Reklama

Mieszkańcy Zajazdu: W "pegeerze" to było życie, tęsknimy za tymi czasami

28/05/2010 10:00



— Pracowałam w pegeerze ponad dwadzieścia lat. Codziennie doiłam sześćdziesiąt dwie krowy, karmiłam je, czyściłam — opowiada Nadzieja Rutkowska (73 lata), mieszkanka Zajazdu, kiedyś podelbląskiej wsi, obecnie peryferyjnej dzielnicy Elbląga. — Żyło nam się bardzo dobrze. Nie trzeba było oszczędzać. 





W Zajeździe stoją szare domy, które kiedyś należały do Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Wybudowano je czterdzieści dwa lata temu. 



— Dawniej mieszkało tu około 360 osób, a "pegeer" miał ponad tysiąc hektarów ziemi — mówi Władysław Kawka (53 lata), syn Nadziei Rutkowskiej. 
Ludzie pracowali dużo ale nie narzekali. Pierwsza zmiana rozpoczynała się o czwartej rano i kończyła o godz. 13. Druga zmiana — od godz. 13 do 20.
— Nie doiłam ręcznie. Podłączałam dojarki. Każde dojenie zajmowało mi dwie i pół godziny — opowiada Nadzieja Rutkowska. — Mleko płynęło z dojarki szklanymi rurami do zbiornika. 
Siano zrzucała krowom ze strychu bezpośrednio do ich koryt. Dawała im też kiszonki, marchew, buraki. Codziennie czyściła je szczotką i zgrzebłem. Trzeba też było przynieść słomę i rozrzucić ją na klepisku w oborze.

Pracowała przez siedem dni w tygodniu. Nie miała wolnych sobót, ani nawet niedziel. Raz w roku dostawała tylko urlop wypoczynkowy. 




 



— Pieniędzy wystarczało na podstawowe potrzeby, jedzenie, odzież, opłat prawie nie było — mówi Władysław Kawka. — Mieszkania mieliśmy darmowe. Płaciliśmy tylko za prąd i wodę. 
— Mleko dostawaliśmy za darmo. Codziennie litr na jedną osobę — dodaje Nadzieja Rutkowska. 
 
— Hodowaliśmy po dwie, trzy świnie — mówi Władysław Kawka. — Pewną część paszy dostawaliśmy za darmo. Resztę można było kupić za nieduże pieniądze.





Każdy pracownik "pegeeru" miał działkę o powierzchni 30 arów. 
— Te działki orali nam sprzętem "pegeerowskim" — opowiada Władysław Kawka. — Jak kartofle dojrzały, kopali je nam "pegeerowskimi" koparkami. Wszystko za darmo. Opryskiwali nam działki od chwastów i stonki też za darmo.








Mieszkańcy Zajazdu opowiadają, że życie towarzyskie w czasach "peerelu" kwitło. Była świetlica. Organizowano w niej dyskoteki. Młodzież grała w ping-ponga, szachy. Zbierali się tam i śpiewali przy akompaniamencie gitary. Było też boisko do gry w piłkę. 
— Nawet sam pomagałem je robić. Teraz nic już nie ma — mówi pan Władysław.


Kiedy ludzie z Zajazdu stracili pracę w "pegeerze", szukali sobie nowej w pobliskim Elblągu. 
— Wtedy Elbląg był miastem wojewódzkim. Można było tam dostać pracę — mówi Władysław Kawka.




Gdy nastały złe czasy dla Zajazdu w 1989 roku, Nadzieja Rutkowska była już na rencie. Choroba przykuła ją do łóżka, do wózka inwalidzkiego. Jej syn Władysław za czasów PRL mieszkał w Zajeździe razem z rodzicami ale nie pracował w PGR. Dojeżdżał do pracy do Zakładów Wielkiego Proletariatu, późniejszego "Furnelu".


— Ale oboje rodzice pracowali w "pegeerze" — dodaje pan Władysław. 
On był stolarzem. Jego ojciec zmarł. Matka ponownie wyszła za mąż. Pan Władysław mieszka z nimi obecnie. Pracy nie ma, jest "na bezrobotnym".




Złe czasy nastały dla Zajazdu w latach 1989 — 1990. 

— Syndycy wszystko posprzedawali. Tyle dobra narodowego zostało zniszczone, z nienawiści do komuny — mówi Władysław Kawka. — Oni komunie do pięt nie dorastają. 
Mieszkańcy Zajazdu kiedyś cieszyli się, że mieszkają w blokach o wysokim standardzie. Dziś narzekają, że przez 42 lata nie były ani razu remontowane, a czynsze są bardzo wysokie. 


KK

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama