Reklama

Ocalałem z katastrofy statku MS Kudowa Zdrój. Uratował mnie potomek Kolumba

16/04/2016 07:20

Piotr Araszewski, elblążanin, jest jednym z ośmiu członków załogi uratowanych z katastrofy polskiego statku MS Kudowa Zdrój. Jego wspomnienia tych dramatycznych wydarzeń sprzed 33 lat, kiedy jednostka zatonęła na Morzu Śródziemnym pociągając za sobą 20 ofiar, nigdy nie były publikowane. Nam zdecydował się tę historię opowiedzieć. 



Gotować lubił od zawsze. To była jego wielka pasja, chociaż żadnej szkoły w tym kierunku nie skończył.

— Podanie o pracę w Polskiej Żegludze Morskiej i Polskich Liniach Oceanicznych złożyłem, gdy byłem jeszcze w wojsku. Mieli zapotrzebowanie w dziale kuchennym, więc odpowiedź przyszła pozytywna — opowiada Piotr Araszewski, mieszkaniec Elbląga.
Pierwsze cztery miesiące przepracował na lądzie, w ośrodku przygotowawczym. 

— Kierownik ośrodka zawsze powtarzał: „Piotrek, zobaczysz, dostaniesz najlepszy statek, wypłyniesz jako pierwszy”. Morze mnie ciągnęło. Byłem młody, wysportowany, chciałem pływać, chociaż kucharz na statku nie ma lekko. Czasami jest to praca dzień w dzień przez rok. Ale w tamtych czasach (1983 rok - red.) ta praca, jako jedna z nielicznych, dawała możliwość wyjazdu za granicę, zwiedzenia świata. I tak dostałem musterolę na MS Kudowa Zdrój, jako pomocnik kucharza — wspomina.

Drobnicowca MS Kudowa Zdrój zbudowano w 1976 r. w rumuńskiej stoczni Santierul Naval. Zanim obsadzona 28-osobową załogą MS Kudowa Zdrój wyjdzie z hiszpańskiego Castellon i uda się w dramatyczny rejs bez powrotu Piotr Araszewski spędził na nim 93 dni. 
[piano]


— Jadę do Gdyni, szukam w porcie jednostki. Patrzę, a tu stoi taka... łajba. Miał być najlepszy, największy, najszybszy statek, a okazało się, że to maleństwo, niczym rybacki kuter — wspomina pierwsze chwile po zobaczeniu statku pan Piotr.
Wyruszyli, kierunek Hiszpania, a po drodze Hamburg, Antwerpia, Rotterdam. Potem już jako czarter, kursowali między Hiszpanią a Libią wożąc towary: metale, marmur.

— Byliśmy jak rodzina, bo na morzu to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Można się pokłócić, pobić, ale gdy dzieje się coś złego, to stajemy za sobą murem. Człowiek był młody, więc nie zwracałem uwagi, czy ten statek był taki czy siaki... Z perspektywy patrzę na to inaczej. Z początku wody były spokoje, koło listopada zaczęły się niepogody. Zauważyłem, że statek jest przeładowywany. To było maleństwo, a stawiali na nim duże kontenery. Gdy zaczęły się sztormy, zrobiła się z niego łódź podwodna. Fale nas przemywały, statek się mocno zanurzał i bujał, jak skorupa jajka. Raz w porcie obrócił się do góry stępką. To zaczęło mnie frapować, ale jeszcze strachu nie odczuwałem — wspomina.

19 stycznia 1983 r. Jest około godz. 19.40, kiedy MS Kudowa Zdrój wypływa z portu w Castellon. Wtedy nikt jeszcze nie wie, że to ostatni rejs tego statku.
— Mieliśmy zahaczyć o Maltę, a później płynąć do Libii. Pogoda była dobra i nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. To był zwyczajny dzień na statku. Po wspólnej kolacji w messie położyliśmy się spać. Sztorm zaczął się około północy. Obudziłem się około czwartej. Statkiem mocno już kołysało. Zszedłem z górnej koi na dół. Poszedłem do łazienki, wróciłem i w tym momencie nastąpiło potężne uderzenie w burtę. Aż poleciałem i w coś rąbnąłem. Mówię: Grzegorz (Kapica, pomocnik stewarda - red.) wstawaj, bo strasznie łajbą buja. A on mi na to, że tym gównem to zawsze kołysze, i że ten statek powinien pływać po Wiśle, i to wówczas, gdy fali nie ma. A tu za chwilę, jak znów nie przydzwoni, aż przez bulaje woda się przesączyła. Tysiące ton wody zaczęły napierać na statek. Założyłem spodnie, koszulę, wsunąłem mokasyny. Mówię coraz ostrzej: Grzegorz, wstawaj, ubieraj się, czy ty nie czujesz, że my nie wracamy, że statek nie bujnął się z powrotem i został na jednej burcie? Wówczas już wiedziałem, że będzie źle — wspomina pan Piotr. 


Przeżycia tamtego styczniowego poranka pan Piotr pamięta dokładnie.
— Grzegorz w końcu wstał. Rozległy się dzwonki szalupowe, czyli znak do opuszczenia statku. Ale weź się tu wydostań, jak nagle drzwi znalazły się na suficie, bo łajba położyła się na boku. Raz, dwa zawiązałem kamizelkę ratunkową, drugą dałem Grzegorzowi, ale nie pamiętam, czy ją założył. Byliśmy młodzi, adrenalina zrobiła swoje i momentalnie wydostaliśmy się na pokład. Wiedziałem, że statek idzie na dno. W oddali widzieliśmy migające światła latarni. Było zimno. Moczyła nas bryza, ale pamiętałem o tym, by zamaczać się powoli. To chroni od wstrząsu termicznego, a on może prowadzić do ataku serca. Tak przepadł pierwszy mechanik, zmyła go fala i zginął od razu — mówi pan Piotr.

Na morzu rozpętało się piekło.
..
— Sztorm miał siłę 12 stopni w skali Beauforta, fale sięgały ośmiu metrów. Człowiek nie jest wówczas w stanie płynąć. W głowie kłębiły się myśli: co robić, jak się ratować? W takich sytuacjach mózg przetwarza rzeczywistość niczym film na przyspieszonych obrotach: dzieje się wiele, a czasu jest niewiele. Słyszę komunikat kapitana: opuszczać okręt. Ale nie było na czym... Szalupa na burcie poszła na dno. Tratwa ratunkowa powinna pomieścić 11 osób. Choć pneumatyczna, to nie chciała się napowietrzyć. Później się dowiedziałem, że te tratwy nie nadawały się od 13 lat do użycia. Podczas przeglądów były w nich zmieniane tylko plomby — wspomina pan Piotr.


Jak dodaje, jedną z tratw otworzyli na siłę. — Wówczas już byliśmy wszyscy w wodzie, a statku było coraz mniej, trzy czwarte już zanurzyło się pod taflą. Mówię do Gerharda (Kwiczor, kucharz-red.): odpływajmy stąd, bo przez tę tratwę poginiemy. Ale on wierzył, że ona się w końcu napowietrzy. Próbowałem odciągać go na siłę, ale miał na sobie skórzaną kurtkę i wymykał mi się z rąk. Pamiętam, że ciągnąłem go za kołnierz. W końcu udało mi się wyrwać nogi z tratwy, inaczej wciągnęłaby nas w głębinę. Pamiętam, że Gerharda też zdążyłem oderwać. Jednak on wierzył, że statek będzie dryfował, że nie zatonie. Nagle, jak nie rąbnie fala, odrzuciła mnie daleko... Gerhard zginął.

Temperatura wody wynosiła około 13 stopni Celsjusza.

— Nawet gdyby miała 20 stopni, to człowiek może wytrzymać około półtorej godziny. Temperatura naszego ciała, to przecież 36,6 stopni, więc zawsze organizm się wychłodzi. Gdy fala wyniosła mnie na wierzchołek, to zobaczyłem jak rufa statku podnosi się do góry, potem statek staje całkiem pionowo. Minęła chwila i poszedł na dno, zostawiając za sobą olbrzymi wir. Nie jest ciemno, otacza mnie przenikliwa czerń. Nawołujemy się. Ktoś przeżył? — wspomina pan Piotr.

Co czuje człowiek dryfując na drewnianej belce podczas sztormu?
 — W umyśle dzieją się przedziwne rzeczy. Wyostrzają się zmysły, słyszy się głośniej. Człowiek ma zmysł .... może echolokacji, jak nietoperz jest w stanie usłyszeć cichy szept. Nie ma paniki, myśli się logicznie. Ja myślałem, by nie tracić zbyt wiele energii, więc nie wierzgałem bez celu nogami. Nagle słyszę Grzegorza, z którym mieszkałem w kabinie. Wołam: gdzie ty jesteś? Słyszę: Piotrek, jestem, będę z Cezarym płynął do brzegu. Wołam do nich: dajcie spokój, nie dacie rady, trzymajmy się razem, wokół szczątków statku. Jednak on popłynął... Nie przeżył tego. Raptem zauważam dryfujący flos. On nie służy do pływania, ale do malowania burt. Pod spodem ma jednak beczułeczki, które unoszą go na wodzie. Myślę: muszę do niego podpłynąć. Ale do tego trzeba siły i sposobu. Płynę więc na międzyfali. Dopływam do flosu, a wokół niego jest już trójka innych. Wołam: kto jest? Słyszę: Hećko, Ochmistrz i Zbyszek — wspomina pan Piotr.


Na ratunek czekali sześć godzin. 

— Najważniejsze, żeby nie zasnąć. Śmierć w morzu jest lekka i przyjemna. Człowiek po prostu zasypia i się nie budzi. Postanowiliśmy rozmawiać, o byle czym, na koniec opowiadaliśmy sobie kawały. We czwórkę złapaliśmy się pod łokcie, aby nas ciągle fala nie zmywała. Około godziny 8 zaczęło się rozwidniać. Sądziliśmy, że nas szukają. Wówczas nie wiedzieliśmy, że Kudowa nie zdążyła nadać sygnału SOS. Przy każdej zmianie wachty kreśli się również pozycję statku. Ale tej ostatniej również nie zdążono podać, bo przyszło uderzenie fali. Jedyny komunikat o potrzebie pomocy odebrała Palma de Mallorca. Dryfowaliśmy, a na horyzoncie widzieliśmy Ibizę. Szybka ocena: czy dodryfujemy do brzegu czy nie? Raczej nie pozwolą na to prądy morskie. Nad nami krążą morskie ptaki. To nie zawsze jest dobry znak. Mogą zadziobać nas żywcem, po prostu zjeść. Mewy zaczynają ucztę od oczu... Dla nich jesteśmy jedynie jedzeniem. Wyczekujemy statku, ale nic na horyzoncie nie widać. Około wpół do 10 usłyszeliśmy warkot silnika, ale nie wiedzieliśmy, że to lecą po nas. Jednak nadzieja umiera ostatnia. Nagle widzimy zarys śmigłowca, zawiesza się nad taflą wody, czyli kogoś podejmuje. Nie wiedzieliśmy wówczas, że ktoś jeszcze przeżył. Co człowiek czuje, gdy przychodzi ratunek? Tego żadne słowa nie opiszą, żadne.....
 — opowiada pan Piotr.

Za sterami śmigłowca siedzi porucznik Cristobal Colon de Carvajal. Co ciekawe jest to potomek wielkiego podróżnika Krzysztofa Kolumba. Ratuje najwięcej rozbitków, akcję podejmuje mimo tego, że dowódca nie pozwala na jej rozpoczęcie nocą ze względu trudne warunki.

— Moja wyobraźnia pracuje i wyobrażam sobie nielicznych rozbitków, rozproszonych wśród wielkich fal w nocnych ciemnościach, w uścisku strachu i przekonania, że znajdują się w obliczu nieuchronnej śmierci, od której nikt nie może ich uratować. Ta niesamowita wizja powoduje, że z pełnym szacunkiem, ale stanowczo odpowiadam, że normy są po to, aby je przestrzegać, ale w tym przypadku rozmawiamy o możliwości uratowania istnień ludzkich, dla których szybkość jest kwestią życia lub śmierci — wspomina tamtą noc Cristobal Colon de Carvajal.


— Dzięki temu człowiekowi i jego załodze załodze żyję. Ich odwadze i kompetencji zawdzięczam tak wiele — mówi pan Piotr. 

20 stycznia 1983 r. w katastrofie MS Kudowa Zdrój zginęło 20 członków załogi. 23 stycznia ośmiu ocalałych wróciło do Polski, a pięć dni później przetransportowano zwłoki ofiar.

— Po powrocie do kraju potraktowano nas jak przestępców. Proszę pamiętać, że były to czasy komuny. Chciano zatuszować winę armatora: czyli przeładowania okrętu, braku środków ratowniczych. Sprawę badała Izba Morska. Potem przedstawiciel rządu wręczył nam krzyż zasługi, ale ja śmiałem się z tego. Było mi bardzo przykro. Na sprawie zadawano pytania: komu pan torta robił wówczas? Jakie to znaczenie ma dla sprawy? Koledzy tego nie wytrzymywali, tracili na sprawie przytomność. W dzisiejszych czasach taka rzecz jest nie do pomyślnie, ale tak było. Nikt nie myślał w tamtych czasach o psychologu dla nas, a przecież to niewyobrażalna trauma. Gumką się tych wspomnień nie wykreśli. Długie lata ta historia śniła mi się po nocach — mówi pan Piotr.

Piotr Araszewski z pływania nie zrezygnował. Na innych jednostkach opłyną cały świat, był m.in. w Polskiej Stacji Badawczej na Antarktydzie. Na ląd sprowadziła go dopiero miłość do żony.
Z uwagi na śmierć w katastrofie kapitana i całego kierownictwa statku Izba Morska w wydanym 30 maja 1983 r. orzeczeniu nie wskazała osób, które przyczyniły się do katastrofy. Poza główną przyczyną, jaką było niewłaściwe załadowanie statku, izba wydała szereg zaleceń dotyczących zasad ratownictwa, szkolenia w tym zakresie i sprzętu ratunkowego. Nie zajmowała się natomiast konstrukcją i sposobem wykonania statku - wady statków typu "zdrój" w tym zakresie analizowano dopiero po katastrofie "Buska Zdroju".

Anna Dawid

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama