Reklama

Autostopem do Sarajewa z Konradem Kosaczem

23/12/2012 12:22



Są tacy, którym podróż na stopa wydaje się niebezpieczna i lekkomyślna. Świat jest przecież pełen niemiłych niespodzianek, a nieznanym ludziom nie powinniśmy ufać. Są też tacy, dla których autostop to najciekawszy sposób podróżowania. Codziennie nowe miejsca, nowe twarze, emocje i niezapomniana przygoda za niewielkie pieniądze. O tym, że świetnym sposobem na poznawanie świata jest podróż autostopem przekonywał w Zakątku Dobrych Spotkań Konrad Kosacz, który w listopadzie ubiegłego roku dotarł w ten sposób do Sarajewa.

Konrad Kosacz, na co dzień fotoreporter i dziennikarz lokalnych mediów. Odkąd pamięta marzył, by zobaczyć Sarajewo. Dlaczego?

— Było w mojej głowie od zawsze, już od zimowej olimpiady w 1984 roku, a miałem wtedy przecież zaledwie kilka lat. Potem, jako młody chłopak śledziłem wojenne losy tego miasta. Zawsze chciałem zobaczyć, jak tam jest — wspomina.


W listopadzie 2011 roku Konrad stwierdził, że nadszedł dobry czas, by to marzenie spełnić.
 — To był taki moment w moim życiu, gdy miałem wszystkiego dosyć. Dokończyłem w pracy, co miałem do dokończenia. Wynajęte mieszkanie posprzątałem, właścicielowi powiedziałem, że nie wiem co będzie, czy wrócę, spakowałem rzeczy i po prostu wyjechałem — mówi Konrad.


Autostopem, w miesiąc przejechał przez Polskę, Czechy, Węgry, Serbię, Bośnię i Hercegowinę. Na krótko zagościł także we Włoszech. Zwiedził m.in.: Budapeszt, Mostar, Zlatibor, Belgrad, Nowy Sad, Sarajewo, Rzym i Florencję.



Strach ma wielkie oczy



Czy jeżdżenie autostopem jest trudne? 

— Raczej nie. Przykładowo odcinek z Torunia do Wrocławia przejechałem jednym samochodem, a czekałem tylko 10 minut — mówi Konrad Kosacz. — Czasem problemem jest wydostanie się z dużych miast. Więc gdy się jedzie dajmy na to przez Warszawę, to lepiej jest wysiąść przed miastem i wystawić tabliczkę z napisem "za Warszawę". Jeśli wysiądziemy w centrum, to potem mamy problem, by się z niego wydostać. Musimy skorzystać z komunikacji miejskiej, a to już są koszty, bądź iść pieszo. Pamiętajmy także, że stopa łapie się za dnia, gdy robi się ciemno ludzie raczej zabierać już nie chcą.


Jak twierdzi Konrad, regułą jest, że im mniejsze miejscowości, czy im biedniejszy region, tym ludzie chętniej cię podwożą. Drogie samochody bardzo rzadko się zatrzymują. Raczej tacy ludzie myślą: jest mokry, więc zmoczy mi tapicerkę, a nie: jest mokry, pada deszcz i jest mu zimno. Ważny jest też wygląd. Często jeździ na studenta, czyli z plecakiem i w swetrze. Wtedy prędzej złapie stopa, niż gdyby miał na sobie skórzaną kurtkę, a w ręku reklamówkę.

Przekonuje, że wbrew powszechnej opinii jeżdżenie "okazją" jest bezpieczne.

— Nigdy nie znalazłem się w jakiejś niemiłej sytuacji. No, może raz. Ale ona wynikła z nieporozumienia. Człowiek z lekka zaciągający po rosyjsku obiecał, że zawiezie mnie do Wrocławia. Lecz z drogowskazów zorientowałem się, że nie jedziemy w tym kierunku. Przemknęła mi przez głowę myśl: wywiezie mnie do lasu, zamorduje. Ale co się okazało? Że on ma być we Wrocławiu na pierwszą w nocy, gdyż musi wcześniej zahaczyć służbowo o inne miejscowości — wspomina Konrad.


Jeżdżenie stopem to również dużo.... chodzenia. 

— Mój plecak ważył 30 kilogramów. Ubrania, dwie pary butów, kuchenka turystyczna, garnki, sztućce. Laczki, by móc choć na chwilę zdjąć buty i zapewnić sobie minimum komfortu, matę do spania. Trzeba pamiętać, że musimy czasem z centrum miasta dojść piechotą na obwodnicę. Czasem coś pójdzie nie tak i musimy pokonać pieszo wiele kilometrów. Kiedyś przyszło mi iść ze stacji kolejowej do górskiej miejscowości Zlatibor (zach. Serbia-red.) aż 14 kilometrów — mówi Konrad.




Wszystkie drogi prowadzą do lud
zi



Każdy, kto choć trochę jeździ po świecie przyzna, że podróż to nie tylko droga. To przede wszystkim to, co nas na niej spotyka: sytuacje, z którymi musimy się zmierzyć, emocje, a przede wszystkim ludzie. Różni, przeważnie serdeczni, gościnni i ciekawi - nas, a my ich.

— Tak naprawdę moja podróż rozpoczęła się, gdy przekroczyłem granicę z Czechami. Komórka nie działa. Stoję na skrzyżowaniu. Pusto i zaczyna się ściemniać. Nie ma żadnych znaków, więc do końca sam nie wiem, w którym kierunku jechać. Chcę się dostać do Brna, gdzie mam umówiony nocleg. To około 150 km. W końcu zatrzymuje się Jiři. Jedziemy, rozmawiamy i on nagle pyta: czy coś się stanie jeśli zrezygnuję z umówionego noclegu. Odpowiadam, że nie, jedynie wypada zadzwonić, by na mnie nie czekano. Tak oto ląduję w mieszkaniu Jiřiego i jego żony - przesympatycznych ludzi. Dostałem posiłek, nocleg, była też niewielka impreza, gdy przyszli do nich znajomi. Śpię na materacach, na parterze domu, gdzie Jiři z żoną prowadzą szkołę językową. Następnego dnia Jiři wiezie mnie za miasto, na stację benzynową — wspomina Konrad.


Jugoslav z Nowego Sadu, kiedyś niezwykle zamożny człowiek. Dzisiaj bezrobotny, podróżnik-włóczęga. Rzucił pracę i rozpoczął nowe życie. Konrad jest jego pierwszym noclegowiczem z couchsurfingu (internetowej darmowej wymiany noclegów—red.). Jugoslav chciał zobaczyć jak to jest, zanim sam wyruszy w szeroki świat.

— Oprowadzał mnie po mieście. Sporo opowiadał o Serbii, o sobie. Niesamowity człowiek. Od rozwodu nie pracował. Stwierdził, że do pracy już nigdy pójdzie, bo to przez nią rozsypało się jego małżeństwo. Dawniej pracował w reklamie, był bardzo bogaty. Teraz podróżuje. Na krótko przed moi przyjazdem wrócił z wyprawy kajakiem, przepłynął nim od źródeł do ujścia Dunaju — wspomina Konrad Kosacz.



Spacer Aleją Snajperów



Do stolicy Bośni i Hercegowiny Konrad dociera 17 listopada.

— Do Sarajewa od strony Wyszehradu wjeżdżam położoną pomiędzy górami drogą. Zaskakuje mnie piękny widok na stare miasto, na tysiące małych domków. Sarajewo nie jest duże, liczy około 300 tys. mieszkańców. Często nazywane jest Jerozolimą północy, bo jak tam, żyją w niej obok siebie ludzie wielu wyznań — mówi Konrad.


Od wojny domowej, która strawiła Sarajewo minęło już 17 lat. Wojenne pamiątki znajdziemy tam i dzisiaj.

— Na ulicach napotykałem plamy czerwonej farby. Okazuje się, że symbolizują one ludzi zabitych podczas wojny — opowiada. — Jednak główną pamiątką jest tzw. tunel życia. Wykopali go Bośniacy oblegani przez Serbów i był dla nich jedynym połączeniem ze światem zewnętrznym. Nim dostarczali żywność, broń i amunicję oraz niezbędne środki do życia. Dziś częściowo jest udostępniony turystom. Wybrałem się także na spacer Aleją Snajperów (nieoficjalna nazwa głównej alei w Sarajewie, która służyła jako przyczółek dla wielu stanowisk snajperskich—red.), dzisiaj to po prostu mało przyjemne blokowisko. Sporą niespodzianką był dla mnie przewodnik turystyczny po okolicach Sarajewa, w którym oprócz informacji o tym, co zwiedzić oznaczono też miejsca, gdzie mogą być miny, jak wyglądają i jakie są ich rodzaje oraz.... instrukcję pierwszej pomocy, jak należy się opatrzeć, gdybyśmy na nią weszli.
Anna Dawid
[gallery=4]38642[/gallery]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama