Reklama

"Na twarzy zomowca widać było wysiłek - myślał". 13 grudnia 1981

10/12/2011 13:13

Nie jestem jeszcze w wieku, w którym lepiej pamięta się to, co robiło przed 30 laty, niż to, co zdarzyło się rano, ale dzień 13 grudnia 1981 roku mógłbym opisać z dokładnością co do minuty — wspomina Łukasz. Pięćdziesięcioletni mężczyzna, dzisiaj zażywny elblążanin, był wówczas młodym studentem.



— Nie byłem puszczykiem — zarzeka się nasz rozmówca. — Absolutnie nie miałem żadnych przeczuć, że komuna szykuje coś takiego jak stan wojenny. O masowych internowaniach, delegalizacji Solidarności nie śniło mi się nawet w najczarniejszych snach — twierdzi, dodając jednak, że na jedną, dość drobną rzecz, nie może sobie dotąd odpowiedzieć.

— Dokładnie pamiętam nie tylko 13 grudnia, ale także, co dziwne, dzień poprzedni. Na przykład film w telewizji - było to "Wahadełko" z Januszem Gajosem — mówi mężczyzna.


Łukasz oglądał ten film w Lublinie - w 1981 roku studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Był uczestnikiem strajku studenckiego.

— Gdy 13 grudnia dowiedziałem się, że Jaruzelski ogłosił stan wojenny, zaraz pojechałem na uczelnię. Przed drzwiami wejściowymi kłębił się tłum moich kolegów i koleżanek. Atmosfera była gorąca — wspomina elblążanin.

Gdy przed wejściem pojawił się oficer, jak sądzono komisarz WRON (Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego) na KUL, jakiś rozgorączkowany student poradził, by wojskowego... zamknąć i trzymać jako zakładnika.

Gorąco było wówczas nie tylko w Lublinie. Marek, kolega Łukasza ze szkoły średniej, który studiował wtedy na Politechnice Gdańskiej, wspominał po latach pomysł, na jaki wpaść miał jeden z asystentów PG.


— W trakcie dyskusji wspomniał, że można dość prosto zrobić działko laserowe i ustawić je na wprost drzwi wejściowych — opowiadał Łukaszowi, gdy spotkali się, w styczniu 1982 roku, w Elblągu.

— Spotkaliśmy się w trakcie zakupów w sklepie spożywczym przy ulicy Moniuszki — mówi Łukasz. — Nie zajęło to nam dużo czasu, bo i towaru nie było. Kupiłem twaróg, ocet, chleb i ser cheddar. Co ciekawe, wtedy można było go dostać bez problemu, a teraz jest tylko cheddar zagraniczny - bardzo drogi, ale to tylko taka uwaga na marginesie — wspomina elblążanin.

Łukasz był w Elblągu już 15 grudnia. KUL, podobnie jak inne uczelnie, zawiesił zajęcia.

— Wracałem do domu "Strzałą Północy", tak powszechnie określano wówczas pociąg z Lublina do Gdyni. Jadąca przez Olsztyn osobówka zatrzymywała się po drodze na każdej praktycznie stacji — opowiada.

Razem z Łukaszem jechała grupka jego kolegów.

— Daliśmy wszystkie bilety jednej osobie, by reszta mogła choć na chwilę zmrużyć oczy — opowiada. — Jak się okazało, było to groźne dla władzy.

Około północy w przedziale zjawił się konduktor, któremu towarzyszył zomowiec [ZOMO - Zmilitaryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej - przyp. wch].

— Przy boku miał długą pałkę. Zomowcy nosili takie nie od parady. Nie bez powodu określało się ich wówczas, jako "bijące serce partii" — wspomina Łukasz.

Zomowiec przyglądał się podejrzliwie biletom. Długo oglądał każdy kartonik. Na twarzy widać było wysiłek. W końcu coś wymyślił.
— Kazał, by każdy pasażer wziął swój bilet do ręki, a potem zebrał je powtórnie. "Teraz jest dobrze" - powiedział — opowiada elblążanin.

W ciągu kolejnych miesięcy Łukasz miał jeszcze wiele spotkań z zomowcami. Tym razem już w Elblągu.


— Pokazanie się na mieście w czapce studenckiej, a ich noszenie należało wówczas do studenckiego sznytu, praktycznie przesądzało, że będzie się zatrzymanym — mówi. — W maju 1982 roku zatrzymał mnie, w okolicy pomnika grudnia 70, patrol zomowców. Zażądali legitymacji studenckiej. Gdy ją podałem, jeden z funkcjonariuszy zaczął odrywać kartkę od okładki. Chciał zobaczyć, co jest pod nią. Nie wiedział, biedaczyna, że legitymacja ma tylko środek.

Witold Chrzanowski

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama