Reklama

Miłość może przetrwać sześćdziesiąt, a nawet i sto lat



27/01/2012 13:57

Poznali się w sklepie żelaznym. On tam pracował, miał 21 lat. Ona, wówczas 17-letnia dziewczyna, przyszła na remanent. Pokochali się i pobrali. Niedawno w Klubie Seniora "Zakrzewo" obchodzili diamentowe gody (sześćdziesięciolecie pożycia małżeńskiego). Janina i Stanisław Grabowscy twierdzą, że miłość może przetrwać sześćdziesiąt, a nawet i sto lat

W grudniu 1951 roku pan Stanisław pojechał do rodziców narzeczonej oświadczać się. Towarzyszył mu jego kuzyn. 


— Teść mieszkał w Rozgardzie, był przewodniczącym spółdzielni produkcyjnej — opowiada Stanisław Grabowski. 
Gdy starszy pan dowiedział się, że przyjechał kawaler, by się oświadczyć, poprosił jego i swoją córkę na środek pokoju, powiedział, żeby uklękli. 


— Kochasz ją? - spytał mnie teść. Kocham, odpowiedziałem — relacjonuje Stanisław Grabowski. — A ty, kochasz go? Kocham, odpowiedziała nieśmiało. Następnego dnia zaprzęgliśmy konia do bryczki i pojechaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego w Zwierznie. Tam zapisaliśmy się. Teściowa musiała podpisać zgodę, bo panna młoda nie miała jeszcze skończonych osiemnastu lat. 
Po kilku dniach dali na zapowiedzi w kościele w Zwierznie, ale ślub kościelny odbył się w Elblągu. Dlaczego? To długa historia. 
—

Teść był AK-owcem. Dziesięć dni przed ślubem aresztowali go — opowiada pan Stanisław. 
Wesele odbyło się w dwóch pokojach. Jeden należał do Stanisława Grabowskiego, drugi do jego sąsiada. W jednym stały zastawione stoły, a w drugim tańczono. Do tańca przygrywało trzech muzyków. 

Żeby mąż miał zawsze obiad 
Na świat zaczęły przychodzić dzieci: dwie córki i syn. Dzisiaj państwo Grabowscy dochowali się już czworga wnuków: trzech wnuczek i jednego wnuka. Niedawno urodził się prawnuk. 


— 60 lat wspólnego życia szybko minęło, tak jakby to było wczoraj — opowiada Janina Grabowska. — Moja babcia mówiła mi, że jak będą ciche dni w naszym małżeństwie, to ważne, żeby mąż miał zawsze ugotowany obiad. Bo jak przyjdzie z pracy, a kuchnia będzie zimna, to pójdzie do restauracji. Tam wypije pięćdziesiątkę, wróci i awantura gotowa. 
— Przez 60 lat nie było awantur — podkreśla Stanisław Grabowski. — Jedno drugiemu ustępowało. W domu zawsze był spokój. 
Kiedy zaczęły rodzić się dzieci, pani Janina przestała pracować w księgowości. Zajęła się domem i rodziną.


— Ja utrzymywałem rodzinę, pracowałem również w Niemczech, w Rosji. Ciężko nie mieliśmy w życiu — opowiada pan Stanisław. 
Oboje prowadzili dom otwarty. Razem ze znajomymi jeździli do Krynicy Morskiej, urządzali imprezy w domu. 
— Ja grałem na akordeonie. Wszyscy się bawili — opowiada Stanisław Grabowski. — Życie mieliśmy wesołe. 



Karolina Krajewska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama