Reklama

Krzysztof Homzik Milewski. Motocykle są całym jego światem

21/01/2012 22:54



Motocykle są dla niego cały światem. Jak sam mówi, tą "chorobą" zaraził się od ojca, który codziennie po pracy woził go po podwórku. Jak dotąd jego dużym sukcesem była wrześniowa podróż wzdłuż granic Polski, pełna walki z wytrzymałością i cierpliwością. Mowa o Krzysztofie Homziku Milewskim, który zajął drugie miejsce w plebiscycie Dziennika Elbląskiego na Człowieka Roku.

— Jak Pan przyjął informację o wyróżnieniu?

— Nigdy nie przypuszczałem, że w takim plebiscycie zajdę tak wysoko. Plasowałem się gdzieś pod koniec stawki, bo w tym mieście są ludzie, którzy na ten tytuł zasługują o wiele bardziej niż ja. Każdy z nas dokonał czegoś wyjątkowego, czegoś, co pozwala mieć nadzieję, że choć w małym stopniu przyczynił się do pozytywnych wydarzeń i czynów. Chociaż moim zdaniem, nic takiego wielkiego się nie dokonało poprzez to objechanie Polski.



— Skąd u Pana taki pseudonim?
— Pseudonim Homzik wywodzi się z serialu "Arabella”, który kiedyś pokazywany był w telewizji. I to właśnie tam była postać Homzika, nie mam jednak pojęcia, dlaczego 25 lat temu akurat tak nazwali mnie kuzyni. Pseudonim się jednak przyjął i obowiązuje do dziś.



— Kiedy zaczęła się pańska przygoda z motoryzacją?

— Motocykle w mojej rodzinie pojawiły się, kiedy mnie nie było jeszcze na świecie. Ojciec miał jako jeden z niewielu w Elblągu WFM, a potem MZ 250 TROPHY. Jak sięgam pamięcią, to właśnie na tym motocyklu spędzałem większość mojego dzieciństwa, wyobrażając sobie jazdę po drogach. Dodatkowo po każdym powrocie z pracy tata woził mnie po podwórku przed blokiem. Tę pasję z całą stanowczością mogę nazwać zaraźliwą chorobą, jaka przeniosła się od niego na mnie. Potem, jeżeli dobrze pamiętam, to na swoje trzynaste urodziny dostałem komarka od babci. Pomimo tego, iż to był luty, a na zewnątrz panowały minusowe temperatury, jeździłem na nim cały dzień. 



— Czym się Pan zajmuje zawodowo i czy motocykle to jedyne Pana hobby?

— Zawodowo zajmuję się naprawą układów wtryskowych w silnikach napędzanych olejem napędowym. A hobby, to temat rzeka. Polska motoryzacja, bez jakiej nie wyobrażam sobie życia, fotografia, czyli zatrzymywanie czasu w kadrze.



— Kiedy zaczęły się wyjazdy i podróże?
— Samodzielnie zacząłem jeździć od chwili, kiedy dostałem od babci komarka. Zacząłem od trasy z Elbląga do rodzinnego Wilkowa, potem Pasłęk, Kretowiny, Nowy Dwór Gdański. Z roku na rok wyruszałem coraz dalej. Gdy już byłem szczęśliwym posiadaczem motocykla MZ 250, to zacząłem zwiedzać całą Polskę. Jechałem zazwyczaj tak daleko, na ile pozwalały mi koszty paliwa i zazwyczaj tylko na paliwo wystarczały uzbierane pieniążki. Do tego kanapki w plecaku i można było odwiedzać znajomych w całym kraju. Z tymi podróżami wiąże się mnóstwo awarii. Raz, w drodze powrotnej z Giżycka, gdy strzelił łańcuch, musiałem pchać motocykl z Pasłęka do Elbląga. 


— Którą podróż najlepiej Pan wspomina?

— Najciekawsza podróż, jak na razie, to właśnie ta wzdłuż granic Polski (wrzesień zeszłego roku - przyp. red). Towarzyszyły mi wtedy ciekawość i chęć sprawdzenia siebie. Niestety, 40 minut przed startem nastąpiła awaria, która teoretycznie wyeliminowała start. Jednak chwilę później pod moim domem zjawili się znajomi na motocyklach, którzy bardzo szybko mi pomogli. Szczególne podziękowania należą się „LG”. W tym czasie moja determinacja, a przede wszystkim wewnętrzny spokój podpowiadały mi, aby nie dać się pokonać maszynie. Wyruszyłem więc w drogę, nie przejmując się tą usterką. 



— Czy spotkały Pana jakieś zabawne sytuacje?

— Oczywiście. Zabłądzenie i przypadkowe przekroczenie granicy z Niemcami, gdzie na niemieckiej autostradzie była maksymalna prędkość na liczniku. Kontrole Straży Granicznej i policjantów, którzy w Wadowicach wiedzieli, że jeden jegomość chce całą Polskę jak najszybciej objechać. Jako że w terenie zabudowanym staram się trzymać przepisów, tylko mi pogratulowali i życzyli szerokiej drogi.



— Kiedy zaczął Pan pomagać innym, włączając się w takie akcje, jak Motomikołaje?

— Tak naprawdę to nie pamiętam tego dnia. To jakoś samo z siebie wyszło. Być może była to jakaś chęć odpokutowania młodzieńczych błędów i wybryków, jakie skutkowały przeróżnymi problemami, mniejszymi i większymi. Jeśli chodzi o Motomikołaje, jakie organizujemy wspólnie dla dzieci z elbląskiego Domu Dziecka, to nie mogę przypisać sobie zasług w tym temacie, bo prekursorem jakiejkolwiek pomocy w tym zakresie jest nasz przybrany "Prezes", Rafał. To on prowadzi tę akcję corocznie od początku jej istnienia, jak również Dzień Dziecka, a że od jakiegoś czasu wpadł w sidła związku małżeńskiego, to staramy się wszyscy wyręczyć go w sprawach organizacyjnych, aby miał więcej czasu dla swojej rodziny. 



— Czy jazda motocyklem to drogie hobby?
— I tak, i nie. Ja motocykl w typowym sezonie, czyli jakieś 6-7 miesięcy w roku, traktuję jako podstawowy środek transportu zarówno do celów prywatnych, jak i zawodowych. Eksploatacja motocykla jest więc na równi z eksploatacją samochodu, a śmiem stwierdzić, że czasami wychodzi dużo taniej. Dodatkowo odpada stanie w korkach. Owszem, zakup motocykla to wydatek, jego serwisowanie to też są jakieś koszty. Ubiór motocyklowy to podstawa. Koszt tysiąca złotych to absolutne minimum, jeśli chcemy w miarę cało wyjść z wywrotki lub drobnego wypadku. Ceny maksymalne za motocykle przewyższają czasami wartością mieszkania. Ubiór motocyklisty natomiast bez problemu może osiągnąć cenę samochodu klasy średniej. Wszystko zależy od tego, na co można sobie pozwolić.



— Jak rodzina i znajomi reagują na hobby?

— Rodzina. Temat dla mnie oczywisty. Pojawią się dzieci, to trzeba będzie przebudować motocykl. A tak na poważnie, to od jakiegoś czasu jestem wolny, więc nikt mi nad głową nie marudzi. Rodzice bardzo dobrze wiedzą, że krzywdy sobie zrobić nie dam. Jeżdżę dynamicznie, ale przede wszystkim z głową na karku i bezpiecznie. Moi znajomi, to skrajności. Są tacy, co w pełni popierają i akceptują moje hobby, a są i tacy, co twierdzą, że to głupota i bezmyślność.



— Jakie są najbliższe Pana plany?

— Już teraz mogę obiecać wszystkim naszym mieszkańcom, że w tym roku, na przełomie kwietnia i maja, będzie można śledzić wydarzenie, jakie zdecydowanie przebije Homzik Tour. Mam nadzieję, że godnie będę reprezentował nasze miasto nie tylko lokalnie, ale i... to na razie tajemnica. 
Dziękuję Michałowi zwanemu potocznie "BIG", jaki logistyką związaną ze stronami internetowymi oraz sponsorami zajmuje się od początku. Dziękuję sponsorom, bez których ta wyprawa by się nie odbyła. Dziękuję wszystkim tym, którzy - czy to telefonicznie, czy za pomocą esemesów, jak również i fizycznie - wspierali mnie tuż przed startem, jak i na całej trasie. Jeszcze raz bardzo dziękuję i do zobaczenia na wiosnę z kolejnym, jeszcze większym wydarzeniem, gdzie pokażemy, że w Elblągu są ludzie wytrwali w dążeniu do zaplanowanego celu.

ms

Dziękuję za ogromne wsparcie i głosowanie na mnie. Wiedząc, ilu ludzi w naszym mieście i jego okolicach głosowało, nie mogę zawieść również i w tym roku. Do zobaczenia na drogach!


Krzysztof Homzik Milewski

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama