Reklama

"Pani Jasia odeszła latem". Więźniowie pomagają w hospicjum

21/10/2011 08:35

Ich domem jest na co dzień Areszt Śledczy w Elblągu. Jeden siedzi za pobicie, drugi za kradzieże, napady i rozboje. Obaj mają dużo wolnego czasu. Nawet za dużo, jak twierdzą. Tym bardziej, że nie do końca mogą spędzać go tak, jakby chcieli. Ale jest jedno miejsce, do którego chętnie wracają. Miejsce, w którym - choć może to dziwnie zabrzmieć - czują się dobrze. To hospicjum, w którym obaj więźniowie są wolontariuszami.

Adam ma 37 lat. Za pobicie został skazany na osiemnaście miesięcy więzienia. Odsiedział pół roku. Ryszard ma 28 lat. W więzieniu siedzi od lutego 2005. Został skazany na osiem lat i dziesięć miesięcy za kradzieże i napady, w tym jeden z przedmiotem przypominającym broń. W nagrodę za dobre sprawowanie, lada dzień wyjedzie na wolność. 
Obaj mężczyźni biorą udział w resocjalizacyjnym programie „Wolontariat Skazanych", w którym osadzeni, jako wolontariusze, pracują w domach opieki i hospicjach. Oczywiście robią to dobrowolnie.

— Sami się zgłosiliśmy do pomocy — zapewniają nasi bohaterowie, którzy trafili do hospicjum im. dr Aleksandry Gabrysiak w Elblągu.

Jednak na słowo resocjalizacja, Adam tylko się uśmiecha pod nosem. Chyba do niego to nie przemawia. Może nie lubi go dla zasady, ale program i tak na niego działa. Kiedy z nim rozmawialiśmy przychodził do hospicjum dopiero od tygodnia, ale widział już jak ktoś umiera
.
— Mogłoby się wydawać, że to nie zrobi wrażenia na twardzielu z więzienia, że takich to nie rusza, ale tak nie jest — wyznaje Adam. — Nie ma tak, że wychodzisz stąd i zapominasz o tym, co widziałeś. Ja wracam do aresztu, leżę w celi i myślę o tym, czego byłem świadkiem. W hospicjum obcuję ze śmiercią i to robi wrażenie, naprawdę.

Obaj skazani podkreślają, że praca w hospicjum daje im satysfakcję., Czują się tam dobrze. Tu nikt nie traktuje ich jak wyrzutków społeczeństwa. Współpracownicy podchodzą do nich z sympatią, a chorzy chętnie spędzają z nimi czas. 

— Zdarza się nawet, że się o nich dopytują — mówi Urszula Osińska, opiekunka, która dodatkowo koordynuje prace wolontariuszy. — Proszą, żeby zawołać tego w żółtej koszulce, bo właśnie takie noszą nasi pomocnicy. 

— Tu czujemy się potrzebni, a dla nas to naprawdę dużo znaczy — wyjaśnia Ryszard. 


Osadzeni, jak sami mówią, w hospicjum są od wszystkiego. Sprzątają, przenoszą chorych, myją ich, a czasem po prostu spędzają z nimi czas.

— Praca nie jest ciężka fizycznie, ale psychikę trzeba mieć silną — przyznaje Adam. — Na szczęście wśród pracowników panuje świetna atmosfera, bo gdyby były jeszcze jakieś dodatkowe stresy, naciski z góry, to nie dałoby się wytrzymać. Niejednemu siadałaby psychika — dodaje mężczyzna.

Chociaż początki wolontariatu Ryszarda w hospicjum nie były łatwe.

— Gdybym nie wiedziała, to nigdy nie powiedziałabym, że Rysiu jest osadzonym — mówi Urszula Osińska. — Gdy przyszedł tutaj w marcu, był bardzo zagubiony i przestraszony, ale potem okazało się, że ma podejście do chorych. Jest bardzo lubiany.


— Na początku myślałem, że to miejsce, to nic innego jak „umieralnia”, ale już pierwszego dnia trafiłem na... zabawę taneczną. Chorzy bawili się w najlepsze. Nie tak to sobie wyobrażałem — przyznaje.


Ale obok radości jest też czas na smutek. Szczególnie, kiedy widzi się śmierć osoby, którą się polubiło. 

— Byłem przywiązany do pani Jasi. Schlebiało mi to, że do wszystkich podchodziła z dystansem, a do mnie mówiła „synuś”. Pani Jasia odeszła latem — wspomina Ryszard.


Kolejną osobą, z którą się zaprzyjaźnił jest 4,5-letnia Andżelika. Dziewczynka w wyniku nieszczęśliwego wypadku jest sparaliżowana. 

— Andżelika mówi, że jestem jej narzeczonym i zastrzega, że musi rozmówić się z moją żoną — uśmiecha się Rysiek. — Bardzo lubię spędzać czas z Andzią, może dlatego, że sam mam córkę. Ma osiem lat, a ja prawie całe jej życie spędziłem za kratkami. Widuję ją tylko co drugi weekend. Myślę, że rozmowy z Angeliką są dla mnie jakby rekompensatą tego straconego czasu — wyznaje wolontariusz.


Ryszard po wyjściu na wolność nie zamierza rozstawać się wolontariatem. W swoim rodzinnym Gdańsku będzie odwiedzał chorych w jednym z tamtejszych hospicjów.

— Kiedy zmarła moja kuzynka, jej tata zdecydował, że będzie pomagał chorym. Pomyślałem, że dołączę do wujka — zapowiada. — Oczywiście najpierw będę musiał zatroszczyć się o rodzinę, znaleźć pracę, odnaleźć się na wolności, ale wiem jedno: nie wrócę do przestępczości — zapewnia. — Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby sobie wszystko przemyśleć. Niczego nie pragnę tak bardzo, jak być przy żonie i córce. Nie mogę ich znów stracić — dodaje.
Zuzanna Gajewska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama