Reklama

Niewolnik pod żaglami. Niezwykła historia Alfreda Paruszewskiego

11/03/2016 14:32

Alfred Paruszewski urodził się w 1924 roku w Nowym Dworze Mazowieckim, a z Elblągiem zetknął się po raz pierwszy gdy miał 19 lat. Zobaczmy więc, jak wyglądały jego pierwsze spotkania z niemieckim wówczas Elblągiem.

Alfred Paruszewski, długoletni i zasłużony elblążanin, pracownik „Zamechu” i Zakładów Armatury Samochodowej, zmarł w kwietniu 2015 r. W książce wydanej w 2011 r., pod tytułem „Niewolnik pod żaglami, Wspomnienia z pracy przymusowej na Zalewie Wiślanym (Tolkmicko, Elbląg, Piława, Królewiec: marzec 1943 – kwiecień 1945”, pozostawił po sobie niezwykłe wspomnienia.
O tych wspomnieniach Lech Brywczyński napisał: „To książka niezwykła, jak niezwykłe były losy jej Autora (…) pierwszym i najważniejszym atutem jest ich szczerość i autentyzm. Nie ma w nich politycznej poprawności, nie ma uproszczeń, zakłamujących przeszłość. Jest za to wielobarwna i złożona, często niejednoznaczna w swej wymowie proza okupacyjnego życia, w której żadna ze stron nie ma monopolu ani na dobro, ani na zło”. [piano]
Książka ta jednocześnie ma charakter źródła historycznego, wzbogacającego naszą wiedzę o wojennych dziejach Elbląga i znanej nam okolicy. Alfred Paruszewski urodził się w 1924 r. w Nowym Dworze Mazowieckim, a z Elblągiem zetknął się po raz pierwszy gdy miał 19 lat. Zobaczmy więc jak wyglądały jego pierwsze spotkania z niemieckim wówczas Elblągiem:
(…) I już w pierwszych dniach marca 1943 r. wyjeżdżaliśmy do pracy przymusowej. Było nas około 50 mężczyzn, jeśli nas, kilkunastu 18-latków, wliczyć do tej grupy. Z naszej rodziny było nas dwóch, ja i starszy o cztery lata brat Stanisław. Wieczorem mieliśmy się stawić na dworcu. Przed wyjazdem ostrzeżono nas, że w razie nie stawienia się, reszta rodziny pójdzie do więzienia. (...) Wszyscy z tej grupy byli wodniakami. Sporo było i starszych szyprów z patentami sterników czy kapitanów żeglugi rzecznej. Załadowano nas do wagonów osobowych i ruszyliśmy. Jechało z nami dwóch Niemców z Arbeitsamtu. Pierwszym etapem miała być Bydgoszcz, a drugim Elbląg. [...] Do Elbląga przyjechaliśmy późno po południu. Ci, którzy nas eskortowali, zostawili nas na placu jakiejś firmy i poszli zasięgnąć języka. Okazało się, że nikogo z urzędników Arbeitsamtu już nie było i będziemy musieli tutaj nocować. Gdzie? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Na stołówce tej firmy poczęstowano nas gorącą zupą z brukwi, którą niektórzy po prostu wyleli do ubikacji. Ja napiłem się gorącej kawy i zjadłem resztki żywności, jaka mi pozostała po trzech dniach podróży. Noc spędziliśmy w jakiejś sali, należącej do nazistowskiej bojówki SA. Wytrychami, które niektórzy od ręki zmontowali, otworzyliśmy biura obok i pozabieraliśmy stamtąd wszystkie papiery, tylko te nie zapisane. A potem rozpaliliśmy nimi w piecu kaflowym, stojącym w rogu sali. Było zimno. Na opał poszły także drewniane kosze na śmieci, niektóre taborety i jakieś krzesła. Zrobiło się całkiem miło i ciepło, więc posnęliśmy...
(…) Targ niewolników. Przychodzili właściciele jednostek pływających, oglądali kandydata, sprawdzali jego mięśnie, poklepywali jak oswojone zwierzę, a potem płacili haracz do kasy i zabierali delikwenta. Byliśmy kupowani jak zwierzęta domowe na targu. Pożegnaliśmy się z bratem, który odszedł ze swoim kapitanem. Stanisław miał pływać na statku pasażersko-towarowym o nazwie "Kahlberg", a jego kolega Loniek Łuszczewski został przydzielony na statek "Borussia". W końcu z całej grupy zostałem prawie sam na placu, bo wszyscy wybierali rosłych, silnych mężczyzn - nikt nie interesował się mną, mizerakiem. (...) zostaliśmy odesłani do lagru pod Elblągiem o nazwie "Wansau" (dzisiejsza dzielnica Zawodzie). Byliśmy wszyscy w tym samym baraku. Nazajutrz zaprowadzono nas do miasta i przydzielono do kopania ogrodu. Właściciel nazywał się Kurt Dombrowski a jego firma mieściła się w budynku położonym naprzeciwko dworca kolejowego [właściciel firmy budowlanej, zamieszkały przy Alei Grunwaldzkiej 61] . Rano otrzymaliśmy po misce zupy z brukwi i po pajdzie chleba, o którym to pożywieniu pracowaliśmy do godz. 16. Po powrocie był obiad, zazwyczaj z kolacją. Tak to było do końca kwietnia, kiedy to otrzymaliśmy polecenie udania się do Arbeitsamtu, skąd zabrali nas szyprowie pochodzący z Tolkmicka pod Elblągiem.
Garbus z Tolkmicka. Szyper, który kupił starszego kolegę, zaprowadził go na posiłek (…) natomiast mój Garbus (tak go nazwałem, bo miał autentyczny garb) poprowadził mnie na dworzec Kolei Nadzalewowej Elbląg-Miasto i po oczekiwaniu przez około dwie godziny na pociąg, pojechaliśmy do Tolkmicka (...) Po godzinnej jeździe, gdyż kolejka zatrzymywała się na wszystkich przystankach, dojechaliśmy na miejsce. Wysiadając spostrzegłem port, a w nim masę masztów. Mój Garbus znów coś zaczął szwargotać. Poprowadził mnie do portu i pokazując stojące w porcie łodzie żaglowe powtarzał: - Viel Kameraden! Rozumiałem, że to koledzy, ale kto? Tego nie wiedziałem. Następnie poszliśmy do jego domu, a właściwie mieszkania. Mieszkał w małej, parterowej budzie przy Herrenstrasse 15 [dzisiaj ul. Świętojańska]. W domu przedstawił mnie swojej żonie - wysokiej, grubej Niemce z dużymi, krowimi oczami i krótko ostrzyżoną, czarną grzywką. Trzymała na rękach około rocznego chłopaka, noszącego dumne imię Otto [Otto Wulf ur. 1941]. Nazywała się Rose, czyli Róża, ale tak jej było do róży, jak krowie do świni. Potem dygnęły przede mną dwie jasnowłose dziewczynki. Starsza, licząca ok. 9 lat, nazywała się Waltraud, a młodsza 6-letnia, miała na imię Anna. Obie okazały się wkrótce bardzo przydatne do mojej nauki języka niemieckiego. Zapewne z polecenia ojca starsza wykorzystywała każdą chwilę, żeby mi pokazać jakiś przedmiot, wymieniając jego niemiecką nazwę i pytając o nazwę polską. Na drugi dzień obudził mnie szyper, bo Garbus tak kazał siebie nazywać, tupiąc głośno po pokładzie i pokrzykując: Alfred! - komm, aufstehen! Spałem w kajucie na dnie łajby, dostałem jeszcze wieczorem papierowy siennik i wiązkę słomy, otrzymaną od bauera, który potem okazał się stryjem mojego Garbusa. Do kompletu dostałem dwie szmaty, które trudno było nazwać kocami. Byłbym zamarzł na amen, gdyby nie żagle, które leżały na drugiej pryczy - przyciągnąłem je na swoją koję, robiąc z nich namiot. Spałem w nim, ogrzewając się własnym ciepłem. Od rana do południa pracowałem przy smarowaniu smołą burt zewnętrznych łajby. Aż do chwili, gdy przyszła starsza z dziewczynek, żeby mnie zabrać na obiad (…) ciągnąc mnie za rękę i powtarzała: Alfred, komm, Mittagessen ! (…)…
To tylko mały, sygnalizacyjny wcinek wspomnień A. Paruszewskiego. Później doznał on wiele upokorzeń od swego szypra, raz został nawet przez niego pobity. Szyper okazał się po prostu zwykłą, nazistowską kanalią i tchórzem. Kiedyś chwalił się do A. Paruszewskiego, że „załatwił jednego komunistę z Tolkmicka”. Niżej podpisany brał udział w redakcji wspomnień A. Paruszewskiego, konsultacji historycznej i w zakresie języka niemieckiego. Podczas tej pracy odwiedzono także stronę internetową ziomkostwa byłych mieszkańców Tolkmicka. I tam, ku wielkiemu zaskoczeniu, znaleziono wpis wspomnianego na początku Otto Wulfa. Tenże z wielkim sentymentem wspominał życie w dawnym Tolkmicku i swego „wielce zasłużonego, dobrego ojca (!)”. Wpisano więc opinię A. Paruszewskiego na temat jego wojennego pracodawcy, wzmiankowanego już szypra „Garbusa”. Niestety, opinia ta została błyskawicznie wykasowana. Nie pasowała bowiem do wizerunku dawnego „cudownego Heimatu i wspaniałych ludzi w nim zamieszkujących”.
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama