Reklama

Dwa lata w kagańcu… Interweniowała policja

06/05/2019 20:56

Nie wiadomo, jak jadł pies, który przez lata trzymany był w kagańcu i na łańcuchu przy budzie jednego z domów w okolicach Małdyt. Aby ściągnąć jarzmo z jego pyska, potrzebna była operacja. Zwierzę trafiło do schroniska, a policja zbada, czy doszło do znęcania się nad nim.

Między innymi policjanci oraz pracownicy schroniska dla zwierząt z Pasłęka 1 maja interweniowali w jednej z miejscowości pod Małdytami. To, co zobaczyli na miejscu, przechodzi ludzkie pojęcie.

— Otrzymaliśmy informację, że kobieta trzyma psa w skandalicznych warunkach — relacjonuje Barbara Zarudzka ze schroniska Psi Raj w Pasłęku. — Z relacji świadków wynikało, że zwierzę od dwóch lat nie miało ściąganego kagańca! Ten kaganiec dosłownie wrósł psu w ciało.

Te okoliczności potwierdza mł. asp. Anna Karczewska z Komendy Powiatowej Policji w Ostródzie.

— Rzeczywiście, policjanci interweniowali w okolicach Małdyt w sprawie zaniedbanego psa — powiedziała nam policjantka. — Pies trafił do schroniska w Pasłęku, w tej sprawie trwają czynności prowadzone pod kątem znęcania się nad zwierzętami.

Pies został przez pracowników Psiego Raju przetransportowany do gabinetu weterynaryjnego, w którym zwierzę musiało przejść zabieg ściągnięcia kagańca pod narkozą. Na szczęście jest szansa, by psiak doszedł do siebie.

— Jest z nami w schronisku, powoli zaczyna się przyzwyczajać do ludzi, mniej się boi, nawet zaczyna jeść z ręki — opisuje Barbara Zarudzka. — Pracujemy nad jego psychiką i jego ciałem, bo był bardzo zagłodzony. Prawdopodobnie był karmiony tylko chlebem i zdołał jeść tylko jego kawałki, które przedostawały się przez kaganiec…

Do władz gminy Małdyty zostaną wysłane dokument w sprawie administracyjnego odebrania zwierzęcia właścicielce. Osobne postępowanie prowadzi policja — być może zakończy się ukaraniem kobiety.

Obrońcy praw zwierząt liczą, że tego rodzaju przypadki spotkają się ze sprawiedliwością i surowymi konsekwencjami. Jak bowiem stwierdzają ze smutkiem, nie ma dnia, żeby nie była konieczna interwencja w sprawie krzywdy wyrządzanej czworonogom.

— Muszę przyznać, że za każdym razem boję się jechać na miejsce, boję się, co zobaczę… — nie kryje Barbara Zarudzka.
Łukasz Razowski

[media]548078[/media]
[media]548076[/media]
[media]548075[/media]
[media]548079[/media]






Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama