Reklama

Ślązak w Elblągu w 1941 roku

28/11/2014 12:06

To mały reportaż, którego autorem jest Günther Urban, pochodzący z Dolnego Śląska, a skierowany służbowo w czerwcu 1941 roku do Elbląga. Został zamieszczony w ostatnim numerze kwartalnika „Der Pangritz Kurier”, wydawanego w Niemczech dla dawnych mieszkańców Elbląga i okolicy.

Günther Urban był akurat po zawodowym przeszkoleniu w „Śląskim Towarzystwie Elektrotechnicznym” (SEG) we Wrocławiu, gdy otrzymał z tamtejszego urzędu pracy polecenie stawienia się w Elblągu w zbrojowni marynarki wojennej (Kriegsmarinearsenal-Waffenamt). Na odwrocie skierowania napisano, że niewypełnienie tego polecenia podlega najwyższej karze. Ruszył w podróż 22.6.1941 r., akurat w dniu swych 18 urodzin. Nim zdążył się spakować, doszły do niego informacje radiowe, że Wehrmacht uderzył na Związek Sowiecki. Wyruszył z wrocławskiego dworca frontowym pociągiem urlopowym i jechał przez Poznań, przez były polski korytarz, a z Tczewa bardzo wolno przez prowizorycznie naprawiony most na Wiśle.


Od Malborka okolice były mu już znane, gdyż był tutaj w czasie dużej wycieczki w 1937 r. Günther Urban napisał: „Gdy przybyłem na dworzec kolejowy w Elblągu z miejsca wiedziałem, że przy wyjściu jest przystanek tramwajowy, skąd można dojechać bezpośrednio do Stoczni F. Schichau. Przybywszy tutaj zapytałem się, gdzie będę mieszkał. Skierowano mnie do dużego obozu z barakami przy ul. Radomskiej. W kierownictwie obozu otrzymałem pościel, koc, kartki żywnościowe i wnet stałem się „małym trybikiem w olbrzymiej maszynie”. [piano]
Moje pierwsze wrażenia z obozu były złe. Duży ruch, anonimowość i gburowaty ton obsługi. Ale było za mało czasu na rozmyślania. Wysłuchałem najnowszych wiadomości w radiu i śmiertelnie znużony zasnąłem. Raptem ktoś obudził z krzykiem: Człowieku, wstawaj! – mamy alarm lotniczy! Usłyszeliśmy dźwięk samolotu rozpoznawczego lecącego na dużej wysokości nad miastem. Po jakimś czasie zawyła syrena „odwołanie alarmu”. Po tym nieprzyjemnym powitaniu przespałem mój pierwszy dzień w Elblągu. O godzinie 11-tej zameldowałem się w Urzędzie Pracy. Tu ku mojemu zdziwieniu, usłyszałem znajomą gwarę śląską. Poznałem dwóch młodych ludzi, jeden był z Legnicy o nazwisku Herbert Nickelmann a drugi z powiatu Oława. Obaj elektrycy. Ten drugi był wielkim mądralą. Postanowiliśmy kupić miejscową gazetę i w ogłoszeniach poszukać jakiegoś pokoju do wynajęcia.
W Urzędzie Pracy poszło szybko. Otrzymałem książkę pracy i odpowiednie stemple. Do arsenału Kriegsmarine zaprowadził nas portier. Trafiliśmy do inżyniera o nazwisku Port. Ten kazał nam zameldować się u kierownika obozu o nazwisku Kuchelka. Po tym wszystkim mieliśmy cały dzień do dyspozycji. Najpierw ustaliliśmy, gdzie są kina, poczta i porządne knajpy. Następnego dnia zameldowaliśmy się u kierownika obozu, który zapoznał nas z czekającymi zadaniami. Przyniósł nam ubrania robocze, tzw. kocioł-garnitury, czyli czarne spodnie skórzane i skórzaną marynarkę, niebieską czapkę z daszkiem i rękawiczki. Sorty uzupełniały ręczniki i fabryczne buty. Świeżo umundurowani zameldowaliśmy się ponownie u Porta. Ten oznajmił, że będziemy pracowali przy wyposażaniu okrętów Kriegsmarine w tajne urządzenia łączności. Uprzedził o bezwzględnym zachowaniu tajemnicy. Następnie zapoznał nas z prawami i obowiązkami. Podpisaliśmy stosowne przyrzeczenie. Uścisnął dłoń każdemu z nas i powiedział, że od tej pory jesteśmy cywilnymi pracownikami Kriegsmarine. Po dwóch dniach razem z kierownikiem obozu Kuchelka pojechaliśmy do Gdyni. Tam znajdował się główny arsenał Kriegsmarine. Na miejscu wydano nam stosowne dokumenty i wróciliśmy do Elbląga. Wertując ogłoszenia w „Gazecie Elbląskiej” znaleźliśmy z Herbertem pokój u rodziny Bauer przy ul. Berlińskiej (dzisiaj Warszawska). Bauer był emerytowanym kolejarzem, a jego żona była po 60-tce. Ich syn był żołnierzem i właśnie w jego pokoju mieliśmy zamieszkać. Dostawiono jedno łóżko, a Herbertowi z miejsca spodobało się stojące tu pianino. Umiał grać na akordeonie więc nie miał problemu z grą na pianinie. Obaj byliśmy niepalący, a po zapewnieniu, że nie będziemy tu szmuglowali panienek, pokój mogliśmy zasiedlić. Opuściliśmy więc obóz już następnego tygodnia.

Dobrze zarabiali,
było rozłąkowe

W Stoczni F. Schichau szybko się zaaklimatyzowaliśmy. Przy pirsie cumowały wyposażane torpedowce. Pracowaliśmy jako fachowcy od montażu specjalnych urządzeń. Gdy torpedowce wypływały w rejs próbny, na pokładzie było dość nerwowo. Bywało, że zostawaliśmy po godzinach albo braliśmy odpłatnie nocną zmianę. Ważny był tylko termin oddania okrętu. Dlatego na fajrancie wiedzieliśmy jak wykorzystać czas wolny. Przy Moście Niskim wypożyczaliśmy łódź wiosłową i płynęliśmy na jez. Druzno. Herbert brał swój akordeon i najnowsze szlagiery rozbrzmiewały na wodami jeziora.
Niekiedy pływaliśmy do leżącej na południowym skraju jeziora gospody „Ostatni Grosz”. Pieniędzy nam nie brakowało. Dobrze zarabialiśmy i mimo że byliśmy kawalerami, otrzymywaliśmy rozłąkowe. W Elblągu chodziliśmy często do kina i odwiedzaliśmy „Café zur Tannenbergallee”. W piękne, słoneczne dni pływaliśmy parowcem do Krynicy Morskiej. Po sezonie letnim i zamknięciu kąpieliska miejskiego w Rubnie Małym, odkryliśmy przypadkowo prywatną jadłodajnię, gdzie nawet wieczorem serwowano gorące dania. Wymeldowaliśmy się więc z jedzenia w kantynie stoczniowej, gdzie jedzenie było mało smaczne.
Święta Bożego narodzenia zbliżały się coraz bardziej, ale kto miał otrzymać urlop prawie do końca pozostawało tajemnicą kierownictwa wydziału. Jednocześnie przygotowywano się do zakładowego świętowania Bożego Narodzenia. W stoczni znaleźli się ludzie, którzy włączyli się w organizację tej imprezy. Zgłosiłem się również oraz Herbert, naturalnie ze swoim akordeonem. Praktykę organizacji takich uroczystości wyniosłem jeszcze z wrocławskich czasów w SEG. Miałem ze sobą swój kuferek i odpowiednie rekwizyty. Przed świętami pojechaliśmy z kolegami koleją do Suchacza, do tamtejszej pięknej restauracji w „Zameczku Nadzalewowym”. W dużej sali udekorowaliśmy świątecznie stoły. Po przemowie jednego z głównych inżynierów stoczni, przystąpiliśmy do świątecznego posiłku. Herbert umilał czas grą na akordeonie. Wreszcie ja wystąpiłem na środek, co było niespodzianką – przebrany grałem rolę Świętego Mikołaja. Chodziłem z dużym workiem od stołu do stołu i wręczałem torby z prezentami. Ale szczególna niespodzianka spotkała „nietutejszych w stoczni” ze strony szefa wydziału. Wręczył koperty, w których były przepustki i bilety kolejowe „tam i z powrotem” na świąteczny urlop! W ten sposób mogłem spędzić święta w gronie rodziny we Wrocławiu.
Po świętach zastanawiałem się, co przyniesie mi rok 1942? Okazało się, że w marcu tego roku zakończyłem pracę w Elblągu i dostałem przydział do Luftwaffe…”

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama