Reklama

Rowerem przez Europę, Azję Mniejszą i Afrykę

27/02/2012 09:44

Afryka wymaga od nas dużo więcej, ale też dużo więcej może nam wynagrodzić - niesamowitością widoków przyrody, spotkaniami z ludźmi, ich serdecznością, otwartością, gościnnością — mówi Rafał Kitowski, z zamiłowania muzyk, fotograf i podróżnik z Mszanowa koło Nowego Miasta Lubawskiego, który był bohaterem drugiego spotkania z cyklu "Twarzą w twarz", jakie odbyło się w elbląskim Światowidzie. Z Rafałem Kitowskim rozmawiał Jarosław Grabarczyk.



— Większość facetów marzy w młodości o tym, by mieć szybki wóz. Pan postawił na rower. Dlaczego? Co jest takiego fascynującego w rowerze?


— Swój pierwszy rower - jak chyba większość z nas - dostałem na Pierwszą Komunię Świętą. I już wtedy zaczęło się moje jeżdżenie na rowerze. Jeździłem po swoich bliższych i dalszych okolicach, stopniowo poszerzając krąg podróżowania. Był taki czas, kiedy jeździłem też trochę motocyklem, ale później miałem kraksę na motorze i w zasadzie odpuściłem sobie motocykl. Natomiast pasja rowerowa była we mnie już we wczesnej młodości i pozostała aż do teraz. Po prostu doszedłem do wniosku, że rower to jest taki najlepszy środek jeśli chodzi o szybkość przemieszczania się. Pieszo chodzi się za wolno, żeby zwiedzić cały świat. Samochodem czy samolotem podróżuje się za szybko, dużo rzeczy się omija i dużo można stracić, a rower to najlepszy środek jeśli chodzi o prędkość, ale też jeśli chodzi o ekonomię podróżowania. Nie trzeba wydawać pieniędzy na paliwo, jedynie na jedzenie, ale przecież w domu też trzeba coś jeść.



— Wielokrotnie odbywał Pan wyprawy rowerowe w Polsce i za granicą. 2005 roku odbył Pan 6-miesięczną wyprawę rowerem dookoła Europy, pokonując w sumie 15 000 km. Mówi Pan, że to jeden z piękniejszych fragmentów Pana życia. Co najbardziej zapamiętał Pan z tamtej wyprawy?

— Przygód to działo się naprawdę bardzo wiele w tym czasie. Opowieści jest na długie dni i noce. Ale jest przygoda, która najbardziej zapadła mi w pamięć. Podróżowałem wtedy po Ukrainie i Mołdawii. I gdzieś w Mołdawii zatrzymałem się na jakimś przystanku przy drodze. Wokół były pola, lasy. Był tam też jakiś bar czy restauracja, ale ja ze względów finansowych unikam jedzenia w takich miejscach. Zatrzymałem się więc na tym przystanku, wyjąłem mleko, bułę, dżem, no i zacząłem sobie zajadać. Ale po chwili podeszło do mnie dwóch dobrze zbudowanych facetów w skórach i zapytało poważnym głosem - A ty skąd?! (Rozmawialiśmy oczywiście po rosyjsku, ale ja będę tu mówił po polsku, żeby wszyscy mogli zrozumieć). Byłem wystraszony tym ich tonem, ale grzecznie odpowiedziałem, że jestem z Polski. Oni nagle zmienili wyrazy twarzy i powiedzieli - No to ty nie będziesz jadł jak pies. Chodź z nami. Przyznam, że bałem się im odmówić, więc poszedłem grzecznie z nimi. Za knajpką był stół, przy którym siedziało jakieś 20 osób. Pytam - A co to za impreza? Usłyszałem, że urodziny. To wziąłem gitarkę, zagrałem i zaśpiewałem im sto lat w kilku wersjach, a oni na to - Kolego! Usiądź z nami, popij, pojedz. I mów, gdzie byłeś i co widziałeś. Opowiadałem im, gdzie byłem i co tam zobaczyłem, zdradzałem dalsze plany i tak dalej, nawijałem i po godzinie jednego z nich pytam - Słuchaj, a ty gdzie pracujesz, czym się zajmujesz? I w tym momencie wszyscy zamilkli jak jeden mąż i oczy to na mnie, to na niego. A on tak delikatnie posmerał się po głowie i rzekł - No jak tu ci powiedzieć. Ja jestem coś jak Robin Hood - zabieram bogatym i daję biednym. I w tym momencie wszyscy dosłownie leżeli ze śmiechu, a ja zrobiłem się purpurowy na twarzy, byłem przerażony. Pomyślałem - ale ja się wpakowałem, przy stole z mafią rosyjską. Ale jeden z nich napisał coś na karteczce, dał mi ją i powiedział - Rafał, jak będziesz miał problemy, to tylko do mnie zadzwoń, a my będziemy w ciągu dwóch godzin. To mnie po prostu rozłożyło na łopatki. Myślałem sobie, że w tym tak gościnnym kraju nie będę miał raczej okazji do tego, by wykorzystać ten kontakt. Jednak odjechałem od nich zaledwie dwa-trzy kilometry, a tu z piskiem opon zajechało mi drogę auto i wyskoczyło z niego trzech gości. - O Polak! Popij z nami mołdawskie wino! Mówię, że dopiero co byłem tu na imprezie, więc nie mogę już pić. - No to my wypijemy za twoje zdrowie. No i wręczyli mi jeszcze taką 2-litrową butlę wina - tak na drogę, żeby mi było wesoło. Dzięki temu nie musiałem wykorzystywać tamtego kontaktu, za to poznałem kolejnych ludzi, którzy obdarowali mnie swoimi adresami, mówiąc - jak będzie ci po drodze, to zajeżdżaj do nas, nasz dom stoi dla ciebie otworem. Tak wyglądała niesamowita gościnność ludzi Wschodu.



— Potem było m.in. podróżowanie po Azji Mniejszej i Afryce. Jak przemierza się na rowerze Czarny Ląd?


— Podróżowanie po Europie, to jest po prostu podróżowanie. Natomiast Afryka wymaga już, niestety, dużo więcej przygotowań. Chodzi tu o szczepienia, o odpowiednie zachowanie się w poszczególnych krajach, kulturach. Warto wiedzieć o niektórych sprawach, warto też wiedzieć, jak się zabezpieczać, na jakie sprawy zwracać uwagę - gdzie nie wchodzić, jakich miejsc unikać, żeby nie spotkać się z wężem czy skorpionem, bo może się to dla nas źle skończyć. Afryka była też dużym wyzwaniem organizacyjnym. Planując trasę, trzeba wiedzieć, kiedy dotrzemy do kolejnego miasta czy miejscowości, gdzie będziemy mogli uzupełnić zapasy, ile wody i żywności zabrać ze sobą. Afryka wymaga od nas dużo więcej, ale też dużo więcej może ci wynagrodzić - niesamowitością widoków przyrody, spotkaniami z ludźmi, ich serdecznością, otwartością, gościnnością.

— Rowerowe wyprawy, to nie tylko wspaniałe przeżycia i piękne widoki.

— Proszę powiedzieć, jakie zagrożenia czyhają na podróżnika rowerzystę?


— Podróżując po Europie, to bardziej musimy uważać na ludzi niż na zwierzęta. Jak rozbijam się gdzieś na nocleg, to staram się szukać takiego miejsca, gdzie mnie nikt nie widzi, czyli jak nikogo nie ma na drodze, to mogę wjechać w boczną drogę i gdzieś tam za jakimś lasem, za drzewami rozbić sobie namiot - tak, żeby nikt mnie nie widział. I wtedy noc jest raczej spokojna. Natomiast w Afryce dochodziły dodatkowe rzeczy. Trzeba było właśnie uważać na węże, na skorpiony, na burze piaskowe, wysokie temperatury, trzeba było pić duże ilości wody, żeby nie odwodnić organizmu. Trzeba było bardziej planować podróż, by wystarczyło nam wody i jedzenia do następnego miasta, i żeby było jeszcze trochę zapasu na dzień lub dwa. Warto też pytać tamtejszych ludzi, na co trzeba uważać i da się żyć.



— A jak zarobić pieniądze, by móc podróżować? Co spakować do plecaka na odległą wyprawę?


— Moją główną żywicielką była gitara. Po prostu zarabiałem, grając i śpiewając na ulicy. Jak podróżowałem po Europie, to jeździłem od miasta do miasta, tam się zatrzymywałem gdzieś na rynku czy deptaku, brałem do ręki gitarę, a pokrowiec kładłem przed sobą. Obok na rowerze były zawieszone mapy z informacją o tym, gdzie już byłem i link do mojej strony internetowej (rafalkitowski.pl), by każdy mógł sprawdzić, czy nie ściemniam. To był taki mój główny sposób zarabiania. Ale też czasami, jak już nadchodziła jesień, zatrzymywałem się gdzieś na dłużej, żeby popracować i przetrwać zimę. Starałem się wtedy znaleźć jakieś lokum, wynająć pokój czy małe mieszkanko, znaleźć pracę i przeczekać do wiosny. A wiosną na rower i wio w dalszą podróż. Jeśli zaś chodzi o najważniejsze rzeczy, jakie zabieram do plecaka, to są to: filtr do wody, kuchenka, na której przyrządzam sobie posiłki, namiot, śpiwór, karimata, narzędzia, części zapasowe, zapas jedzenia i wody oraz głowę na karku i plecak pełen optymizmu.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama