Reklama

Elbląg oczami wojennego rekruta

01/04/2016 11:26

Elbląg czasu wojny widziany oczami rekruta pochodzącego z dalekiej Hesji. To niewątpliwie ciekawa relacja, chociaż została sporządzona przez osobę, która wcześniej nie miała nic wspólnego z tym miastem, osobę, której przyszło spędzić 12 miesięcy w elbląskich koszarach, w wojennych latach 1943/1944.

Relację tę opublikował w 1991 r. pochodzący z Hesji Rudolf Hainer. Mimo tak znacznego upływu czasu od jego elbląskich przeżyć, relacja ta przynosi wiele ciekawych informacji i zaskakuje m.in. znajomością topografii ówczesnego Elbląga. Rudolf Hainer napisał: „Pod koniec września 1943 roku, wraz z kilkoma kolegami, z mieszanymi uczuciami, wystartowałem koleją do Elbląga. Był z nami m.in. rodowity wiedeńczyk Burkhard Link, mocno zresztą zmartwiony tą sytuacją, o którym później już nigdy nie usłyszałem. W Elblągu trafiliśmy do artylerii, aczkolwiek chcieliśmy zostać pancerniakami. Ale jak się okazało, ten przydział, dzięki Bogu, pozwolił nam przetrwać. Przybyłem do miasta, które z miejsca bardzo polubiłem, którego nie zapomniałem mimo upływu pięćdziesięciu lat, w którego murach poznałem dobrych ludzi i które to miasto tak tragicznie ucierpiało od wojny w 1945 roku…
[piano]
Po przybyciu do Elbląga udaliśmy się do Gdańskich Koszar Piechoty Wehrmachtu przy Mackensenstraße (Saperów). Tam otrzymaliśmy przydziały do różnych rodzajów broni i ponownie maszerując udaliśmy się do koszar artylerii gen. Gallwitza przy Dambitzerstraße (Grottgera). W ten sposób trafiłem do 1. baterii artylerii grenadierów pancernych w dywizji „Feldherrnhalle”. Każdy dzień był dla nas, rekrutów, niezwykle ciężki – ćwiczenia, musztra, służba, szkolenie, radości i troski. Dopiero po czterech tygodniach, i to pod nadzorem najstarszego z koszarowej izby, udaliśmy się do miasta. Otrzymaliśmy wskazówki, że dobrym lokalem jest „Café Vaterland” przy Starym Rynku 40, oraz że trzeba zobaczyć i zwiedzić Bramę Targową.

Elbląg był dużym miastem hanzeatyckim, jego staromiejskie kamienice zachwycały niezwykle bogatymi fasadami i szczytami, były tu bogate kościoły i cenne zabytki - miasto pod każdym względem do zakochania się. Skonstatowałem to później, i jeszcze dzisiaj moje myśli niekiedy tam wędrują. Gdy już mogłem samodzielnie wychodzić z koszar, odkryłem przy Hindenburgstraße (Bema) świetną piekarnię, gdzie za kartki na chleb, które przysyłała mi moja mama, dostawałem całą torbę pieczywa od miłej pani. Zawsze dawała mi więcej i domyśliłem się, że pewnie jej syn, w moim wieku, także jest w wojsku… Przysięga dla młodego rekruta jest zawsze doniosłym wydarzeniem. Moja przysięga miała miejsce 24 października 1943 r. Po tej uroczystości pomaszerowaliśmy w milczeniu do lokalu „Zameczek Nadzalewowy” w Suchaczu. Szefostwo baterii przygotowało nam tutaj fajny pobyt oraz świetną atmosferę.

W koszarach gen. Gallwitza każdy z nas przechodził szkolenie w zakresie obsługi lekkiej haubicy polowej 105 mm, osadzonej na pancernym podwoziu. Szczególnym przeżyciem było ostre strzelanie z przydzielonych nam karabinów. Udaliśmy się na poligon strzelecki „Seeteich” (po wojnie – Jeziorko), które znajdowało się w odległości trzech kwadransów marszu z naszych koszar, w kierunku północno-wschodnim. Strzelanie poszło mi bardzo dobrze i uzyskałem przepustkę specjalną, umożliwiającą wcześniejsze opuszczenie koszar i przebywanie poza nimi do północy. Udałem się więc do lokalu „Stadtgarten”, który leżał na skraju Placu Fryderyka Wilhelma (Plac Słowiański).

Tutaj stał wspaniały – nowy ratusz, z czerwonej cegły, ozdobiony bogatą fasadą, z wieloma wieżami i wieżyczkami. Przed nim w całej krasie pulsowało życie tego miasta. W przyziemiu ratusza znajdowała się restauracja – kawiarnia, największa w mieście. Często w niej bywałam z kolegami, by wypić dobrą kawę lub przydziałowe „wojenne piwo”. Lokal ten zawsze był pełen gości i działał do późnych godzin wieczornych. Byli w nim liczni wojskowi różnych szarż, a niektórzy z nich mieli nawet wysokie odznaczenia frontowe.

Do tańca grała miejscowa kapela, a szlagierami były takie melodie jak „La Paloma”, „Na pożegnanie powiedz mi cicho serwus” i „Wiem, że pewnego razu zdarzy się cud”. Kapela grała także piosenki marynarskie i oczywiście szlagiery w rodzaju „Lilly Marleen”. Melancholia płynąca od tych melodii wypełniała nasze serca. Było tu mnóstwo ludzi, całe rodziny, kobiety, panienki. Obok tej restauracji, w pasażu prowadzącym na Sturmstraße (Chmurna) był zakład fryzjerski, w którym pracowały młode fryzjerki. Chętnie tam chodziliśmy, gdyż podczas strzyżenia dotyk oraz ciepło ich delikatnych rąk, sprawiały nam radość.

Nasza bateria stawała się powoli militarnym monolitem, pierwsze cztery tygodnie poszły w zapomnienie, a my przyzwyczailiśmy się po prostu do służby. Ćwiczenia artyleryjskie pochłaniały nas coraz bardziej. Boże Narodzenie 1943 świętowaliśmy w koszarach. Urlopowani zostali tylko starzy służbą i mający rodziny. A dla nas, młodych żołnierzy, przygotowano bogato jadalnię oraz zapewniono dużo świątecznego pieczywa oraz naturalnie stosowną ilość wina (grzańca).
Pewnego wieczoru – alarm! W środku nocy, w pełnym rynsztunku wojennym udaliśmy się marszem do Pomorskiej Wsi. Noc była mroźna, a śniegu też było dużo. To był niezwykle wyczerpujący marsz, który trwał (tam i z powrotem) prawie cztery godziny. Nawet starzy wyjadacze nabawili się odcisków na stopach.

Później skierowano nas na ostre strzelanie artyleryjskie do Groß Born (Borne Sulinowo), po którym nasze szkolenie dobiegło końca. Zostałem określony jako ROB (Reserveoffizier-Bewerber), czyli kandydat na oficera rezerwy. Dalsze szkolenie odbywałem od lutego do czerwca 1944 r. w 3. baterii. Czas wolny spędzałem na ogół z Gerhardem i Günterem. Wiele razy kierowaliśmy się do świetnej restauracji w lesie miejskim - Bażantarnia, który wywarł na mnie niesamowite i niezapomniane wrażenie. Latem na sobotnio-niedzielny wypoczynek pływaliśmy statkiem do Krynicy Morskiej.

Później towarzyszyły już nam nasze dziewczyny. Były ciężkie czasy jeżeli szło o żywność, ale nasze koszyki zawsze były pełne tego, co trzeba mieć do zjedzenia i wypicia na plaży. Nigdy więcej nie znalazłem tak pięknej plaży, jak w Krynicy Morskiej, zacisznych kącików na wydmach, strzelistych sosen, białego piasku i wrzosowisk. Te widoki mam ciągle w sercu… Po zakończeniu szkolenia kandydata na oficera rezerwy, wróciłem znowu do 1. baterii. Byłem już w stopniu gefrajtra. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Z dniem 1 września 1944 r. zostałem awansowany na podoficera i z dumą obnosiłem srebrne lamety na rękawach munduru.

Jeszcze latem 1944 r. w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że katastrofa zbliża się do nas szybkimi krokami. A przecież nasz Wachtmeister Garsch tę całą sytuację ubierał w następujące słowa: „Laßt sie lieben, laßt sie küssen, wer weiß, ob sie nicht Morgen sterben müssen” - „Kochajcie się, całujcie się, kto wie czy jutro rano nie będziecie musieli umrzeć”.
Z początkiem jesieni zostaliśmy załadowani do wagonów i opuściliśmy Elbląg. Skierowano nas na front. Nasze dziewczyny stały na peronie i długo machały nam na pożegnanie swoimi chustkami…
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama