Reklama

Czy za kilka lat w Zalewie Wiślanym nie bedzie już węgorza?

15/08/2011 22:04

Jeszcze kilkanaście lat temu w ciągu jednego dnia mogliśmy złowić nawet półtorej tony węgorzy, dziś dziennie łapiemy ich zaledwie 50 kilogramów — mówi Jerzy Kasza, rybak z Fromborka. Drastycznie spadająca ilość tej ryby w Zalewie Wiślanym to efekt ponad dwudziestu lat zaniedbań.

Z pokolenia na pokolenie dla rybaków znad zalewu głównym źródłem utrzymania był połów i sprzedaż ryb, a zwłaszcza węgorzy. Jak sami wspominają bardzo chętnie akurat ten rodzaj ryby kupowali zagraniczni turyści, głównie Niemcy.
— Płacili markami lub dolarami i wtedy można było na węgorzu zarobić — twierdzi rybak z Fromborka.

Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Kilkunastoletnie zaniedbania władz państwowych sprawiły, że zawód ten staje się coraz mniej opłacalny. Obecnie na Zalewie Wiślanym jest zaledwie kilka załóg rybackich, natomiast w latach świetności było ich aż czterdzieści. Powodów tak drastycznie zmniejszającej się liczby rybaków jest kilka. Część z nich zrezygnowała kilka lat temu w momencie, kiedy Unia Europejska płaciła za złomowanie swoich kutrów. Inni nie wytrzymali konkurencji, a pozostali zrezygnowali z powodu coraz mniejszej liczby ryb w zalewie.

— Ten zawód zazwyczaj przechodzi w rodzinie z pokolenia na pokolenie — mówi Andrzej Lemanowicz, burmistrz Tolkmicka. — Jest to charakterystyczna praca i wcale nie łatwa, bo na wodę trzeba wypłynąć w każdych warunkach, także jak jest zimno. To nie jest łatwo, te sieci trzeba wyciągać z wody ręcznie. Do tego są przerwy w połowach, węgorza jest mniej i sandacza też. Owszem jest więcej leszcza, ale to nie jest już tak szlachetna ryba.

Jedynym pocieszeniem dla rybaków jest to, że skoro ryby jest coraz mniej to i wyższa jest jej cena.
— Kiedyś była dużo tańsza, a teraz wprawdzie jest jej mniej, ale za to jest droższa i to nas ratuje — przyznaje Piotr Żydziak, rybak z Fromborka, który w zawodzie pracuje już czterdzieści lat.

Ratunkiem dla rybaków jest systematyczne zarybianie akwenów, tyle że tak na dobre zaprzestano go już dobrych kilkanaście lat temu. Jak twierdzą rybacy, w tym czasie były wprawdzie pojedyncze akcje, ale one nie wpłynęły na poprawę sytuacji. Efekty teraz są takie, że w naszych wodach brakuje tej szlachetnej ryby.

— Komuna się rozsypała i tym samym rozsypało się wszystko — uważa Piotr Żydziak. — Niemcy zabierali od nas węgorza, a przywozili narybek i tak to się kręciło. Pamiętam jednego dnia udało nam się złowić ponad pięć ton tej ryby. Jeszcze do tej pory mam gdzieś kwity ze spółdzielni.

Z pomocą rybakom przyszedł ostatnio Instytut Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, który realizuje „Plan zagospodarowania zasobami węgorza w Polsce”. W celu odbudowy jego populacji do kilkunastu akwenów w województwie wpuszczono narybek węgorza. Wartość pierwszego etapu projektu wyniosła 3,5 mln zł i ma zakończyć się w grudniu. I w ten oto sposób do Zalewu Wiślanego w miniony piątek trafiło 1,7 ton tej szlachetnej ryby. Jeśli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, to ryba gotowa do łowienia będzie za około 5-6 lat.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=FjSITNTCvwk[/youtube]

Rybacy liczą na pomoc państwa, tyle że nie wiadomo czy w przyszłych latach znajdą się na to pieniądze. W dużej mierze decydować o tym będą prowadzone właśnie badania. Wśród wpuszczonych do zalewu ryb były także węgorze znakowane specjalnymi chipami. Te będą obserwowane, zostanie zrobiona analiza, a następnie powstanie specjalny program, który umożliwi wyeliminowanie przeszkód wodnych, które nie pozwalają na migrację węgorza. To pozwoli w przyszłości ustalić, jaką dokładnie drogę przebywa węgorz w czasie swojego życia.

— Musimy zbadać gdzie i na jakie przeszkody trafiają, a są to zazwyczaj różnego rodzaju przepławki czy zapory — mówi Mirosław Wasilewski z Biura Wsparcia Inwestycyjnego w Olsztynie. — Musimy je wyeliminować lub stworzyć alternatywną drogę dojścia do żerowisk.

Najbardziej pesymistyczny wariant zakłada także, możliwość braku zarybiania wód zalewu w kolejnych latach. Czy tak się jednak stanie okaże się po zrealizowaniu drugiego etapu projektu, czyli monitorowania wpuszczonego wcześniej narybku. Na ten cel przeznaczonych zostało osiem milionów złotych, które pochodzą z kasy Europejskiego Funduszu Rybackiego.

— Dopiero po tych badaniach okaże się czy warto w ogóle zarybiać, czy tutaj w tym momencie przyniesie to jakikolwiek skutek — twierdzi Wasilewski. — Ale tak jak mówiłem, musimy to wszystko sprawdzić.
kmf

Instytut Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie realizując założenia „Planu zagospodarowania zasobami węgorza w Polsce” w ramach operacji pt. „Zarybianie wód dorzecza Odry i Wisły narybkiem węgorza europejskiego Anguilla anguilla w celu odbudowy jego populacji dokonał zarybienia następujących obszarów wodnych w dorzeczu Wisły: jezioro Gardno, jezioro Łebsko - 210 kg węgorza, Zatoka Pucka - 1250 kg, Zalew Wiślany - 1700 kg, jezioro Drużno - 40 kg.

[gallery=4]19222[/gallery]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama