lub klęczałem. Potem do celi 3 na 4 metry wepchnięto mnie razem z 25 osobami”. „Ryszard Rynkowski - pobity uszkodzony nos i wybite dwa zęby”.

Józef Gburzyński pamięta dotąd (i nigdy - jak zaznacza - nie zapomni), towarzysza P., jednego z kapusi działających na terenie Zamechu, który, gdy tylko zobaczył groźne twarze zbliżających się do niego robotników, uciekł przed nimi przez okno.
— I nigdy więcej już go w Zamechu nie widziano — wspomina Józef Gburzyński.

Towarzysz P., jak i inni kapusie, dostali wkrótce służbowe przeniesienia do miejsc, w których ich wcześniejsza działalność była nieznana.

Gburzyński stracił w grudniu i z powodu grudnia wielu przyjaciół i znajomych. Jego bólu nie da się jednak porównać z bólem, jaki do tej pory czują Izabela i Eugeniusz Godlewscy, rodzice Zbyszka Godlewskiego, zamordowanego w grudniu 1970 roku.
— Każdy dzień po jego śmierci, każda rocznica tej tragedii jest dla nas, mnie i męża bardzo bolesna. Ciężko, bardzo ciężko jest nam żyć bez niego — mówi Izabela Godlewska.

Pani Izabela odwiedziła w czwartek grób syna. Była tam bez męża, który przeszedł niedawno zawał.
Choroby i wiek uniemożliwiły małżeństwu Godlewskim uczestniczenie, w czwartkowych uroczystościach wydarzeń grudniowych w Gdyni, w trakcie których odbyła się prapremiera filmu "Czarny Czwartek" - mówiącego o masakrze jaką komunistyczna władza zgotowała robotnikom.
Pani Izabela interesuje się jednak polityką, i to mimo, iż to zainteresowanie często jest powodem frustracji i wzburzenia.

Witold Chrzanowski, Grażyna Wosińska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama