Reklama

Chciałem zobaczyć miejsce swojego urodzenia

15/02/2013 17:00

Urodziłem się w Niemczech, w Brauweiler, 17 lutego 1946 roku, ale jestem Polakiem. Rodzice wyjechali ze mną stamtąd, gdy miałem miesiąc, może półtora. Kiedy dorosłem, pojechałem do Niemiec tylko raz, było to kilka lat temu. Chciałem zobaczyć miejsce swojego urodzenia. Ale nie wiąże mnie z nim żaden sentyment — mówi elblążanin Edmund Mielcarski.

Zawierucha wojenna rzucała ludzi w różne strony. W 1940 roku matka Edmunda Mielcarskiego mieszkała w Krakowie. Miała wówczas 16 lat.

— Wywozili wtedy młodych Polaków do Niemiec na roboty, matkę też wywieźli — opowiada pan Edmund. — Nazywała się Anna Szymańska.

Pracowała tam jako pomoc kuchenna w hotelu, pomagała również gospodarzom na wsi. Przerzucali ją z miejsca na miejsce. Szybko nauczyła się języka niemieckiego i władała nim bardzo dobrze. 
Ojciec pana Edmunda, Józef Mielcarski, we wrześniu 1939 roku służył w wojsku, odbywał służbę zasadniczą. Był oddelegowany na kurs kierowców.

— Gdy wybuchła wojna, ojciec poszedł walczyć — opowiada Edmund Mielcarski. — Żołnierze polscy nie spali przez trzy dni. Kiedy znaleźli się w Puszczy Kampinoskiej, zasnęli twardym snem. Gdy się obudzili, byli już rozbrojeni przez Niemców, a następnie wywiezieni do Niemiec na roboty.

Józef Mielcarski z zawodu był kowalem. W Niemczech trafił do gospodarstwa rolnego. Właściciel gospodarstwa zatrudnił go jako mechanika, traktorzystę. Józef Mielcarski m.in. orał pole.

— Gdzieś tam moja mama i mój ojciec poznali się — opowiada Edmund Mielcarski. — W 1943 r. urodziła się moja siostra, a w 1946 roku ja. Ojciec nie narzekał. Musiał tylko tam być i podporządkować się dyscyplinie, która obowiązywała w tamtych czasach. Mama u jednych miała lepiej, u innych gorzej. Ale nie znęcali się nad nią. Dostała nawet wyprawkę dla dziecka: pieluchy, łóżeczko. Każda kobieta pracująca przymusowo, która urodziła dziecko, taką wyprawkę dostawała.
Jak opowiada pan Edmund, w tamtych czasach dzieci, również polskie, rodziły się w szpitalu, miały opiekę lekarską.

W Niemczech rodzice pana Edmunda wzięli ślub. Ochrzcili tam także swoje dzieci.

— Porządek tam jest. Gdy po dwudziestu kilku latach od zakończenia wojny zwróciłem się do nich, prosząc o metrykę urodzenia i akt chrztu, przysłali mi potrzebne dokumenty — opowiada Edmund Mielcarski. — Miałem miesiąc, może półtora, gdy rodzice stamtąd wyjechali. Płynęli statkiem do Szczecina, a ja przez całą drogę głośno płakałem.

Gdy wrócili do Polski, pojechali od razu do Grudziądza, gdzie mieszkała ich rodzina. Później Józef Mielcarski zaczął przyjeżdżać do Malborka i Elbląga. Pracował w melioracji, odwadniał Żuławy. W Jegłowniku znalazł stary dom, który wyremontował. 

— Od 1947 roku zamieszkaliśmy w Jegłowniku — opowiada pan Edmund. — W 1970 roku przeprowadziłem się do Elbląga.

Do Niemiec pojechał siedem lat temu razem z żoną, na zaproszenie swojego kuzyna. Mieszkał on w odległości stu kilometrów od miejsca, w którym urodził się Edmund Mielcarski. Pan Edmund pojechał tam, sfotografował się przy znaku drogowym.
— Zobaczyłem miejsce swojego urodzenia — wspomina elblążanin. 


Matka Edmunda Mielcarskiego przywiozła z Niemiec zdjęcie zrobione w roku 1940. Kobieta stoi przed katedrą w Kolonii. Kiedy pan Edmund pojechał do Kolonii, odnalazł tę katedrę, stanął w tym samym miejscu, gdzie stała kiedyś jego matka i również się sfotografował. Jeździł po okolicy i rozglądał się. Żałował, że nie nauczył się języka niemieckiego, bo zapytałby tamtejszych mieszkańców o różne szczegóły.

Obecnie rodzice Edmunda Mielcarskiego już nie żyją, zostali pochowani w Jegłowniku. Kuzyn mieszkający w Niemczech też już nie żyje, więc Edmund Mielcarski do Niemiec na razie się nie wybiera.
Karolina Krajewska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama