Reklama

Chcą pomóc uchronić bezdomnych przed zamarznięciem


17/12/2012 18:32

Od kilku lat w okresie zimowym patrole straży miejskiej wspólnie z pracownikami socjalnymi monitorują Elbląg. Sprawdzają miejsca, w których najczęściej przebywają bezdomni. Cel jest jeden – uchronić ich przed zamarznięciem.

— To są ludzie, którym można mówić, tłumaczyć, a oni i tak pójdą własną, często złą ścieżką — mówi Grzegorz Rajkowski, inspektor straży miejskiej w Elblągu. — Bezdomni przeważnie nie chcą korzystać z naszej pomocy. Powodów jest wiele, głównym jednak jest alkohol. Nie chcą schronienia w domu dla bezdomnych, bo z chwilą, kiedy zamykają się za nimi drzwi radiowozu, zaczyna obowiązywać umowa: zakaz picia. 
A abstynencja jest dla nich nie do wytrzymania. Alkohol nadaje im sens życia.


Kiedy temperatura na dworze spada poniżej zera, bezdomni szukają miejsc, w których mogliby się ogrzać. W dzień nie ma z tym problemu. Przesiadują w hipermarketach, na dworcach i w miejskich toaletach. Wszędzie tam, gdzie może wejść każdy i za darmo. Najgorszy czas dla ludzi ulicy, to noc. Rzadko korzystają z pomocy strażników miejskich, Pogotowia Socjalnego, czy domu dla bezdomnych. Wolą koczować w opuszczonych budynkach, na klatkach schodowych i w piwnicach.



— Bezdomni się nas nie boją i nie uciekają przed nami, nie chcą po prostu naszego wsparcia. Życie na ulicy im odpowiada — twierdzi Wojciech Maliszewski, strażnik miejski i dodaje: — W zeszłym roku dostaliśmy np. wezwanie do pożaru. Palił się jeden z okupowanych przez bezdomnych pustostanów. Było jak zwykle: popili, rozpalili ognisko i się zapalili.

Wśród garstki odurzonych alkoholem bezdomnych był jeden trzeźwy mężczyzna. Strażnicy miejscy dostrzegli go i próbowali namówić, żeby pojechał z nimi do domu Alberta.



— Stał sam. Z dala od kłócących się bezdomnych kolegów — wspomina Maliszewski. — Był trzeźwy, co mnie zdziwiło. Próbowałem przekonać go, żeby z nami pojechał. Powiedziałem mu, że grozi mu niebezpieczeństwo, że może zaczadzić się oparami po pożarze. Nie słuchał. Odpowiedział, że on właśnie by tak chciał. Chciałby położyć się, zasnąć i nigdy już się nie obudzić...




Pani Elżbieta miała dom i rodzinę. W jednej chwili, jak w kalejdoskopie, zmienił się jej cały świat. Została sama, bez nikogo i niczego.

— Ja nie wybrałam takiego życia, to takie życie mnie wybrało — stwierdza smutno kobieta. — Taka jest kolej losu i ja się z tym pogodziłam.

Pani Elżbieta, elbląska bezdomna, tymczasowo mieszka w betonowej komórce. Twierdzi, że właściciel dał jej klucze i pozwolił tam przebywać. Brak prądu, gazu i ogrzewania jej nie przeszkadza.

— Jest mi tu dobrze — wyjaśnia bezdomna. — Pomagają mi ludzie, przynoszą jedzenie, herbatę. Głodna nie chodzę. Ja też pomagam wszystkim jak mogę, chyba inni to widzą i dlatego mnie lubią.



Po rozwodzie z mężem pani Ela straciła mieszkanie i przeniosła się na ulicę. 

— Nigdy nie zastanawiałam się, czy brakuje mi czegoś z poprzedniego życia. Nie myślę o tym — dodaje. — Żyję z dnia na dzień. Rano idę w miasto, nazbieram puszek i kończę pracę. Za kilogram, czyli 56 puszek, dostaję 3,50 zł. Zawsze to jakiś pieniądz, dzięki temu mam na papieroski.



Wyobraźmy sobie bezdomnego. W naszej głowie automatycznie maluje się obraz brudnego i pijanego mężczyzny. W większości przypadków mamy rację, ale zdarzają się wyjątki.

— Mydełko, maszynka do golenia, czasem jakieś kosmetyki. Takie rzeczy też znajdujemy w miejscach, gdzie przebywali bezdomni — mówią strażnicy miejscy. — Zdarzają się bezdomni, którzy dbają o siebie. Korzystają z przeróżnych możliwości. Chodzą np. do Urzędu Miasta i tam w ogólnodostępnej toalecie po prostu się myją. Czasami zabierają ze sobą jeszcze butelkę wody „na później”. Wszystkie przybory mają zawsze ze sobą w torbach, czy na wózkach.

Ale to wyjątki. Brak wykształcenia, pracy i perspektyw, to główne powody, przez które ludzie lądują na ulicy. Większość z nich nie dba o siebie, ani o warunki, w jakich koczują.




— Nie wiemy dokładnie ilu bezdomnych żyje na terenie Elbląga. Niektórzy umierają, ale ich miejsce wciąż zajmują inne osoby — mówi Aleksandra Jabłońska, pracownik socjalny Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Elblągu. — My jesteśmy po, to żeby ich ratować. Szkoda tylko, że oni myślą inaczej. 

W stosunku do służb miejskich ludzie ulicy są nieufni. Nic o sobie nie mówią, o nic nie pytają.

— Jednego bezdomnego przekonywaliśmy do siebie przez dwa lata — opowiada Jabłońska. — Dopiero niedawno zdecydował się przyjąć naszą pomocną dłoń. Pojechał z nami do domu Alberta, ale... następnego dnia znów wrócił na ulicę.
Marlena Paleska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama