Reklama

Przez Gruzję na dwóch kółkach

16/11/2012 13:08



Przez 25 dni Marcin Felka i Katarzyna Mielnicka przemierzali na rowerach serpentyny gruzińskich gór. Swoją wyprawę przygotowywali przez kilka miesięcy. W skwarze i drogami, które tylko z nazwy nimi są, pokonali 1500 kilometrów. Widoki, które zostawiają w sercu ślad na całe życie i wielka gościnność niewielkiego narodu, to najcenniejsze pamiątki tej podróży.

Kilka lari (waluta gruzińska -red.) - tyle wynosi paragon z 25 pięciu dni spędzonych w Gruzji na dwóch kółkach. To zaledwie kilkanaście złotych. Jak to możliwe?

— Dzięki gościnności Gruzinów. Poznaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi. Wystarczyło, że zapytaliśmy o nocleg, a już za chwilę lądowaliśmy pod czyimś dachem. Gość to dla nich świętość. Gruzini bardzo nas lubią. Ale też i mało znają. Polskę kojarzą z trzema rzeczami - w tym dwie z nich są mało polskie - armią sowiecką, obwodem kaliningradzkim i Wałbrzychem — wspomina z uśmiechem Marcin. 


Dla Gruzina goście to sprawa święta. Trzeba ich przyjąć pod dach i ugościć, chociażby skromnie. Tym, czym chata bogata.

— W każdej wsi, do której wjeżdżaliśmy witał nas jej najstarszy mieszkaniec, bądź mieszkanka. Po kilkunastu minutach wokół nas robiło się tłoczno. Przychodziła reszta wioski. Każdy miał ze sobą prezent: orzechy, trochę winogron, kawę mrożoną. Siadali wokół nas i w kompletnej ciszy patrzyli jak jemy. Gdy mieli gościa, byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Zapraszali innych mieszkańców, by nas obejrzeli. Zobaczcie - przyjąłem gościa - mówili z dumą — wspomina rowerzysta. 


A gościa obowiązkowo raczy się czaczą. To lokalna wódka, rodzaj samogonu.

— Pędzi go tam każdy, po prostu z tego co rośnie w ogrodzie. To obowiązkowe menu gości. Zawsze na stole była czacza i zakąska. Przy każdym kieliszku trzeba wznieść toast. Pierwszy za boga, drugi za ojczyznę, potem za przyjaźń polsko-gruzińską i zawsze za Lecha i Marię Kaczyńskich, którzy przez Gruzinów uważani są za narodowych bohaterów. Są ulice i ronda ich imienia, po śmierci pary prezydenckiej płakały całe wsie. Picia bez toastów po prostu nie ma — mówi Felka.



Do gruzińskiej przygody przygotowywali się przez kilka miesięcy. Powierzchnia Gruzji to 69 tys. km kwadratowych, a kraj ten ma jedynie kilkaset kilometrów asfaltowych dróg, a i te przeważnie są w fatalnym stanie. — A reszta z nich to... kamienie nasypane na kamienie — mówi Felka.


W sakwy zabrali najpotrzebniejsze rzeczy. Im mniej, tym lżej. Oczywiście obowiązkowo w ekwipunku znalazł się namiot. Nie przydał się. Przez większość nocy korzystali z gościnności Gruzinów. Przydarzyła się noc na stacji benzynowej i na dworcu. Strachu nie było, bo wbrew powszechnej opinii Gruzja jest bardzo bezpiecznym krajem. 

— Pięć, sześć lat temu było tu odwrotnie. Strzelaniny, korupcja, nadużywanie władzy przez wszelkie organy państwowe. A teraz jest bardzo bezpiecznie. Gdy nocowaliśmy w jednej z miejscowości na dworcu, przyszedł do nas komisarz lokalnej policji i powiedział, że gdybyśmy mieli jakieś problemy, to możemy od razu do niego się zgłaszać — mówi Felka. 


Górzysty teren, 40 stopni powyżej zera, to co na mapie nazwano drogą okazuje się jedynie ubitymi kamieniami. Poruszanie się po Gruzji na rowerze na pewno nie jest niedzielną przejażdżką. Ale na wszystko są sposoby. 

— Pragnienie tanio i skutecznie można ugasić arbuzem. Mieliśmy oczywiście zapasy wody, ale ta w takim upale, w ciągu kilkunastu minut robiła się ciepła. Gruzini choć sami nie znoszą arbuzów namiętnie nas nimi częstowali, zabierali na swoje pola arbuzowe. Wycinali nam z miąższu arbuza serca — wspomina Marcin. 
Rowerzystom szczególnie dały w kość olbrzymie przechyły na trasie. 

— 12 czy 14-stopniowe przechyły to norma. Jak widziałem na znaku, że jest 8 czy 9 stopni to się cieszyłem. Bywało, że musiałem na kierownicy zawiesić aparat fotograficzny i namiot, który wiozłem na bagażniku aby ich ciężar nie przewrócił mnie do tyłu. Na szczęście nie mieliśmy żadnego poważnego wypadku. Do nieszczęśliwych zdarzeń mogę zaliczyć złapanie kapcia. A stało się to, gdy już wracaliśmy, jakieś 100 metrów przed dojazdem do lotniska — mówi z uśmiechem Felka.




— Spojrzałem na mapę i stwierdziłem - chcę zobaczyć Omalo. Moi towarzysze zrezygnowali, z powodu trudności trasy. Postanowiłem jechać sam — mówi Felka.


Omalo to górska osada. Leży w Tuszeti, przy granicy z Czeczenią, pomiędzy pasmami Bocznym i Głównym Wielkiego Kaukazu. By do niej dotrzeć Marcin miał do pokonania tylko 50 kilometrów. Albo aż, jeśli weźmiemy pod uwagę trudność tej trasy. Był to podjazd pod górę, na wysokość 2980 metrów n.p.m. Pokonał trasę w jeden dzień.

— Było bardzo gorąco. Tak, że czasem kąpałem się w strumieniu. Droga wiodła górskimi serpentynami, czasem wąską ścieżką nad przełęczą. Z góry wyglądały one jak cienkie niteczki. Widoki są piękne, nie do opisania. Miałem ogromny kryzys na wysokości około 2 tys. metrów. Wtedy na trasie spotkałem człowieka, który być może uratował mi życie? Podarował mi zmrożoną na kość wodę, w butelce po piwie. Rozmraża się ona nawet pięć godzin. Ten człowiek od lat był stróżem przy wyciągu. Powiedział, że wiele już rzeczy widział tutaj, ale rowerzysty to nie. Był bardzo zdziwiony. Tego co zobaczyłem podczas tej trasy nie odda żadne ze zdjęć, a ja nie umiem tego ubrać w słowa. Po prostu trzeba to przeżyć — mówi Marcin Felka.
daw
[gallery=4]37413[/gallery]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama