Reklama

Alarm lotniczy w Elblągu

25/03/2016 11:28

Do dzisiaj historycy nie mogą jednoznacznie ustalić, dlaczego w czasie II wojny światowej Elbląg nie był bombardowany przez lotnictwo alianckie, w sytuacji, gdy takie naloty miały miejsce na położne w pobliżu Królewiec, Gdańsk, Gdynię czy dwukrotnie na montownię samolotów Focke-Wulf w Królewie Malborskim.

Pierwszych bombardowań Elbląg doświadczył dopiero w czasie walk o miasto na początku lutego 1945 r. i odbyły się one za sprawą lotnictwa sowieckiego. Jakby nie mówiąc, to niecodzienna sytuacja, ponieważ Elbląg był wielkim ośrodkiem przemysłowym i drugim co do wielkości miastem w prowincji wschodniopruskiej. W Elblągu pracowało podczas wojny dziesiątki robotników przymusowych, jeńców wojennych oraz przedstawicieli innych narodowości i z pewnością wywiad koalicji antyhitlerowskiej miał stosowną wiedzę na temat tutejszego potencjału przemysłowego.

Tym bardziej, że lotnictwo alianckie kilkakrotnie przelatywało dosłownie nad przedmieściami Elbląga. Pierwszy raz już 9 października 1943 r., gdy amerykańska 8 flota powietrzna zbombardowała montownię samolotów Focke-Wulf w Królewie Malborskim, a drugi raz, gdy powtórzyła bombardowanie tych zakładów 4 kwietnia 1944 r. O Elbląg „ocierały” się dosłownie setki brytyjskich samolotów biorących udział w dywanowych nalotach na Królewiec w nocy z 26 na 27 i w nocy z 29 na 30 sierpnia 1944 r. [piano]
Jeden z dawnych mieszkańców Elbląga opowiadał, jak to pewnego dnia wzdłuż rzeki Elbląg przeleciał dosyć nisko angielski samolot i zrzucił ulotki o treści: „Elbing lieg so tief im Loch, aber finden tun wir’s einmal doch !”, czyli „Wprawdzie Elbląg leży głęboko w dziurze, ale pewnego razu go znajdziemy!”

Już w 1943 r. liczono się poważnie z nalotami alianckimi, czego dowodem były wybudowane w wielu miejscach schrony przeciwlotnicze, na których można było odczytać „Erbaut 1943”, jak na tym naprzeciwko poczty głównej (obecnie zasypany). W zakładach F. Schichau poszczególne hale fabryczne otrzymały żelbetonowe wzmocnienia dachów (widoczne gołym okiem do dziś), ponadto w piwnicach przygotowano pomieszczenia zastępcze. Natomiast w budynku poczty głównej od strony ul. Garbary znalazła swoje podwoje lokalna komórka obrony i informacji przeciwlotniczej (Flugwachkommando - FLUKO). W koszarach obrony przeciwlotniczej (Flak-Kaserne) przy Serpiner Weg (ulica Dąbrowskiego) zintensyfikowano szkolenia przeciwlotnicze, a w pobliżu Nowakowa i Bielnika zainstalowano stacje radarowe.

Ale jako się okazuje pierwszy alarm lotniczy ogłoszono w Elblągu już 22 czerwca 1941 r., czyli w dniu agresji hitlerowskich Niemiec na Rosję Sowiecką. Dzień ten wspomina dawny elblążanin, Alfred Jädtke: „Po operacji w szpitalu miejskim przy Pott-Cowle-Straße (Żeromskiego) wylądowałem u mojej siostry mieszkającej przy Karl-Freyburger-Weg (Modlińska). Niedzielne przedpołudnie 22 czerwca 1941 r. było niezwykle piękne, a całą dzielnicę otulała niezakłócona cisza i poczucie bezpieczeństwa. Ubrane świątecznie dzieci bawiły się na ulicy wolnej od jakichkolwiek samochodów. Ale oto ten błogi nastrój zakłóciło trzech umundurowanych SA-manów, z których jeden miał przewieszony przez ramię bęben. Zdziwiło to mieszkańców wyglądających z domowych okien, że ci tak wcześnie wracają i wnet padły pytania: co się stało, dlaczego? – „wojna z Rosją” padła krótka odpowiedź.

Miałem jedenaście lat, więc waga tej odpowiedzi do mnie nie docierała, chociaż z lekcji historii wiedziałem o tym, jak to podczas I wojny światowej carska armia rosyjska była już niedaleko Elbląga, ale pod Tannenbergiem została doszczętnie pobita przez armię marszałka Paula von Hindenburga. Gdy wszedłem do domu, polecono mi być cicho. Moja siostra, szwagier i sąsiad stali przy radiu postawionym na małym stoliku. Z powagą na twarzach słuchali jakiegoś przemówienia. Okazało się, że to przemawia Adolf Hitler i mówi o ataku na Związek Sowiecki. Dziwny nastrój, zmieszane i zatroskane twarze. W tym momencie odezwała się moja siostra: „Miejmy nadzieję, że Bóg nam dopomoże”.

Dzieci bawiące się na ulicy momentalnie zniknęły. Rozmowy dorosłych nasycone były powagą i strachem. Dolecą rosyjskie samoloty nad Elbląg? Ależ skąd – niemiecka Luftwaffe jest nie do pokonania! I tak w trwodze i nadziei kończył się wieczór i nadchodziła noc na 23 czerwca 1941 r., gdy nagle około 22. lub 23. nad dachami Elbląga rozległ się wielotonowy ryk syren ogłaszających alarm przeciwlotniczy. A więc oni nadchodzą! Alarm lotniczy! Tego uczucia nigdy nie zapomnę. Pędzeni strachem zeszliśmy szybko do naszej piwnicy. Nikt nawet nie marzył by zapalić światło. Niezwykłość tej sytuacji spowodowała, że nikt z nas początkowo nie zastanowił się nad tym, że przecież w mieszkaniu na górze pozostawiono ważne rzeczy i przedmioty użytkowe.

Udaliśmy się szybko do mieszkania, by przynieść chociaż niezbędne rzeczy. Raptem twardy i głuchy huk przerywał ciszę - od Preußenberg (okolice ulicy Hodowlane) strzela już działo przeciwlotnicze! Ale dzięki Bogu skończyło się tylko na tym huku. Około północy alarm został odwołany. Można było odetchnąć. Ale następnego dnia syreny zawyły ponownie. Siostra nie zastanawiając się zbyt długo odstawiła mnie w bezpieczne miejsce, daleko poza miastem.
Ale minęło kilka lat i przyszedł styczeń i luty 1945 r. Do Elbląga dotarli sowieccy żołnierze, a wraz z nimi śmierć i zagłada”.
Lech Słodownik.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama