Reklama

Po wielu latach dowiedziała się, gdzie zginął jej ojciec

20/04/2012 18:24

Swojego ojca Józefa Franczuka, policjanta, widziała po raz ostatni czwartego listopada 1939 r. Miała wtedy siedem lat. Wywieziono go do Bykowni, niedaleko Kijowa, gdzie został zamordowany strzałem w tył głowy, podobnie jak wielu innych Polaków w Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie...

— Nie myślałam wtedy, że ostatni raz widzę swojego ojca — wspomina Maria Sadłowska z Elbląga. — Bardzo długo wierzyliśmy, że ojciec żyje.
 Aresztowano go w małym miasteczku koło Lwowa i osadzono w miejscowym więzieniu. Matka pani Marii prosiła znajomych, którzy mieszkali w pobliżu więzienia, żeby wpuścili ją z dziećmi do mieszkania. Dzięki temu z balkonu mieli widok na więzienie.

— Znajomi się zgodzili. Mama podniosła do góry mego trzyletniego braciszka Jurka i pokazała mnie. Ojciec przywarł do krat. Patrzył na nas, a my na niego. Widziałam go wtedy po raz ostatni. Braciszek niewiele z tego rozumiał. Ja wiedziałam co się dzieje, ale nie wierzyłam, że już ojca więcej nie zobaczę — wspomina. 
Miała wtedy siedem lat. Europa pogrążała się w wojennym chaosie.

Jakie były późniejsze losy rodziny? 

— Mama pisała do Lwowa, ponieważ ojciec też tam siedział w więzieniu. Następnie do Kijowa do prokuratury. Wreszcie do Zarządu Głównego NKWD w Moskwie — opowiada Maria Sadłowska. — Mieliśmy też nadzieję, że może znajdzie się w armii Andersa. Niestety, tak się nie stało. Ale nadzieja w nas nie umarła.

Cały czas, już po wojnie, liczyliśmy na cud, że może gdzieś się znajdzie, bo wie pani, jak to jest na wojnie? Najpierw szukaliśmy ojca, później już chociażby miejsca, gdzie są jego prochy. Dopiero niedawno dostałam wiadomość od pana Andrzeja Przewoźnika, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. Pan Przewoźnik przysłał mi ksero listy katyńskiej, która się odnalazła. Tam było napisane, że mój ojciec został rozstrzelany. Dowiedziałam się o tym chyba w 1999 r.

Maria Sadłowska niewiele już pamięta z lat swojego beztroskiego dzieciństwa, kiedy mieszkała z rodzicami i braciszkiem w niedużym miasteczku Bóbrka. Jej matka była nauczycielką, uczyła we wsi Wołowe. Ojciec pani Marii był najpierw żołnierzem Piłsudskiego. Brał udział w wojnie w 1920 r. Później pracował jako policjant we Lwowie.

— Kiedy rodzice się pobrali, ojciec przeniósł się do Bóbrki — opowiada Maria Sadłowska. — Ojciec był bardzo zapobiegliwy, pomocny wszystkim. Jako żołnierz i policjant musiał być wysoki i wysportowany. Krewni twierdzą, że był przystojny. Widać to na zdjęciu ślubnym. Miał ciemne włosy, ale ja jako dziecko nie potrafiłam nazwać koloru jego włosów.

Pamiętam tylko, gdy byłam z ojcem na uroczystości w sali strzelców. To była przedwojenna organizacja. Pamiętam też jak byłam z mamą i z ojcem na choince policyjnej. Zapamiętałam taki błysk, w czasie którego robiło się zdjęcie. Bardzo mi się to podobało. To było takie niecodzienne. I pamiętam, że się tam bawiłam.

Ojciec pani Marii był zawsze bardzo zajęty. Pracował w policji i budował nowy dom niedaleko Lwowa. 
— Jeździł na tę budowę rowerem. W 1938 r. willa była skończona, ale nie mieszkaliśmy tam ani dnia — wspomina Maria Sadłowska. — Wiem, że jest tam teraz ośrodek zdrowia. Pomyślałam sobie: dobrze, że ten dom ocalał. Rodzice włożyli w niego dużo wysiłku i starań. Zbudowali go dla nas, dla naszej rodziny. Ale skoro nam służyć nie może, to dobrze, że w ogóle ludziom służy. To lepiej, niż gdyby został zburzony.

Maria Sadłowska wie, gdzie znajdują się prochy jej ojca, w Bykowni koło Kijowa. Ale nigdy tam nie była. Każdego roku w kwietniu, w rocznicę zbrodni katyńskiej, odwiedza cmentarz Agrykola w Elblągu i zapala dwa znicze pod krzyżem katyńskim. Jeden znicz, ten czerwony przeznaczony jest dla wszystkich pomordowanych w Katyniu i innych miejscowościach. Drugi znicz, niebieski, przeznaczony jest tylko dla jej ojca.

— To tak jakbym zapalała znicz na grobie mojego ojca — mówi pani Maria. 
Chociaż od ostatniego razu, kiedy widziała swojego ojca minęło 72 lata pani Maria wciąż ma w pamięci obraz więzienia w Bóbrce. Śni jej się okno, w którym zobaczyła ojca po raz ostatni. Jak wspomina, okno było bardzo duże, wielkości drzwi, ale węższe. Miało grube, metalowe, pionowe pręty gęsto wmurowane, tak że nie można się było przez nie przecisnąć i przynajmniej dwa pręty poprzeczne.

— Ojciec podniósł ręce do góry i uchwycił się górnych krat. Stał w rozkroku. Widziałam całą jego postać — opowiada Maria Sadłowska i dodaje. — 13 kwietnia 1940 r., kiedy ich rozstrzeliwano, nas wieziono na Sybir.
Karolina Krajewska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama