Reklama

Historia radiotelegrafisty z Kwietnika

05/08/2016 15:45

Temat II wojny światowej wrócił przed kilkoma dniami na łamy gazet i innych mediów za sprawą obchodów kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego. Powstania, którego skutki były dalekosiężne, i jak się okazało, mocno dotknęły powojenny Elbląg

Warszawa praktycznie zniknęła z powierzchni ziemi i trzeba było później ją odbudować. Setki tysięcy elbląskich cegieł zostały wbudowane w odbudowę stolicy. To tak na marginesie. Tymczasem zobaczmy, co działo się w Elblągu, jeszcze wiele tygodni i miesięcy przed jego zniszczeniem i powojennymi rozbiórkami. A więc tym razem wojenny Elbląg w relacji radiotelegrafisty Helmuta Jädtke, który pochodził z Kwietnika (niem. Adlig Blumenau) na Wysoczyźnie Elbląskiej. Wspomina on, co następuje: „W październiku 1944 r. w Pasewalk’u na Pomorzu Przednim ogłoszono, że poszukuje się radiotelegrafistów do stałej dyspozycji w takich miastach jak Elbląg, Królewiec i Gdańsk.

Jednocześnie podkreślono, że mogą to być nawet osoby zamieszkałe gdzieś w pobliżu tych miejscowości, które po przeszkoleniu, w razie potrzeby, musiałyby realizować stawiane przed nimi zadania. Moją rodzinną miejscowością był Kwietnik, który leżał w odległości 17 km od Elbląga, więc niewiele myśląc zgłosiłem się do tamtejszej komendantury Wehrmachtu. Zaopatrzony w przepustkę i rower mogłem w każdej chwili być w Elblągu i w Kwietniku. Zostałem skierowany do koszar ciężkiej artylerii gen. Maxa von Gallwitz’a (obecnie koszary przy ul. A. Grottgera), tzn. do części tych koszar będących wówczas w budowie – na prawo od wejścia głównego. Święta Bożego Narodzenia 1944 r. spędziłem w tych koszarach w doskonałej komitywie z moim kolegami, których częstowałem przywiezioną z domu kiełbasą własnego wyrobu, pieczonym królikiem i całą stolnicą piernika, który dała mi moja sąsiadka ze wsi.

Nasz oddział telegrafistów został podporządkowany bezpośrednio komendantowi garnizonu w Elblągu – płk E. Schoepffer’owi. Mieliśmy stałą łączność radiową z Gdańskiem, Królewcem i z Kwaterą Główną w Berlinie. W łączności miałem już spore doświadczenie. W kampanii przeciwko sowieckiej Rosji obsługiwałem radiostację w samochodzie „Horch”, gdzie prowadziliśmy nasłuch sowieckich radiostacji, rozmów, poleceń i rozkazów, które były następnie odczytywane przez naszych specjalistów. Znałem wszystkie „sztuczki Iwana” i wiedziałem, jak je interpretować. W nocy, przed niedzielą, kiedy to sowieckie czołgi przejechały przez Elbląg, rozpoznałem z nasłuchu rozmowy sowieckich pancerniaków, wśród których było także „мы направляем на Эльбинг!” - Moja służba zakończyła się w niedzielę 21.1.1945 r. o godzinie 6. rano. Zdając obowiązki przekazałem mojemu dowódcy, że „Rusek” chce przełamać naszą obronę na kierunku na Elbląg. Następnie pojechałem rowerem zaśnieżoną drogą do Kwietnika, by najbliższych i znajomych poinformować, że trzeba szykować się do ucieczki.

Mówiąc to, wiedziałem do kogo mówię, by nie być oskarżonym o sianie defetyzmu. Za to groziła śmierć. Po południu byłem już ponownie w drodze do Elbląga. W międzyczasie okazało się, że moje informacje potwierdził mój wujek powołany do Volksturmu. Ludzi ogarnął strach. Karczmarz z Kwietnika Robert Blum zaczął organizować kolumnę uciekinierów, która jak zaplanowano, powinna była w poniedziałek 22. stycznia, o godzinie 7 ruszyć ze wsi i kierować się w stronę autostrady („berlinki”). Ale ludzi zaczęła ogarniać panika; w gospodarstwach na ogół były same kobiety z dziećmi i robotnicy przymusowi. Niektórzy z nich pomagali w ucieczce. Wielu mieszkańców nie chciało jednak opuszczać wsi, by nie zostawić na pastwę losu domowego bydła.

Gdy 23 stycznia 1945 r. pierwsze sowieckie czołgi przejechały przez Elbląg, poinformowaliśmy drogą radiową Berlin. Nie otrzymaliśmy jednak żadnego wsparcia. Tym samym płk E. Schoepffer - dowódca obrony miasta, musiał sam organizować obronę. Z tego zadania wywiązał się wzorowo. Tu jeden przykład z walk, podczas których byliśmy na stanowisku w Prezydium Policji (obecnie hotel Arbiter): Kabel telefoniczny w stronę Junkerstrasse (Giermków) został przerwany w czasie, gdy płk Schoepffer przekazywał meldunek. Wyszedł więc z piwnicy i wnet znalazł przerwany kabel, połączył go i wrócił do siebie! Siedziba Prezydium Policji była naszym przedostatnim, dłuższym punktem obrony. Nie mieliśmy wody, więc zbieraliśmy zalegający na ruinach śnieg i topiliśmy go na wrzątek. W pewnym momencie znaleźliśmy w piwnicy zamknięte drzwi. Po ich otworzeniu dostrzegliśmy tam wannę wypełnioną do połowy wodą, a na drewnianym pomoście… połówkę świniaka!

Wkrótce zamontowaliśmy rurę od pieca kaflowego i wyprowadziliśmy ją na zewnątrz. „Brytfanna” też się znalazła i wnet świniak był nienagannie upieczony. Gdy jeszcze załatwiliśmy kawę zbożową, radość nasza była nieopisana. Pewnego wieczoru do Prezydium Policji przyszło dwóch cywili z empi. Usłyszałem, jak ktoś do nich powiedział: „Dobry Wieczór, panie Stobbe!” – Wywnioskowałem, że to właściciel słynnej elbląskiej destylarni i wyszynku wódki. Zapytałem więc, czy nie dałoby się załatwić „coś pięknego do picia”. Odpowiedział: „proszę iść i przynieść tyle, ile trzeba”. Wziąłem dwóch ludzi i udaliśmy się do słynnego „Narożnika Stobbe’go” (Stobbes Eck). W piwnicy znaleźliśmy wiele nietkniętych butelek, którego załadowaliśmy w wiklinowy kosz – tyle, ile się dało! Kierowaliśmy się szybko jak tylko można w stronę Prezydium Policji, i gdy byliśmy tuż, tuż – rozpoczął się huraganowy ogień sowieckiej artylerii!

Jeden z pocisków rozerwał się tak blisko, że od podmuchu powietrza mój kolega spadł ze schodów! Gdy wstał, otrzepał się z kurzu, spojrzał na nasz kosz i powiedział: „Ale nic się nie zniszczyło!” (Es ist aber keine kaputt gegangen). Tego dnia przyszedł do nas oficer artylerii, który jak się okazało, kierował ogniem naszych baterii stojących na zachód od rzeki Elbląg oraz ogniem pokładowym na pozycje sowieckie, z krążownika „Admirał Scheer” cumującego na Zatoce Gdańskiej. Gdy „Rusek” zbliżył się do nas niebezpiecznie, zabraliśmy nasz sprzęt, akumulatory itd. i z Prezydium, po ruinach, dotarliśmy do Heinrich von Plauen-Schule (obecnie UM). Tu na korytarzach i w pomieszczeniach leżało wielu rannych żołnierzy… (Ciąg dalszy za tydzień).
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama