Reklama

Stefan Rembelski: Czy będzie wniosek o upadłość „Miejskiego Biura Podróży”?

11/10/2012 12:47

Ten rok zdecydowanie epatuje nas mnogością wydarzeń, niosących dużą dawkę emocji, począwszy od Euro 2012. poprzez Amber Gold, aż do obfitości kandydatów na premiera, no i oczywiście co rok, to exposé – jesteśmy niesłychanie kreatywnym narodem.

Nie wiem jak Państwu, ale dla mnie czas zdecydowanie przyspieszył - jeszcze nie tak dawno prowadziliśmy rozważania o budżecie miasta na rok 2012, a tu już mamy pierwszy sprawdzian poprawności przyjętych założeń – wynik po stronie dochodów budżetu za pierwsze półrocze, to deficyt rzędu 27,5 mln zł. Realizuje się bardziej pesymistyczny scenariusz niż ten, o którym pisałem w grudniu ubiegłego roku. Byłem wtedy inteligentnie obśmiany za moje demagogiczno-amatorskie analizy, przez doradcę Prezydenta pana Witolda Strzelca – odsyłam do felietonu z dnia 15.12.2011 „Budżet 2012 trudny, ale pierwszy realnie zaplanowany”.

Pan Prezydent Nowaczyk był łaskawy w ogóle moich analiz nie komentować – szkoda, bo gdyby się przez chwilę zastanowił, to być może na koniec tego roku, zabrakło by w budżecie miasta po stronie dochodów 5, może 10 milionów złotych, a nie 60. Nikt o tym nie mówi jeszcze wprost, ale kraksa jest bardzo blisko. Ta cisza jest dosyć symptomatyczna – co może świadczy o tym, że zarówno w czasie głosowania nad budżetem na rok 2012, jak i teraz, Prezydent i radni nie rozumieli dokumentu, nad którym głosowali, nie potrafili bowiem zdefiniować zagrożeń, o ile je w ogóle przewidywali. Ich obecna pasywność jest przerażająca – czy to już decyzyjny paraliż, czy tylko powakacyjny błogostan, wynikający z braku wiedzy i zainteresowania sprawami publicznymi.

Powróćmy jednak do budżetu, a dokładniej do jego prawdopodobnej realizacji w tym roku i prognozy na rok następny. Otóż niemożliwe jest utrzymanie wyniku z pierwszego półroczna. Po stronie dochodów wyhamowanie będzie jeszcze większe – deficyt drugiego półrocza zamknie się w granicach 35-40 milinów, co w bilansie całego roku da wynik ujemny, na poziomie 62- 65 milionów złotych. Jak te miliony przełożyć na realia bieżących wydatków - bo zabraknie przecież na sfinansowanie tego co w budżecie jest zapisane po wydatkowej.

Rozwiązań może być kilka - proste oszczędności typu wyłącznie części komunikacji miejskiej (linia tramwajowa nr 2), nagła wyprzedaż mienia komunalnego, wyłącznie oświetlenia w godzinach od 22 do 5 (ciemności egipskie), redukcja wynagrodzeń - to wszystko rozwiązania trudne, niepopularne i niemożliwe do przeprowadzenia z dnia na dzień. Może wiec kredyt ? - zdawać by się mogło, że to rozwiązanie szybkie i łatwe, ale tylko pozornie. Dlaczego? Otóż zaciągnięcie kredytu będzie ocierać się o granice ustawowego progu zadłużenia dopuszczalnego dla jednostek samorządowych.

Jak to możliwe, przecież na dzisiaj, to jest tylko 230 milionów zadłużenia? Nie tylko, ale aż 230 milionów, co daje 43% zadłużenia, przy założonych dochodach budżetu 533 mln złotych. Jeżeli zestawimy to z realnie wykonanymi dochodami budżetu, które będą na poziomie 470 mln złotych, to otrzymamy już 48% zadłużenia. Dopożyczenie 60 mln złotych by zamknąć budżet, oznaczać już będzie poziom zadłużenia 61% i jesteśmy poza progiem ustawowo dopuszczalnym.

[h3]Jak będzie wyglądał rok przyszły czy będzie to pechowa 13?[/h3]

Nie ma pechowych trzynastek. To tylko przysłowiowy zbieg okoliczności, że po dwóch latach beztroskiej jazdy bez trzymanki, problemy kumulują się właśnie w budżecie miasta na rok 2013. W wielkim skrócie, można założyć z dużym prawdopodobieństwem, graniczącym wręcz z pewnością, że bezrobocie w kraju zbliży się do 15%, a wzrost PKB będzie oscylował na granicy 1%. Na realia Elbląga przełoży się to w sposób następujący. Dochody miasta spadną w stosunku do roku 2012 o około 6 %, ze wskazaniem na więcej niż mniej, co może dać wynik 440 milionów złotych po stronie dochodów. Wydatki sztywne bez inwestycji wzrosną minimum o inflacje i będą oscylowały na granicy 490 milionów złotych, co oznacza, że do spięcia budżetu zabraknie około 40 milionów złotych.

Już teraz trzeba szukać oszczędności w wydatkach, bo na kredyt niema co liczyć - chyba, że zapadnie decyzja o kreatywnej księgowości i przyjmiemy ministerialne wskaźniki wzrostu PKB o 2,5%, sztucznie zaniżymy poziom zadłużenia poprzez przełożenie na koniec roku pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej, wtedy na papierze będzie wszystko grało – arkusz kalkulacyjny przyjmie wszystko, dochody budżetu 481 milionów złotych, wydatki 490 milionów złotych, co da deficyt 9 milionów złotych i dług na granicy 59,9%. Może Regionalna Izba Obrachunkowa łyknie taką wirtualną lipę? – to odsunie pozornie detonację w czasie, ale w rzeczywistości nie rozwiąże niczego, wręcz na pewno skumuluje problemy.

[h3]Szkoda dwóch lat straconych[/h3]

Prezydent Nowaczyk i wspierająca go większość radnych skupiona wokół Klubu Radnych Platformy Obywatelskiej, zmarnotrawili bezpowrotnie ogromny kapitał. Zaufanie jakim elblążanie obdarzyli zwycięzców nie da się przeliczyć na pieniądze, ale roztrwonienie tego kapitału będzie kosztować elblążan ogromnie dużo pieniędzy i wyrzeczeń. Zamiast reformować finanse miasta, Prezydent i większość w Radzie Miasta, wybrali może przyjemną i łatwą, ale w konsekwencji zgubną, politykę podziału łupów. W tanecznej euforii rozkręcono karuzelę stanowisk od EPEC-u, poprzez MOSIR, szkoły, MPO, na szefowej sekretarek kończąc. A wszystko to fachowcy z jednej partyjno towarzyskiej stajni. Zamiast oszczędności i zaciskania pasa, fascynacja remontami gabinetów, zakupy limuzyn, szkolenia w hotelu Gołębiewski.

„Miejskie Biuro Podróży” z dużą starannością układa grafiki wyjazdów Dubaj, Chiny, Francja - może w niedalekiej przyszłości Chile, tam też mamy miasto partnerskie. To wszystko w czasie gdy brak pieniędzy na letni basen czy szkołę w Piaskach, kosztem gwałtownego zadłużania miasta. W czasach prosperity budżet 130 tysięcznego miasta udźwignie wycieczkę prezydenckiej delegacji nawet na karnawał w Rio De Janeiro, ale takie nonszalanckie podejście do zarządzania miastem w czasie, gdy nadchodzą bardzo trudne lata, jest elementarnym brakiem przyzwoitości. Rządzący działają w myśl zasady – teraz nasze pięć minut, a po nas choćby potop.

[h3]Pisałem o tym w komentarzu do budżetu na rok 2011[/h3]

Dwa lata temu, po zmianie władzy, oczekiwanie świeżości było tak duże, że nowo wybrany Prezydent mógł inicjować nieograniczoną debatę o koniecznych trudnych decyzjach, zmierzających do reformy finansów miasta. Prezydent Nowaczyk z zespołem swoich doradców nie podjął tych działań – wybrał niebezpieczną drogę nadmiernego zadłużania miasta. Elblążanie nie otrzymali rzetelnego raportu o stanie finansów miasta, zagrożeniach i niezbędnych przedsięwzięciach, które muszą być podjęte, by uniknąć katastrofy w przyszłości. Pojedyncze głosy wskazujące na taką konieczność były szyderczo ignorowane.

W grudniu 2011 przed przyjęciem budżetu przez Radę Miasta pisałem – „Cóż to oznacza na chwile obecną dla Prezydenta i Rady Miasta Elbląga na etapie przyjmowania budżetu na rok 2012? Otóż to oznacza konieczność spójnego współdziałania na rzecz redukcji wydatków sztywnych o rząd 20 proc. na przestrzeni trzech lat. Administracja samorządowa, jest jedną z droższych w kraju, w przeliczeniu kosztów jej utrzymania na jednego mieszkańca. Znacząca część pieniędzy elblążan zamiast finansować remonty dróg, jest konsumowana przez, jak się ocenia przerośnięty w zatrudnieniu o około 20% sektor publiczny. Redukcja tego stanu o 7 proc. rocznie w kolejnych trzech latach zmniejszyła by wydatki już w 2012 roku o kwotę 14 mln zł, a w latach następnych o 40 mln zł”.

Zabrakło wówczas refleksji, by pochylić się nad takim myśleniem o przyszłości Elbląga. To zadufanie rządzących, dzisiaj zbiera żniwo w postaci gwałtownie rosnącego zadłużenia i kosztów jego obsługi. Jeszcze w latach 2006-2010 obsługa zadłużenia miasta kosztowała nas średnio 5 mln zł rocznie. W tym roku będzie to już 13,84 mln zł, a pod koniec roku 2013 zbliży się do 20 mln zł. Takie pieniądze pozwoliłyby wyremontować linię tramwajową na odcinku Bażantarnia – Królewiecka (wg szacunków miasta 16 mln) – niestety te pieniądze trafią do bankowców. Nie będę dalej wyliczał kolejnych kardynalnych błędów ostatnich dwóch lat, ponieważ dzisiaj elblążanie na co dzień obserwują degrengoladę rządzenia swoim miastem.

Stajemy wszyscy wobec takiego dylematu - czy reagować gdy słyszymy za ścianą przeraźliwy płacz dziecka? Czy nie reagując, stajemy się współwinni tragedii? W większości przypadków reagujemy. Czy dzisiaj, gdy Elbląg przeraźliwie krzyczy prosząc o pomoc, pozostaniemy obojętni, czekając na dalszy rozwój wydarzeń, aż przyjdzie zarząd komisaryczny? Wówczas reanimacja będzie długa, niewspółmiernie bolesna i bez naszego wpływu, ale naszym kosztem. Czy może w poczuciu odpowiedzialności, złożymy jako obywatele wniosek o upadłość „miejskiego biura podróży”, by ratować Elbląg przed wycieczką w wieloletnią zapaść ekonomiczną? Procedura odwoływania władzy samorządowej jest prawnie określona. Wymaga współdziałania i odpowiedzialności bo jest przedsięwzięciem bardzo trudnym. Tym nie mniej, dzisiaj jest to jedyny sposób, byśmy wzorem elbląskiego Piekarczyka opuścili bramę przed naporem nepotyzmu, pazerności, republiki kolesiów i niszczącej praktyki rządzenia miastem.
Stefan Rembelski

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama