Reklama

Cudem uniknęła śmierci pod kołami, teraz szuka świadków

 wypadku

09/04/2010 09:24



Gdyby nie wpis jednego z internautów, który był świadkiem wypadku, pewnie odpuściłabym tę sprawę. Ale on twierdzi, że córka weszła na ulice mając zielone światło — mówi Genowefa Sieprawska, matka kobiety potrąconej przez autobus na przejściu dla pieszych przy Lotniczej. — Nie walczymy o żadne odszkodowanie, chcemy ustalić prawdę.





Czternasty listopada 2009 r. Kilka minut przed godz. 7. 40-letnia kobieta przechodzi przez jezdnię na skrzyżowaniu Al. Grunwaldzkiej i ul. Lotniczej. W tym samy czasie z Grunwaldzkiej w Lotniczą skręca autobus komunikacji miejskiej. Kierowca bierze bardzo szeroki łuk i uderza w pieszą. Wlecze ją pod kołami przez kilkanaście metrów. Zatrzymuje się dopiero zaalarmowany przez jednego ze świadków zdarzenia.


Leżąca pod autobusem kobieta nie daje znaków życia.

Ratownicy nie mają możliwości dotarcia do niej. Rozmiary obrażeń wskazują, że nie żyje. Dopiero, gdy strażacy na specjalnych podnośnikach pneumatycznych unoszą autobus, ratownicy stwierdzają, że 40-letnia Mariola jednak daje oznaki życia. Ranna natychmiast trafia do szpitala. Przykuta do łóżka spędza tam aż trzy miesiące.
— Córka miała połamane kości miednicy, uszkodzony kręgosłup, stłuczenie czaszki i wiele innych poważnych obrażeń — opowiada Genowefa Sieprawska z trudem powstrzymując łzy.
Ze szpitala wyszła dopiero w lutym. Od tamtej pory jest rehabilitowana. Dzisiaj jest już w stanie przejść kilka kroków.
— Boi się jednak podchodzić do jezdni — dodaje matka pani Marioli. — O wypadku mówi niechętnie. Niewiele pamięta z tego co się stało, ale jest pewna, że na jezdnię wchodziła mając zielone światło.


Policja na podstawie opinii biegłych uznała, że przyczyną wypadku była nieuwaga kobiety.


— To jest dwuetapowe przejście dla pieszych — przypomina sierż. Krzysztof Nowacki, oficer prasowy elbląskiej policji. — Z ustaleń biegłych wynika, że na pierwszym etapie kobieta miała zielone światło, na drugą część przejścia weszła przy świetle czerwonym.
Wprawdzie do wypadku doszło na przejściu dla pieszych — w miejscu, w którym kierowca musi zachować szczególną ostrożność — śledczy nie dopatrzyli się jednak winy kierującego autobusem i naruszenia przez niego przepisów drogowych.
Jak udało nam się dowiedzieć, kierowca autobusu tłumaczył, że jechał prawidłowo. Kobiety, która znajdowała się na przejściu nie zauważył.
Wersji poszkodowanej 40-latki nie potwierdziły również zeznania przesłuchiwanych świadków, dlatego śledztwo dotyczące wypadku zostało umorzone.
W uzasadnieniu śledczy stwierdzili, że "nie można jednoznacznie określić przyczyny zaistnienia wypadku drogowego, gdyż jest ona uzależniona od niedających się odtworzyć czynników, takich jak prędkość przekraczania jezdni i wysepki przez osobę pieszą, momentu zareagowania kierującego autobusem i prędkości pojazdu. W zależności od uznania wersji zaistnienia, możliwość uniknięcia wypadku mieli oboje uczestnicy".


Te argumenty rodziny pani Marioli nie przekonały. Sąd 20 kwietnia rozpatrzy ich odwołanie od umorzenia śledztwa.

Ten wypadek odbił się szerokim echem w Elblągu. Na forach internetowych pojawiały się różne wersje zdarzenia. Jedni twierdzili, że kobieta wtargnęła na czerwonym świetle, zagapiła się zajęta szukaniem rzeczy w torebce. Ale jeden z internautów twierdził, że widział całe zajście i kobieta według niego miała zielone światło.
— Gdyby nie ten wpis pewnie odpuściłabym tę sprawę — mówi Genowefa Sieprawska. — Tyle że dotąd nie udało nam się dotrzeć do tej osoby. Gazeta jest moją jedyną szansą.
Matce rannej kobiety udało się dotrzeć do dwóch świadków, których wcześniej nie przesłuchiwała policja. Prosi również o kontakt mężczyznę, który biegł obok autobusu, krzycząc i uderzając w drzwi pojazdu.
— To dzięki niemu autobus się zatrzymał — mówi Genowefa Sieprawska. — Ale ten pan spieszył się do pracy i nie został do przyjazdu policji.
Rodzina pani Marioli dała nawet ogłoszenie w prasie, w którym prosiła o kontakt świadków listopadowego wypadku.
— Zadzwonił tylko jeden mężczyzna, który chciał podjąć się mediacji przy staraniach o odszkodowanie, ale nam nie chodzi o pieniądze — mówi matka pani Marioli. — My chcemy ustalić jak było na prawdę. To się jednak nie uda, jeżeli inni będą lekceważyli takie sprawy — dodaje.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama