Reklama

Henryk Wojtaszek najlepszym kierowcą czerwca

06/07/2012 14:03

Ta nagroda jest dla mnie bardzo ważna. Nigdy wcześniej nie miałem okazji otrzymać takiego wyróżnienia. W czasie trwania plebiscytu starałem się zachęcać pasażerów do oddawania głosów na mnie, ale i na innych kierowców — mówi Henryk Wojtaszek, laureat czerwcowej edycji plebiscytu na najlepszego elbląskiego kierowcę, w rozmowie z Tomaszem Szypniewskim.

— Czy otrzymał Pan już gratulacje od pasażerów i znajomych?

— Pasażerowie jeszcze nie mieli okazji mi ich złożyć (śmiech). Póki co bowiem pracuje na tzw. rezerwie, czyli siedzę w zajezdni i pomagam innym kierowcom. A potem mam urlop, więc elblążanie będą musieli trochę na mnie poczekać. W dniu ogłoszenia wyników, jako pierwsi, gratulowali mi koledzy z firmy. Dzwonili nawet ci, których akurat w pracy nie było.

— Jest Pan kierowcą autobusów od 1979 roku. Czym jest dla Pana ta praca? 

— Całym życiem. Przez te lata wszystko bardzo się zmieniło. Teraz mamy znacznie lepszy sprzęt, ale znowu jest mniej dostępnych pojazdów. Z jednej strony podczas jazdy jest dużo wygodniej i lżej, ale presja i stres jest większy. Na drogach trzeba być również bardziej uważnym.
 Przez ostatnie lata zmniejszyła się również liczba pasażerów. Najlepiej to widać na przykładzie autobusu linii nr 9, na której kiedyś jeździło dziewięć pełnych autobusów, a teraz wystarczą zaledwie dwa. Podobnie jest na linii nr 7. Za to większy ruch jest na miejskich ulicach. Kiedyś opóźnienia były przez większą liczbę pasażerów, a teraz przez korki.

— Jak elbląscy kierowcy reagują na autobusy, zwłaszcza teraz, gdy w centrum miasta trwają prace drogowe? 

— Bardzo różnie. Jedni są oczywiście uprzejmi i mili, ale są i tacy, którzy nie chcą ustąpić pierwszeństwa, czy pomóc. Dlatego apeluje do kierowców, że gdy widzą wyjeżdżający z przystanku autobus to, jak mogą, niech zjadą na lewy pas i umożliwią nam włączenie się do ruchu. Takie zachowanie znacznie ułatwia nam pracę.

— W trakcie tych kilkudziesięciu lat jeżdżenia po mieście, zapewne wiele razy miał Pan nerwowe sytuacje, np. z pasażerami. Jak sobie radzić w takich sytuacjach?
— Moją zasadą jest spokój. To on jest najważniejszy. Jak się człowiek zdenerwuje, to można czegoś nie zauważyć i spowodować wypadek. Spokój wykorzystuję zarówno na drodze, jak i w kontaktach z pasażerami. Jak coś się stanie, to od razu mówię, że ze skargami należy zgłosić się do kierownika, bo ja nie mam czasu, aby się denerwować. Pomimo tego sprzeczki zdarzają się niestety dość często. Pasażerowie myślą, że jak kierowca tutaj siedzi to widzi wszystko, a przecież nie zawsze tak jest. Dlatego wychodzę z zasady, że czasami lepiej się nie odzywać, odwrócić i robić swoje. Choć niektórzy mają później pretensje, że kierowca nie chciał wdawać się z nimi w dyskusję, to mimo wszystko jest to chyba najlepszy sposób.

— Ale oprócz nerwowych sytuacji zdarzają się zapewne i miłe chwile?
— Oczywiście. Za każdym razem, gdy wysiadając pasażerowie podziękują lub wsiadając powiedzą "Dzień Dobry". Taki drobny gest z rana natychmiast zmienia cały dzień i moje samopoczucie. Na szczęście z roku na rok ta kultura pasażerów zmienia się na lepsze i takie sytuacje zdarzają się coraz częściej.

— Obecnie pracuje pan w tzw. rezerwie. Na czym polega ta praca?

— Tutaj pracują przede wszystkim doświadczeni kierowcy. Czasami trzeba wyjechać na miasto lub w dalszą trasę. My jesteśmy tutaj, aby pomóc kierowcom w awaryjnych sytuacjach. Najwięcej problemów jest rano, gdy trzeba pomóc nowym. Jednak dla nas, osób z doświadczeniem, ta praca jest dużo wygodniejsza. Niedługo jednak znów wyjadę na trasę jako kierowca, a tutaj przyjdzie kolejna osoba i tak dalej.

— Jak na Pańską pracę reaguje rodzina i znajomi?

— Dla rodziny najtrudniejsze chwile są podczas świąt, czy Sylwestra. Pamiętam, że były lata, kiedy regularnie jeździłem w Nowy Rok. Każdy kierowca jednak ma takie etapy w swojej karierze. Zaletą pracy w dni wolne od pracy jest jednak spokój na ulicach. Podobnie jest, gdy pracuje się w nocy. Do tego jest jednak znacznie ciężej się przyzwyczaić, bo przecież noc to pora do spania. Ale ktoś musi jeździć.

— Czy od początku jeździ pan w Elblągu?

— Zdecydowaną większość. Od kiedy pracuje w PKS, to zdarza mi się i wyjechać na dłuższą trasę. To jest ciekawa odskocznia od miejskich ulic. W dłuższej trasie nie jest się tak mocno znużonym i zmęczonym. Mam już jednak 58 lat i tak jak wspomniałem wcześniej, gdzie i czym jadę nie sprawia mi różnicy.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama