Reklama

Powiedzenia z dawnego Elbląga

22/01/2016 10:59

Lepiej umrzeć z głodu na Wysoczyźnie Elbląskiej, niż dać się zatopić na Żuławach. To jedno z wielu regionalnych powiedzeń, jakie znane były w przedwojennym Elblągu.

Przysłowia, powiedzenia, slogany i porzekadła, czy też znane cytaty często zapadają nam w pamięć. Niektórzy mówią, iż są one mądrością narodu. Są to na ogół zdania utrwalone w tradycji ustnej, które ujmują w alegoryczno - obrazowej formie jakąś myśl, wskazówkę, przestrogę lub wyśmiewają wady ludzkie.
Podobnie było w Elblągu, gdzie również funkcjonowały miejscowe i regionalne powiedzenia. Wiele z nich odnosiło się do sytuacji występujących w codziennym życiu, do znanych osób, przywar ludzkich, pogody, a nawet krajobrazu, jak na przykład znane „lepiej umrzeć z głodu na Wysoczyźnie Elbląskiej niż dać się zatopić na Żuławach”. A oto inne, po przetłumaczeniu na język polski i dopasowaniu rymu. [piano]

Dawniej też byli „ludzie dobrzy, źli i elblążanie” - jak odnotowano na banknotach pieniądza zastępczego w Elblągu w latach kryzysu światowego. Nic dziwnego, iż o tych złych mówiono – „Im bliżej śmierci, tym każda kanalia staje się jeszcze gorsza”. Gdy ktoś odkładał wszystko na ostatnią chwilę z politowaniem mówiono - „gdy żebrak sposobi się na żebry, to ceruje swój żebraczy worek”, w wersji polskiej „pali się, a ten kopie studnię by dostać się do wody”.

Krowy, bydło domowe miało kiedyś o wiele większe poważanie i znaczenie niż dzisiaj. Stąd powiedzenie – „żadna to szkoda, gdy ciotki umierają, jest o wiele gorzej, gdy krowy padają”. Elbląg, należący do Prus Zachodnich, został po 1922 r. przyporządkowany administracyjnie do Prus Wschodnich (Ostpreußen). Gauleiterem z ramienia NSDAP w prowincji wschodniopruskiej po 1933 roku był znienawidzony w ostatnich miesiącach wojny Erich Koch. A przecież rzeczownik „Koch”, to po niemiecku kucharz. Tym samym nawiązując do znanego powiedzenia „gdzie kucharek sześć – tam nie ma co jeść”, na temat E. Kocha powstało powiedzenie: „Gdy jest dużo kucharzy (niem. Köche), zepsują każdą zupę, a tu akurat jeden kucharz (niem. Koch) zepsuł całe Prusy Wschodnie”. Gdy pojawiała się osoba, która irytowała swoich zachowaniem otoczenie, mówiono do niej: „Idź lepiej gęsie łajno widłami na łące rozrzucać”, po polsku: Nie masz co robić, to idź na szczaw komary dusić.

Znane jest powiedzenie, że „człowiek nie świnia, wszystko zje” – w wersji niemieckiej (elbląskiej) brzmiało: „Wszystko jest ludzkie, tylko to, co robi knur jest świństwem”. Nasze powiedzenie „no to jedźmy panie Zielonka z tym koksem!” w Elblągu funkcjonowało jako „no to ruszamy ! - powiedział kataryniarz i pchnął swoją katarynkę do przodu”. Szacunek dla starszych, dla kobiet był na kulturalnym poziomie, ale teściowa nie miała także dawniej dobrego „pijaru ”i przedstawiano ją w prześmiewczej formie, dowcipkowano itd. W języku łacińskim znane jest „Seniores priores” (starsi maja pierwszeństwo), a w okolicy Elbląga? – „Starsi maja pierwszeństwo, powiedział młody zięć i popchnął teściową do grobu”…

Gdy ktoś powiedział „a”, a nie powiedział „b”, to mówiono – „przeszedłeś przez psa, przejdź i przez jego ogon”. Mieszkańcy, jak to mieszkańcy: u jednego w obejściu był wzorowy porządek, a u drugiego „pajęczyna aż po szczyt dachu” (niem. Spiennen bis unter den Dachfirst).
Często na pytanie jak ci leci? – odpowiadamy: Całą rurą! – w Elblągu było to: „zimą kaszel, latem sraczka”.
Wśród naszych sąsiadów zza Odry zdarza się, że publicznie „puszczają wiatry” lub po prostu bekają. Dawniej było podobnie. Ale gdy ktoś nieopatrznie zbyt głośno „puścił wiatry” mówiono – „cicho, bo w tyłku ryczą ropuchy i będzie brzydka pogoda”.
Mówimy „duży jak brzoza, a głupi jak koza”. W wersji elbląskiej było to: „Wyrósł wysoki, a głupi jak maciora Kamińskiego” (niem. Groß angeben, aber dumm wie Kaminski’s Sau). Gdy coś poszło nie tak i źle się działo, mówiono: „Bydło poszło w żyto, a byki w pszenicę”, czyli nasze „pomieszanie z poplątaniem”.

Bywało też, że ktoś bezkrytycznie naśladował kogoś innego. U nas mówiono i mówi się (jak w komedii „Sami swoi”), że „konia podkuwają, a żaba nogę nadstawia”, natomiast w elbląskich okolicach było to – „kiedy krowę gryzie giez, to druga z sympatii podnosi ogon”. Gdy ktoś był niezwykle uparty, a wiedząc że nie ma absolutnie racji, pozostawał przy swoim zdaniu (szedł w zaparte) mówiono: „Jak nie to nie panie pastorze, więc idziemy do domu niepoślubieni i nazwiemy naszego chłopczyka „Elżbietką” (niem. Wenn nicht denn nich Herr Pfarrer, dann gehn’n wir ungetraut nach Haus’ und lassen den Jung „Lieschen” heißen).

W napiętej sytuacji, gdzie jednak jej koniec miał nadejść szybko i pozytywnie, mówiono: „Spokojnie, letni deszcz i taniec staruszki nie trwają długo”. Do kogoś, kto miał problemy z pływaniem mówiono: „Pływasz jak ołowiana kaczka” – to oczywiście nasze „pływasz jak siekiera”.

Byli też skąpcy, którzy niekiedy ujawniali się jako fałszywi dobroczyńcy. O takich mówiono: „Macie, macie – ale nie dajecie nic, a jak dacie to robicie krzywy ryj” (niem. Haben, haben, aber geben geben się nuscht, und wenn Guben, machen sie schiefe Mäuler).
„To jest olej dla duszy” (niem. Das ist Öl für Seel) – mówiono, gdy wypito kieliszek dobrej wódki, czyli nasze „miód na serce”.
Jak wspomniano już, zwierzęta w dawnych czasach miały inne znaczenie i otaczano je gospodarską troską. Tak więc o krowie, koniu, czy świni, które po chorobie nabierały apetytu mówiono: „bydło, które opróżnia żłób do wszystka – nie potrzebuje weterynarza”.

Dawniej pracowano ciężko, ponieważ nie było takiej techniki użytkowej jak dzisiaj. Ale też zdarzyli się pospolici lenie. Gdy wyciągali rękę po pieniądze, odpowiadano im: Ohne Fleiß kein Preis – czyli „bez pracy nie ma kołaczy”.
O kimś, kto był dobrze przyjmowany i umiał wszystkich zabawić mówiono „Die Seele vons Janze”, a więc dusza towarzystwa. Gdy ktoś zaś mówił kompletne bzdury i bezczelnie kłamał, mówiono: „Aha, cicho jak w kościele w Płonnem”, w nawiązaniu do wsi Płonne k. Młynar, gdzie od zarania myślano o budowie kościoła, a nigdy go nie wybudowano.

Dr Fritz Leser był ostatnim nadburmistrzem Elbląga. Jak mówiono, z okna swego pokoju w ratuszu widział 23 stycznia 1945 r. około godziny 18 przetaczające się ulicą Rycerską czołgi kpt. G. Diaczenki. Ale wracając do urzędniczej dyscypliny i przestrzegania tajemnicy służbowej (była wojna). Nadburmistrz F. Leser dyktował pewnego razu swojej sekretarce pismo okólne. „Proszę napisać w nagłówku: Ważne, koniecznie przeczytać! - by wszyscy urzędnicy się zapoznali”, a sekretarka na to: Hm, a nie będzie lepiej jak napiszemy „Ściśle tajne?” – przecież zna Pan swoich współpracowników…
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama