Reklama

Zdobył żeglarski Mount Everest. Elblążanin opłynał Horn

20/04/2012 11:24



Elblążanin Rafał Łuczak 25 marca dokonał rzeczy, o której marzy wielu miłośników przygód. Wraz z ośmioma innymi członkami załogi jachtu "Selma Expeditions" opłynął przylądek Horn. Dla większości żeglarzy to marzenie pozostaje niespełnionym. A wielu próbę jego realizacji przypłaca życiem. W wodach otaczających przylądek spoczywa dziesięć tysięcy śmiałków, którzy próbowali zmierzyć się z "żeglarskim Mount Everest”.

— To jest nasz Mount Everest. Bardzo trudno go zdobyć i dlatego każdy o tym marzy. Tu ścierają się prądy morskie dwóch największych oceanów świata, Pacyfiku i Atlantyku. Warunki pogodowe są wyjątkowo ciężkie, wręcz ekstremalne. Horn często określany jest przylądkiem burz — opowiada Rafał Łuczak. 


Wypadnięcie za burtę podczas sztormu w rejonie Hornu oznacza zazwyczaj śmierć. Pomoc może przyjść wtedy, kiedy jest dobra pogoda, a to zdarza się wyjątkowo rzadko. Wody przylądka pochłonęły życie 10 tysięcy żeglarzy. Oni sami często nazywają go "cmentarzyskiem statków". Czy wyruszając tam czuje się strach?


— Tak. I im bliżej wyprawy, tym jest większy. Żadna firma nie chciała mnie ubezpieczyć na kwotę większą niż 20 tysięcy, a to nie starczyłoby na przywiezienie moich zwłok do kraju. A stawka, którą trzeba zapłacić za ubezpieczenie, była horrendalna. To świadczy o tym, jak firmy wysoko oceniają ryzyko śmierci podczas takiej wyprawy — mówi Łuczak.

— Czekaliśmy w Puerto Williams (ostatnia miejscowość przed Hornem -red.) na okienko pogodowe pomiędzy burzami. Trzeba pamiętać, że następnym przystankiem, który mógł dać nam schronienie jest Zatoka Martial. A jak się wypłynie z tej zatoki, to odwrotu już nie ma. Nie ma, bo trzeba by płynąć pod wiatr, wśród skał i wąskich przejść. Więc trzeba okrążyć Horn. To są dwie doby żeglowania, przy nieprzewidywalnej, zmieniającej się pogodzie. Prognozy Chilijskiej Marynarki Wojennej, które są najdokładniejsze sprawdzały się w 60 procentach. Nagle mogą powstać nawet 30 metrowe fale. My mieliśmy fale 10 metrowe, na szczęście. Południk dzielący Pacyfik i Atlantyk przekroczyliśmy 25 marca o godz. 18.50 — mówi Łuczak.


Podczas rejsu było bardzo ciężko. Jak przyznaje żeglarz, ciężej niż się tego spodziewał.

— Spotkał nas sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta. Przejście ze sterówki do koła sterowego, czyli niecałych dwóch metrów, jest wtedy wyczynem akrobatycznym. Trzeba przejść korzystając z zapięć. Jachtem rzuca na wszystkie strony, unosi go na dziewięć metrów w górę, by za chwilę opaść w dół — mówi Łuczak.


Załodze "Selmy" udało się szczęśliwie pokonać wody wokół przylądka. 
— Poza drobnymi skaleczeniami i otarciami wyszliśmy z tego bez szwanku. Był szampan. Z głośników popłynęła "Walkiria" Wagnera. Czuje się wtedy ogromną satysfakcję — mówi Łuczak.



Było ciężko, ale jak mówi Rafał Łuczak to, czego doświadczył w dalszej części rejsu zrekompensowało wszelkie trudy. 


Cieśnina Patagońska to cud. Dociera tu niewiele osób. Duże statki nie są stanie wpłynąć, jachty motorowe również. Można tu dotrzeć niezbyt dużym jachtem żaglowym. Widziałem ląd niedotknięty ludzką stopą i zwierzęta, które nie boją się człowieka, bo go nigdy wcześniej nie widziały. Lwy morskie podpływały przed nasz ponton, trącały nosami, ochlapywały wodą. Przepiękna aleja lodowców, która mieni się wieloma barwami: błękitem, zielenią, czernią. Lodowiec pachnie niepowtarzalnie. Ten zapach jest tak specyficzny, że żeglarze, którzy pływali po wodach polarnych mogli uratować swoje jachty, bo w gęstej mgle wyczuwali zapach zbliżającej się góry lodowej — opowiada Rafał Łuczak.

Anna Dawid
[gallery=4]29924[/gallery]
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ldGiixUvrks[/youtube]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama