Reklama

Prawdziwa lekcja życia w rosyjskim Petersburgu

30/09/2011 11:31

Dzieci miały od 10 do 12 lat. Wszystkie były niepełnosprawne i głęboko upośledzone, z różnymi dodatkowymi wadami - niewidome, niemówiące, niechodzące. Pomagałam w przygotowaniu zajęć plastycznych, muzycznych, wspierałam dzieci, ponieważ nie były samodzielne — opowiada Anna Tokarewicz, uczestniczka wolontariatu europejskiego EVS, w ramach którego spędziła rok w Petersburgu (Rosja).

— Skąd pomysł na wyjazd do Rosji?
Anna Tokarewicz: — Już w czasach liceum byłam zainteresowana Rosją. Na początku „kręciła” mnie sama gramatyka języka rosyjskiego, a później zainteresowanie przerzuciło się na kulturę rosyjską w ogóle. W dalszej kolejności studia - filologia wschodniosłowiańska. Tam miałam koleżanki, które już wcześniej wyjeżdżały na wolontariat do Petersburga w ramach projektu European Voluntary Service, czyli na Wolontariat Europejski. Ich opowieści mnie zachęciły. Co prawda jakieś obawy się pojawiały – Rosja to przecież mimo wszystko obcy kraj. Ale słuchając dziewczyn, które wcześniej już tam były i pracowały, nabierałam pewności, że wyjeżdżając do Rosji, podejmuję dobrą decyzję. Oczywiście sama specyfika wolontariatu socjalnego, czyli praca w rosyjskich domach opieki społecznej i w domach dziecka, przerażała mnie już na wstępie. I gdyby nie to, że koleżanki ze szczegółami opowiadały o swoim pobycie w Rosji, miałabym wątpliwości, czy tam pojechać. One jednak przetarły szlaki, a potem już jakoś poszło.

— A czemu akurat praca z dziećmi? Skończyłaś przecież całkiem inny kierunek studiów.

— Decyzja o wyborze akurat takiego projektu nie była łatwa - dwa lata się zastanawiałam. Na początku hamowała mnie myśl, że to jednak cały rok i jeśli już się zdecyduję, to nie ma odwrotu. Bo projekt jest taki, że jeśli podpisujesz umowę, to, oczywiście możesz wrócić, ale jednak lepiej, aby to nie były błahe powody. W grę wchodziły jedynie problemy rodzinne, kłopoty ze zdrowiem, tego typu...

— Czym się w Rosji zajmowałaś?

— Ponieważ już na pierwszym seminarium przygotowawczym określiłam, że chcę pracować właśnie z dziećmi, trafiłam do szkoły specjalnej. Pracowałam w trzeciej klasie, w której panowała kameralna atmosfera: pięcioro dzieci, trzech, czasami czterech opiekunów - w zależności od typu zajęć. Dzieci miały od 10 do 12 lat. Wszystkie były niepełnosprawne i głęboko upośledzone, z różnymi dodatkowymi wadami - niewidome, niemówiące, niechodzące. Byłam pomocą pedagoga - pomagałam w przygotowaniu zajęć plastycznych, muzycznych, wspierałam dzieci, ponieważ nie były samodzielne. Każde dziecko musiało współpracować z osobą dorosłą. Wszystko, cokolwiek robiliśmy, robiliśmy ich rękami - np. myliśmy im zęby, rączki, przewijaliśmy itp. Cały czas musiałam pracować z dzieckiem. Jakiekolwiek zajęcia to nie były, należało dziecko przytrzymać, ustawić mu rączki w konkretną stronę i pomagać. Były takie, które same potrafiły np. przytrzymać drobne przedmioty w rękach. Przeważnie jednak dzieci były na tyle słabe, że trzeba je było nieustannie wspierać, łącznie z dosłownym oparciem, aby mogły prosto siedzieć na zajęciach. To była bardzo ciężka fizyczna praca - trzeba było dzieciom kilka razy dziennie przebierać pieluszki, trzeba było myć im ząbki... Czyli takie typowe domowe obowiązki. Łącznie z karmieniem, bo dzieci nie były w stanie jeść same.
Cały czas nam przy tym powtarzano, abyśmy nie nastawiali się, że osiągniemy jakieś efekty w pracy z nimi. Mieliśmy pracować z jednym dzieckiem i na nim się skupiać, poświęcając jednak również czas innym.

— Jakie są Twoje najgorsze wspomnienia z tej pracy?

— Huśtawka nastrojów. Na początku mojej pracy, w przeciągu dnia, kilka razy zmieniały mi się nastroje. Począwszy od euforii, że jest super, ekstra, że lubię tę pracę, aż po chwile, gdy miałam wszystkiego dosyć. To wszystko ustabilizowało się chyba dopiero po mniej więcej dwóch miesiącach. Ale szczerze przyznam, że dopiero po roku zaczęło mi się dobrze pracować. Zaczęłam chyba po prostu czuć tę pracę, zaczęłam przytulać dzieci, one zaś zaczęły się do mnie uśmiechać - i to chyba na mnie najbardziej podziałało.


— O czym musi pamiętać osoba, która po raz pierwszy angażuje się w tego rodzaju wolontariat

— Na pewno musi wziąć pod uwagę fakt, że jest to praca z osobami niepełnosprawnymi. W naszej grupie (polskich wolontariuszy) nikt nie miał bliższego kontaktu z niepełnosprawnymi. Zatem zostaliśmy od razu wrzuceni na głęboką wodę. Do tego dochodzą dodatkowe bariery, jak np. bariera językowa.


— A co wyróżnia pracę w tego typu ośrodku w Rosji, od pracy np. w Polsce?

— Przede wszystkim warunki bytowania. Mówiąc to nie mam na myśli ośrodków wspieranych przez organizację Perspektywy, która była organizacją przyjmującą. Tam rzeczywiście warunki były bardzo dobre. Natomiast w ośrodkach państwowych warunki były bardzo kiepskie. Ci, którzy wcześniej tam pracowali mówią, że i tak warunki poprawiły się, od kiedy zaczęli przyjeżdżać zagraniczni wolontariusze Wcześniej wolontariuszy nie było tam wcale. Dzieci, jak np. w domu dziecka, leżały cały czas w łóżeczkach, nikt ich nie wyjmował, nikt się z nimi nie bawił, nikt nie przytulał. Jedyne czynności, jakie były przy tych dzieciach wykonywane, to karmienie. Do tego raz, góra dwa razy dziennie były przewijane.

— Jak wyglądało Wasze życie poza pracą?

— Niestety, na początku bardzo dużo rozmawialiśmy o pracy. Obrazy, które zobaczyliśmy w ośrodkach, bardzo na nas podziałały. To była naprawdę bardzo ciężka niepełnosprawność. Nasi chłopcy (polscy wolontariusze) byli cały czas zestresowani. Mówiłyśmy im: "dajcie spokój, nie mówmy o tym". Ale czasami nie dało się żyć inaczej, zwłaszcza, gdy współlokatorka (też wolontariuszka), z którą mieszkasz, przychodzi do domu i mówi, że w jej grupie zmarło dziecko.
 Dopiero później zaczęliśmy prowadzić aktywne życie kulturalne. Dużo zwiedzaliśmy. Chodziliśmy po klubach, galeriach, kinach, teatrach. Najpierw głównie w swoim towarzystwie, później poznawaliśmy inne osoby.
Rozmawiał: Tomasz Franciuk, Stowarzyszenie Elbląg Europa


Regionalny Punkt Eurodesk Elbląg zaprasza młodych do siedziby przy ul. Warszawskiej 55 (budynek CWT) – tel. 607 523 385, mail: [email protected]. Wiadomości dostępne są również na naszej stronie internetowej pod adresem http://www.atomywsieci.pl/eurodesk/. Punkt działa w ramach projektu Eurodesk Eurowolontariat.
 Zadanie zostało zrealizowane przy wsparciu finansowym Samorządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego.


Pomoc drugiemu człowiekowi jest wartością samą w sobie, a jej niesienie bezcenne.
Z okazji Europejskiego Roku Wolontariatu trwa konkurs. Wybieramy wolontariusza miesiąca oraz wolontariusza roku. Wolontariusze, zgłaszajcie się do nas, piszcie o sobie na adres [email protected]
Jeśli znacie kogoś, kto jest wolontariuszem, zgłoście go do naszego konkursu. Czekają atrakcyjne nagrody.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama