Reklama

Stanisław Puchalski: Pomaganie innym to moja pasja

19/11/2012 11:14



Wie pani, co? Tak się zastanawiam, jeżeli byśmy mówili o zyskach i stratach, to żeby pracować w fundacji trzeba być chyba wariatem. Kariery się tu nie zrobi, pieniędzy nie zarobi — mówi Stanisław Puchalski, prezes Fundacji Elbląg, w rozmowie z Marleną Paleską.



— A jednak robi to pan od dobrych kilkunastu lat.

— Tak naprawdę, to na coś takiego czekałem całe życie. Lubię pomagać. To moja pasja! Dajemy ludziom nadzieję, sprawiamy, że dostają większego powera do walki.



— A co panu daje siłę?

— Potrzeba obcowania z ludźmi. Poczucie, że jestem komuś potrzebny, że mogę coś dla kogoś zrobić. Poprzez dobre uczynki stajemy się lepsi i bardziej wrażliwy.



— Tych „dobrych uczynków” na pana koncie nie brakuje. 14. listopada został pan wyróżniony za działalność społeczną - nagrodą marszałka województwa. Spodziewał się pan tego?

— Byłem zaskoczony. Jestem w fundacji, żeby wpierać potrzebujących, wszystko inne jest na drugim planie. Nie ukrywam jednak, że bardzo się cieszę z odznaczenia. Przede wszystkim wizerunek naszej instytucji zyskuje, a taka reklama jest potrzebna.



— Fundacja wspiera osoby starsze.

— Bardzo chętnie zajmuję się sprawami osób starszych. Być może ich los nie jest mi obojętny, dlatego, że jestem ich rówieśnikiem. Po prostu zależy mi na ociepleniu ich wizerunku. Ci ludzie mają w sobie tyle dobra, mają potencjał, doświadczenie i wiedzę. Chcą dawać, a nie brać. Trzeba to tylko pokazać. Drugą rzeczą, jaką chciałbym uporządkować jest chaos medialny wokół wspomnianych osób. Dla rządu 67-latek jest zdolny do pracy i stosunkowo młody. Z drugiej strony mówi się o 50-letnich osobach, którym trzeba pomagać. 



— Jak wygląda dzień pracy w fundacji?

— Każdy dzień jest inny, nieprzewidywalny. Oczywiście można coś zaplanować, ustalić sobie jakiś rozkład zajęć, ale to zazwyczaj się nie sprawdza. Ludzie przychodzą do nas z różnymi problemami. Trzeba szukać rozwiązań na bieżąco. Pracujemy w trójkę, a robimy roboty za dziesięciu. Dajemy z siebie wszystko, a w naszą pracę wkładamy serce.



— Każdy dzień jest inny i każda sytuacja jest inna, ale czy pamięta pan taką, która wpłynęła na pana szczególnie?

— Tak. Dziewczynka z Tolkmicka. Jej rodzice rozpaczliwie szukali pomocy i trafili do nas. Dziecko wymagało leczenia. Musieliśmy działać. Uzbieraliśmy pieniądze na wyjazdy, na terapię, bardzo się zżyliśmy i kiedy wydawało się już, że wszystko będzie dobrze dziewczynka umarła. Patrzyliśmy na mękę jej krewnych, mieliśmy w pamięci… Tego nie sposób zapomnieć.


— Jak przetrzymać takie chwile?

— Nadal czynić dobro. Kiedy zrobi się coś fajnego, coś dla kogoś – człowiek dostaje skrzydeł. Dla samego tego warto żyć!

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama