Reklama

Nadal czuję respekt przed indyjskim jedzeniem

19/08/2011 10:56

7 sierpnia obchodzony jest w Indiach dzień przyjaźni! Żałuję, że nie obchodzimy tego dnia w Polsce. Od rana przychodziły do mnie liczne wiadomości z życzeniami. A także słodkie upominki i przepyszne lody o smaku mango — pisze Dagmara Piektuowska, która do Indii poleciała na blisko dwa miesiące na wolontariat studencki organizowany przez AIESEC.

29 lipca

Odwiedziłam legendarne miasto Surat. To raj dla kobiet. Na każdej ulicy znajdziecie niezliczoną ilość sklepów z ubraniami oraz najwyższej jakości tkaninami. Ceny także są niezwykle korzystne. 
Do Surat przyjechałam z moim znajomym po skuter jego siostry. Podróż obfitowała w szereg nowych doświadczeń. Począwszy od jazdy lokalnym pociągiem, po podróż powrotną, na którą nigdy bym się nie zdecydowała w Polsce. 


O 6.45 znalazłam się w pociągu. Cena biletu w klasie studenckiej wynosiła 70 groszy! Warto dodać, że trasa liczy blisko 100 kilometrów. Mimo, że wcześniej spędziłam już na dworcu w New Delhi parę ładnych godzin, to ten widok wciąż mnie zdumiewa. Tłumy ludzi przebiegających przez tory, usiłujących wskoczyć do jadących pociągów. Wychudzone kobiety w kolorowych sari z niesfornymi dziećmi u boku. Bezdomne psy, żebracy, okaleczone dzieci.


Podróż minęła bez żadnych zakłóceń. Znaleźliśmy miejsce siedzące. Wiem jednak, że w innej klasie nie mielibyśmy takiego szczęścia, ani wiatraków zastępujących klimatyzację. 
Rodzina, do której przyjechaliśmy po skuter, mieszka w bloku. To były pierwsze bloki mieszkalne, jakie zobaczyłam w Indiach. Nie zdziwiłam się już jednak na widok krów wylegujących się w podziemnym parkingu. Tradycyjnie zostaliśmy poczęstowani herbatą oraz posiłkiem. Oczywiście pikantną herbatą z mlekiem i dużą ilością cukru.


Nadszedł czas powrotu. Dlaczego nie zdecydowałabym się na taki rodzaj podróży w Polsce? Zapewne dlatego, że takie rzeczy dzieją się tylko w Indiach. Ponaddwugodzinna podróż skuterem po ruchliwej autostradzie? Jeżeli kiedykolwiek widzieliście sposób poruszania się indyjskich kierowców, zrozumielibyście moje lęki. Tym bardziej, że ciężko jest tutaj o kask. Jednak widok kokosowych plantacji i pasących się wielbłądów, był wart tego ryzyka. W międzyczasie postanowiliśmy zjeść lunch w miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy. Jeżeli wyobrażacie sobie restaurację, jako klimatyczne miejsca z kolorowymi poduchami i lampionami, to niestety. Plastikowe stoliki i krzesła oraz cerata. Za to obłędne jedzenie, które kosztuje dosłownie grosze! Świetny sposób na spróbowanie lokalnej kuchni.

31 lipca

Odwiedziłam przytułek dla porzuconych dzieci i byłych dziecięcych prostytutek. Niestety, nikt nie znał angielskiego, więc nie mogłam tam pomagać. Znalazłam za to dodatkową pracę przy przygotowywaniu paczek z odzieżą oraz żywnością dla więźniów. W Indiach trudno jest cokolwiek powiedzieć o opiece penitencjarnej. Nie sądziłam, że widok indyjskiego więzienia (jedynie na zdjęciach ) może mnie tak zszokować. A raczej warunki, w których przebywają ludzie.


Przez tygodnie mojego pobytu brałam udział w zajęciach tanecznych dzieci, z którymi pracuję. Wspólnie przygotowywaliśmy choreografię na festiwal dla osób niepełnosprawnych, który odbył się w Barodzie. Zdobyliśmy pierwsze miejsce. 
Ja jednak miałam się o tym dowiedzieć dopiero nazajutrz. Dlaczego? Otóż dopadła mnie "monsunowa infenkcja". Już wcześniej nie czułam się zbyt dobrze i odwiedziłam lekarza sądząc, że jest to typowo turystyczne zatrucie pokarmowe.


1-6 sierpnia

Diagnozowane zatrucie pokarmowe, okazało się zaraźliwą infekcją. Moi indyjscy znajomi też zaczęli chorować. Szpital, USG, pobieranie krwi? Przecież nie mogłam mieć, aż takiego pecha. Wylądowałam w szpitalu. Plusem jest to, że w prywatnej klinice miałam osobny pokój i telewizor. Względny spokój i faszerowanie kroplówkami oraz starymi, amerykańskimi filmami skutecznie odrywa od rzeczywistości. W tamtych chwilach dziękowałam także za laptopa z pokaźnym folderem ebooków.


Pozwalało mi to także ignorować pytanie „co jeść”. Nadal czuję respekt wobec indyjskiego jedzenia, pomimo tego, że jak się okazało złapanie wirusa nie miało z wiele wspólnego ze smakowaniem ich specjałów. Przeżyłam miłe zaskoczeniem szybkim załatwieniem płatności za szpital przez moją firmę ubezpieczeniową (wiwat karta euro26 world!).
Dagmara Piekutowska

Przeczytaj pierwszą część: "Nie zakochałam się w Indiach od pierwszego wejrzenia"

Dagmara Piekutowska. 
20-letnia elblążanka, studiuje pracę socjalną na Uniwersytecie Śląskim. Do Indii poleciała na blisko dwa miesiące na wolontariat studencki organizowany przez AIESEC.


Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama