Reklama

Skarb z klasztornego dziedzińca

11/12/2015 12:04

Jeszcze nie przebrzmiały echa „złotego pociągu” koło Wałbrzycha, a już głośno jest o skarbie monet znalezionych na Podlasiu podczas budowy autostrady A-8. Okazuje się, że także w historii Elbląga nie brakowało sensacyjnych odkryć.

Jeszcze nie przebrzmiały echa „złotego pociągu” koło Wałbrzycha, a już głośno jest o skarbie monet znalezionych na Podlasiu podczas budowy autostrady A-8. W tej sytuacji wypada przypomnieć dawne elbląskie skarby z Muzeum Miejskiego, a przede wszystkim skarb numizmatyczny znaleziony na terenie klasztoru podominikańskiego.
Przed wojną każdy interesujący się historią swego miasta elblążanin wiedział, że w piwnicy renesansowej kamienicy przy ul. Świętego Ducha 3 znajdował się skarbiec, w którym przechowywano najcenniejsze eksponaty działającego tutaj od 1925 r. Muzeum Miejskiego. Jego dyrektorem został prof. Bruno Ehrlich. Zresztą, samo wyposażenie tego muzeum było niezwykle cenne i bogate. Dlatego do przylegającej kamienicy nr 4 wykonano przejście i zgromadzono w niej eksponaty związane z historią miasta. Jak napisano w wielu relacjach, były tu skarby ze złota i srebra, między innymi pokryte złotem srebrne kufle elbląskich cechów, świeczniki ołtarzowe i złote kielichy mszalne ze starych kościołów. [piano] Ale przede wszystkim była tu kolekcja ponad 400 złotych i 300 srebrnych monet – numizmatyczny skarb, który został odkopany w 1931 r. w piwnicy domu znajdującego się na dziedzińcu klasztoru podominikańskiego (dzisiaj Galeria El). Każdej niedzieli skarb ten wystawiano na widok publiczny w szklanej gablocie. Ze skarbca przynosił go emerytowany nauczyciel - konrektor Paul Pahnke, który po zamknięciu muzeum z powrotem go tam deponował. W 1934 r. asystentem prof. B. Ehrlicha został młody archeolog Werner Neugebauer, który w 1938 r. został dyrektorem muzeum. To właśnie on odkrył na Polu Nowomiejskim resztki osady wikińskiej i przyjął iż jest to poszukiwana od lat osada Wikingów – Truso.
W latach 1932-1940 Muzeum Miejskie opierało swoją działalność przede wszystkim na ekspozycji znalezisk archeologicznych. Eksponatów było dużo i ciągle ich przybywało, a fakt ten zawdzięczono w głównej mierze… nazistom! Otóż po 1933 r. nastąpił wielokierunkowy, przestrzenny rozwój miasta, budowano nowe osiedla, koszary, ulice, drogi i autostrady. W czasie tych prac, podobnie jak dzisiaj przy budowie wspomnianej wyżej autostrady A-8, znajdowano cenne przedmioty z dawnych czasów. W muzeum eksponowano m.in. prehistoryczny skarb z Suchacza, odnoszący się do czasów tzw. kultury ceramiki sznurowej. W jego skład wchodziła chata, której wizerunek z opisem prof. B. Ehrlicha można było oglądać jeszcze w latach 80. w Britisch Museum w Londynie! Profesor sporządził obszerny opis tego znaleziska, z rysunkami, zdjęciami itd. Ta bezcenna dokumentacja znajdowała się w czasie walk o Elbląg w specjalnej aktówce. Po zajęciu muzeum sowieccy żołnierze znaleźli ją i ze słowami „nazi, nazi” doszczętnie zniszczyli. Tragiczny los spotkał także prof. B. Ehrlicha, który zginął w drodze do domu trafiony odłamkiem granatu.
Wracając do numizmatycznego skarbu z 1931 r. wykopanego na dziedzińcu kościoła NMP. To prawdziwa i ciekawa historia, więc warto ją przedstawić. W domach przylegających do klasztornego muru mieszkał wówczas m.in. głuchoniemy Paul Trautmann ze swoją matką, po mężu Hohmann. Miał niespełna 18 lat i z zawodu był szewcem. Pewnego razu matka zleciła mu, by wybudował w piwnicy piec do ogrzewania mieszkania w porze zimowej. Tenże wziął się wartko do pracy. W piwnicy musiał zrobić większą przestrzeń, a przede wszystkim oczyścić ją z rumowiska. Pewnego dnia podczas prac porządkowych znalazł starą obrączkę. Znalezisko to przebudowało całkowicie tok myślenia młodego szewca. Był przekonany, że znajdzie tu jakiś skarb, więc przeszukiwał każdy kąt - centymetr po centymetrze. I wreszcie pewnego niedzielnego poranka jego wysiłek został nagrodzony. Znalazł duży garnek gliniany, który wyglądał jak urna. Chciał go unieść w górę, ale ten okazał się za ciężki. Poruszony znaleziskiem, pokazał go swojej matce. Ta niezwłocznie sprowadziła z sąsiedztwa do pomocy dwóch młodych mężczyzn. Wkrótce gliniany garniec wyniesiono na podwórze. Tu okazało się, że jego otwór jest zamknięty i pokrywają go jakieś pożółkłe, nieczytelne litery. Gdy go otworzono, oczom obecnych na podwórcu ukazały się złote i srebrne monety. Zawartość wysypano z szumem na ziemię i wkrótce srebrne monety wypełniły wiadro do wody, a złote pudełko na cygara! Oczywiście o znalezionym skarbie zameldowano tam, gdzie trzeba. Numizmatycy ustalili, że wszystkie monety pochodziły z okresu szwedzkiej okupacji Elbląga, a więc z pierwszej połowy XVII w. Głuchoniemy Paul Trautmann otrzymał znaleźne w wysokości 20 tysięcy marek i wnet z ubogiego szewca stał się bogatym człowiekiem. Jednakże matka nie pozwoliła mu spocząć na laurach i skierowała go do pracy w dobrym warsztacie szewskim przy ul. Świętego Ducha. Uzyskane z nagrody pieniądze pozwoliły obojgu prowadzić dostatnie życie. Ale nie za długo. Nagłe bogactwo nie przyniosło jednak szczęścia młodemu szewcowi. Stał się melancholijny, niekiedy wręcz ponury. Próbował rozstać się z życiem. Jego znajomi zaczęli mówić, że nad skarbem ciąży jakaś klątwa. Pewnego razu będąc w ciężkiej depresji – powiesił się. Ponieważ nie był jeszcze pełnoletni, jego matka została jedyną spadkobierczynią. Jednakże samobójca pozostawił testament, w którym napisał, że chciałby mieć duży, wymurowany grobowiec, podobny do tych, jakie mają bogaci mieszkańcy miasta. Matka była prostą kobietą i pochowała syna nad wyraz skromnie na cmentarzu św. Marii (przy obecnej ul. R. Traugutta). Wkrótce zaczęła miewać sny, w których pojawiał się jej syn z pytaniem o swój grób. Być może gryzło ją sumienie za to, że zlekceważyła jego testament i teraz nie zazna spokoju. Spokój ducha odnalazła dopiero wtedy, gdy u dobrego kowala zamówiła i postawiła na grobie syna duży żeliwny krzyż… Krzyż ten stał jeszcze wiele lat po wojnie.
A tymczasem skarb monet został zdeponowany w skarbcu elbląskiego muzeum przy ulicy Św. Ducha 3. W czasie wojny dwie złote monety znalazły się w posiadaniu pewnego elblążanina, który po 1945 r. wywędrował do USA. Nie wiadomo czy pochodziły one ze „znaleźnego”, czy ze skarbca muzeum. Wiele lat po wojnie jedna z tych złotych monet wróciła do… Elbląga ! W 1995 r. za kilkadziesiąt tysięcy marek została kupiona na giełdzie numizmatycznej w Osnabrück i trafiła do kolekcji Hansa Pfau. To złoty dukat elbląski (1658 r.) z czasów króla Jana Kazimierza. Jego dzisiejsza wartość to grubo powyżej pięćdziesięciu tysięcy euro. Od 2013 r. dukat ten można było oglądać na wystawie numizmatycznej w elbląskim muzeum. Kamienica nr 3 przy ul. Św. Ducha została w czasie wojny zniszczona i zachowała się z niej częściowo fasada. Na początku lat 90. ubiegłego stulecia została odbudowana i dzisiaj z sąsiednią tworzą tzw. Kamieniczki Staromiejskie. W czasie jej odbudowy, począwszy od fundamentów, nie natrafiono jednak na numizmatyczny skarbiec. Może skarb ten czeka na kolejnych poszukiwaczy?
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama