Reklama

Wspomnienia z celi śmierci doktora z Pasłęka

01/12/2017 12:21

Doktor Emil Mertens był dyrektorem szpitala w Pasłęku w latach 1927-1943. W trakcie II wojny światowej został skazany na śmierć.

Pasłęcki szpital powiatowy w 2010 r. obchodził swoje 150-lecie. Spośród wielu spotkań, wręczenia dyplomów i odznaczeń, odbyła się jubileuszowa uroczystość, podczas której wygłoszony został referat na temat dziejów tego szpitala. Istotną częścią tego referatu, wygłoszonego przez niżej podpisanego, była działalność ostatniego, przedwojennego, dyrektora tego szpitala – dr Emila Mertensa.

Dr Mertens był chirurgiem z wykształcenia i pochodził z dzielnicy Hamburga – Altony, a z 1 stycznia 1927 r. został dyrektorem Szpitala Joannitów w Pasłęku. Po napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, jako lekarz w stopniu kapitana, brał udział w kampanii wrześniowej, a następnie 1 listopada 1939 r. wrócił do Pasłęka. Był dobrym lekarzem, lubianym przez podlegający mu zespół. Nic nie zapowiadało, że wkrótce jego osobiste życie przybierze tak dramatyczny charakter.

A zaczęło się od tego, gdy pod koniec lipca 1943 r. skierowano do pasłęckiego szpitala ponad 30 ciężarnych kobiet z bombardowanego nieustannie Berlina. Kobiet tych dr Mertens nie mógł we właściwy sposób przyjąć i przy tej okazji pozwolił sobie wyrazić głośno opinię, że „ewakuacja stolicy jest złym znakiem, czyli wojna będzie wkrótce przegrana”. Te słowa dotarły do uszu pewnego młodego lekarza – Petera Klingsiek, który z uwagi na poważny uraz głowy nie był powołany do Wehrmachtu, ale za to okazał się być zaciekłym SS-manem. Zadenuncjował natychmiast dr Mertensa, a królewieckie gestapo zatrzymało go pod zarzutem siania defetyzmu i osadziło w słynnym berlińskim więzieniu Moabit, w którym hitlerowcy wykonywali wyroki śmierci przez ścięcie toporem lub na gilotynie.

10 czerwca 1944 r., kierowany przez osławionego dr Rolanda Freislera, berliński Volksgerichtshof skazał dr Emila Martensa na śmierć. To właśnie on skazywał na śmierć spiskowców, którzy 20 lipca 1944 r. dokonali zamachu na Adolfa Hitlera w Gierłoży pod Kętrzynem. Podobno za zatrzymaniem dr Mertensa miał stać urodzony w Lęborku gen. SS Erich von dem Bach-Zelewski, który wcześniej w ramach „nocy długich noży” załatwiał swoje prywatne porachunki, o których dr Mertens wiedział. Skazany siedział więc 11 miesięcy w celi śmierci więzienia Moabit oraz w Brandenburgu i czekał na wykonanie wyroku śmierci zaplanowanego na 20 kwietnia 1945 r.

Dr Mertens napisał w swoich wspomnieniach: (…) Po południu 8 czerwca 1944 r. wylądowałem w celi nr 614, skrzydło E, Zakład Karno-Śledczy Moabit w Berlinie, jako skazany przez Volksgerichtshof i jego przewodniczącego Freisslera na karę śmierci. Zabrano mi wszystkie rzeczy osobiste łącznie z grzebieniem i szczotką do zębów. Z rękami zakutymi w żelazo wylądowałem w odstręczającej celi, gdzie okna były zniszczone, a na podłodze leżały brudne resztki materacy. Nie byłem tu długo sam. Wnet rozległ się zgrzyt klucza w drzwiach celi i wszedł stary, bardzo nędznie wyglądający mężczyzna z głębokim głosem, który robił bardzo przygnębiające wrażenie. Był „świeżo” skazany na śmierć. „Do trzech razy sztuka” pomyślałem, gdy wkrótce dokooptowano nam mężczyznę w średnim wieku. Był całkowicie stłamszony i przybity otrzymanym wyrokiem śmierci. Zaraz po jego wejściu dostaliśmy na kolację zupę grysikową.

Wkrótce poznaliśmy się. Starszy mężczyzna był krawcem i pochodził ze wsi Kraschen (Chróścina), Kreis Guhrau (miasto Góra niedaleko Głogowa) na Śląsku i nazywał się Gotthold Langer. Zaczął opowiadać. Otóż nie tak dawno dwaj 14-letni chłopcy z pobliskiego obozu Hitlerjugend przynieśli mu odzież do naprawy. Podczas rozmowy krawiec opowiedział im o swoich dwóch synach i zięciu, którzy zostali ciężko ranni albo zaginęli bez wieści i dodał, że szkoda iż tacy młodzi stają po stronie sprawy, która jest beznadziejna. Ci dwaj natychmiast zameldowali, gdzie trzeba i wnet krawiec został aresztowany, a na podstawie zeznań tych dwóch z HJ został skazany na śmierć.

Drugi „kandydat na śmierć” z celi był urzędnikiem obwodowym, na którego obszarze znajdował się zakład śledczy i nazywał się Paul Franke. Był ofiarą swojej namiętności. Otóż sprzedał powierzone mu urzędowo kartki żywnościowe, a dochód ze sprzedaży przeznaczył na wyścigi, zakłady i inne uciechy. Uznany został za „hańbę narodu”. Nie miał żadnej szansy żyć dłużej niż parę godzin.
Moja pierwsza „noc w żelazie” była niespokojna. Krawiec dostał rozwolnienia i nie mógł, mając związane ręce, dobrze ściągnąć swoich spodni. Tym samym zabrudził kałem nie tylko podłogę, ale i materac. Widząc to urzędnik obwodowy zupę grysikową po prostu zwymiotował. Nie mogłem wiele spać. Ledwie nastał świt, usłyszałem zgrzyt klucza w drzwiach i biedny urzędnik został zabrany na wykonanie wyroku w więzieniu Plötzensee.

Na szczęście my dwaj pozostaliśmy tylko na jedną noc w tej obrzydliwej celi. Po południu przeniesiono nas do leżącej naprzeciwko celi, która była lepsza i miała szyby w oknach. Miała nr 613. Było tu nawet łóżko opadające – zamocowane do ściany i obciągnięte kratkowaną pościelą. Łóżko zajmował szczęśliwiec, mocno zbudowany blondyn, z piękną brodą i przyjemnymi, niebieskimi oczami. Był to mistrz blacharski z Berlina-Friedrichshain i nazywał się Müller. Miał ok. 50 lat. Innym osadzonym był ok. 30-letni młodzian, który powitał mnie jak dobrze wychowany człowiek, wstając i przedstawiając się: Werner Burkert, hurtownik papieru z Berlina – Lichtenberg.

Ciąg dalszy tej historii za tydzień w „Dzienniku Elbląskim”.
Lech Słodownik

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama