Reklama

Niemal każdego dnia dochodzi do pomyłek. Czy powinniśmy się bać?

03/12/2012 09:21



Mój ojciec mógł już nie żyć, bo ratownicy pogotowia zostali wysłani przez dyspozytora pod błędny adres. Na szczęście czekałam przed domem na karetkę pogotowia. Widząc, że jadą gdzie indziej, pobiegłam za nimi. Goniłam erkę z 10 minut — opowiada Anna, jedna z naszych czytelniczek. 
Z kolei w nocy z czwartku na piątek ratownicy wysłani do Markus około godziny szukali adresu. Pracownicy pogotowia przyznają, że do takich pomyłek dochodzi, niestety, bardzo często.



Problemy z dodzwonieniem się do pogotowia, długi czas oczekiwania na przyjazd karetki, pomyłki w adresach, wysyłanie do tego samego zdarzenia dwóch karetek lub wysyłanie karetki pod nieistniejący adres.Zdaniem pracowników pogotowia ratunkowego z Elbląga, to jeden z efektów likwidacji dyspozytorni w naszym mieście.

— Niemal każdego dnia dochodzi do jakichś pomyłek — przyznaje Michał Missan, koordynator działu ratownictwa medycznego w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Elblągu.


Wojewoda Marian Podziewski - zgodnie z rozporządzeniem ministerialnym - przed rokiem zdecydował o likwidacji wszystkich dyspozytorni ratownictwa medycznego, działających na terenie województwa. Zastąpiło je Centrum Powiadamiania Ratowniczego, które mieści się w Olsztynie.
Elbląska dyspozytornia przestała funkcjonować w sierpniu.



Dwa tygodnie temu ojciec pani Anny zasłabł. Mężczyzna jest po zawale, ma również wszczepione by-passy.

— To wyglądało na kolejny zawał, tata tracił przytomność — opowiada elblążanka. — Moja mama zadzwoniła po pogotowie i tu było pierwsze zdziwienie. Bo dyspozytor, zamiast od razu wysłać karetkę, to zadawał mamie szereg pytań, np. jakie leki bierze mój ojciec, kto jest jego lekarzem pierwszego kontaktu? Jakie to miało znaczenie w sytuacji podejrzenia zawału? 


Ale to nie koniec. Wprawdzie dyspozytor dwa razy upewniał się co do adresu, jednak karetka została wysłana przez dyspozytora pod błędny adres - na drugi koniec ulicy.

— Po jakichś 10 minutach dobiegłam do karetki, ratownicy byli przerażeni tą pomyłką — dodaje pani Anna.


I nie ma się czemu dziwić.

— W przypadku zatrzymania krążenia, mamy 4 minuty do rozpoczęcia czynności resuscytacyjnych, później zaczynają się pierwsze zmiany w mózgu — informuje Missan.




Ratownicy medyczni pracują na pierwszej linii i to na nich spada całe niezadowolenie pacjentów.
 — Pretensje, jakieś uwagi, czasem wulgaryzmy słyszymy i musimy się przed ludźmi tłumaczyć — mówi Missan. — A przecież to nie nasza wina, że karetka przyjechała pod zły adres, albo ktoś nie mógł się dodzwonić na pogotowie.


Zdaniem koordynatora, system ratownictwa w naszym województwie jest niewydolny, a zaczyna się to już od samego przyjmowania zgłoszeń.

— Mieliśmy ponad 20 stanowisk dyspozytorskich w województwie, a teraz jest tylko 5 w CPR w Olsztynie — zauważa Michał Missan. — Najdłuższy czas oczekiwania na połączenie z CPR wyniósł 7 minut. To karygodne.W mieście powyżej 10 tys. mieszkańców karetka powinna dotrzeć do chorego w przeciągu 15 minut, poza miastem w 20 minut. W wyniku pomyłek zdarza się, że na karetkę pacjenci czekaj 40 minut, a nawet godzinę.

— To nie jest tak, że my za wszelką cenę chcemy przywrócenia dyspozytorni w Elblągu, ale my mamy tu rodziny, dzieci. Chcemy, aby oni - podobnie jak inni mieszkańcy - byli bezpieczni...



Zdaniem urzędników wojewody, system działa dobrze, a Elbląg jest sam sobie winny - a przynajmniej części pomyłek. 
— Elbląg to jeden z największych dysponentów w województwie, a jako jedyny ma najgorzej wyposażone karetki pogotowia — mówi Marek Zaczek, dyrektor Wydziału Zdrowi Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie.


Chodzi o tzw. panele statusów - wyposażone w GPS, drukarki - które służą do przesyłania informacji o zdarzeniu. To na nich, a nie drogą telefoniczną, zespoły ratunkowe otrzymują polecenia wyjazdów.

— Teraz są błędy, bo adres trzeba przedyktować przez telefon — wyjaśnia Zaczek. — Owszem, błędy zawsze się zdarzały, także dyspozytorni w Elblągu, ale nam chodzi o to, by je minimalizować. I nie zależy nam, żeby w Elblągu ratownictwo funkcjonowało gorzej niż w innych regionach województwa.


Michał Missan zapewnia, że to nie brak paneli statusów jest winny obecnej sytuacji.
— Jak dyspozytor źle przyjmie zgłoszenie, to nie ma znaczenia, czy zły adres przekaże dalej elektronicznie czy telefonicznie — stwierdza. — A pod względem sprzętu ratującego życie, to nasze karetki są najlepsze w województwie.

Zaczek poinformował przy tym, że w najbliższym czasie zwiększy się liczba dyspozytorów odbierających zgłoszenia (z 5 do 6). Zapewnił też, że wojewoda poczynił starania, aby zwiększyć liczbę karetek ratunkowych w Elblągu (z 4 do 5). Dodatkowy zespół miałby pracować od 2014 roku.


Zakup paneli statusów, których brak wytyka Marek Zaczek, to koszt około 150 tys. złotych. To stosunkowo niewiele. Dlaczego więc szpital wojewódzki dotąd ich nie zakupił?

— Pieniądze na zakup tych urządzeń mamy przyznane w projekcie transgranicznym Polska Litwa Rosja — informuje Elżbieta Gelert, dyrektor WSZ. — Dużą niegospodarnością byłoby wydanie teraz 150 tys. zł, skoro niedługo będziemy mogli kupić je za 10 proc. tej wartości. Informowaliśmy o tym pana wojewodę i prosiliśmy, aby do czasu zakupu urządzeń nie likwidował naszej dyspozytorni. Niestety, pan wojewoda chciał chyba jako pierwszy w kraju wdrożyć nowy system ratownictwa. Wojewoda wyraził jedynie zgodę na włączenie elbląskich karetek do systemu - mimo braku paneli. Miały one być doposażone do końca roku.


Wiadomo, że szpitalowi nie uda się dotrzymać tego terminu, bo program transgraniczny nie został jeszcze rozstrzygnięty. Na kolejne przesunięcie w czasie zakupu paneli (do marca 2013) wojewoda się nie zgodził.
rm
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Embrv96BP1c[/youtube]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama