Reklama

Ekspedientka skatowana podczas napadu. "Nie mam świadczeń"

21/11/2011 19:53

To był kat. Rozbijał mi butelki na głowie, uderzał moją głową w ściany, kopał mnie po całym ciele — opowiada napadnięta ekspedientka sklepu. — Do tego pracowałam na czarno i teraz nie mam żadnych świadczeń.
 — Ta pani jest zatrudniona na pół etatu. To, co robi w tej chwili, odbieram jako próbę wyłudzenia pieniędzy — odpiera zarzuty właścicielka sklepu.


Przypomnijmy: 24 października nieustalony dotąd sprawca napadł na niewielki sklep przy ul. Komeńskiego w Elblągu. Zaatakowana ekspedientka doznała wielu ciężkich obrażeń. Ma m.in. złamany jeden z kręgów szyjnych.
 Napad na sklep przy ulicy Komeńskiego

Przez minimum trzy miesiące kobieta musi nosić kołnierz ortopedyczny. Swoją pracownicę w szpitalu odwiedziła właścicielka sklepu, twierdzi, że była u niej kilka razy.

— Przywoziłam jej soki, owoce, ciastka — wylicza pani Dominika. — Pomogłabym jej bardziej, ale mnie na to nie stać.

Sprzedawczyni pamięta tylko jedną wizytę, w trakcie której szefowa wracając do napadu stwierdziła: "Dobrze, że na tej zmianie nie było mojej matki, bo ona by tego nie przeżyła".

Szybko okazało się, że ciężkie urazy kobiety, to nie jedyne problemy. W szpitalu musiała okazać dokument, że jest ubezpieczona. Kłopot w tym, że pani Edyta, jak twierdzi, pracowała od 2 sierpnia na czarno - miała dostać umowę na pełen etat za najniższą krajową.
— Po wypadku szefowa kazała mi przedstawić NIP Urzędu Pracy, bo ja brałam cały czas kuroniówkę — przyznaje kobieta. — Tłumaczyłam jej, że muszę wyrejestrować się z PUP-u, bo to był wypadek przy pracy. A nie mogłam się wyrejestrować, nie mając umowy o pracę.

Kobieta twierdzi, że po wypadku szefowa ponownie obiecała dać jej etat, ale zwlekała z podpisaniem umowy. Pół etatu zaproponowała jej dopiero wtedy, gdy sprzedawczyni zagroziła, że pójdzie do prawnika.
— Gdy wysłałam tego sms-a, szefowa oddzwoniła do mnie i wykrzyczała, że nie ma pieniędzy na ZUS, że przecież był napad i ona też ma straty. Mówiła, że musi wymienić rozbity zlew — mówi sprzedawczyni. — Ja po tym telefonie się tak rozpłakałam, bo przecież on mi tym zlewem rozwalił kark. To szczęście, że ja żyję.

Zupełnie inną wersję przedstawia właścicielka sklepu.

— Pani Edyta owszem przychodziła do nas wcześniej, ale nie pracowała, a jedynie przyuczała się do zawodu — twierdzi. — 24 października był jej pierwszym dniem w pracy. Ma umowę na pół etatu zgłoszoną do ZUS. Tyle tylko, że jej nie podpisała w dniu wypadku, a później już nie chciała podpisać — dodaje.


To, że feralny dzień był pierwszym dniem w pracy pani Edyty wydaje się... niezwykłym zbiegiem okoliczności.

— Nie zgodziłam się na tę umowę, bo to kłamstwo. To krzywdzące dla mnie — uważa pani Edyta. — Ja pracowałam od 2 sierpnia przez sześć dni w tygodniu, po 8 godz. dziennie, a w niedziele i święto 15. sierpnia po 13. Szefowa od sierpnia obiecywała mi umowę o pracę i najniższą krajową.

— Po tamtej kontroli nie zostałam ukarana mandatem — stwierdza bizneswomen.

Pewne jest jedno - pracownica nie ma w tej chwili nic: ani chorobowego, ani odszkodowania za wypadek przy pracy. Dotąd nie dostała od właścicielki sklepu protokołu powypadkowego — ponoć jest przygotowywany. Nie ma też zasiłku, bo zgłosiła w Urzędzie Pracy, że pracowała pobierając zasiłek i zwraca nienależnie pobrane kwoty. A wkrótce może też stracić... pracę.
— Ja wiem, dlaczego pani Edyta nie przychodzi do pracy, ale dotąd nie dostarczyła mi umowy o pracę — wyjaśnia pani Dominika.


Pracownica o pomoc zwróciła się do Inspekcji Pracy. Twierdzi, że to była jej ostatnia deska ratunku.
— Inne pracownice pani Dominiki nabrały wodę w usta, boją się o pracę i nie chcą mi pomóc — mówi kobieta.

Twierdzi, że w inspekcji spotkała się z życzliwością i zachęca inne osoby pracujące na czarno, żeby nie bały się korzystać z pomoc PIP.

— Wystąpię do sądu pracy z wnioskiem o ustalenie stosunku pracy, a następnie z wnioskiem o ukaranie za zatrudnianie na czarno — informuje Eugeniusz Dąbrowski, szef elbląskiej PIP. — Zgłoszę również do prokuratury fakt niewydania protokołu powypadkowego, który powinien zostać sporządzony w przeciągu dwóch tygodni od wypadku.
— To próba zastraszenia — kwituje bizneswomen. — Mam jednak nauczkę na przyszłość, by mniej ufać ludziom.

Właścicielka sklepu ripostuje, że to chęć wyłudzenia pieniędzy przez pracownicę. 

— Rozmowy o tym nie było, bo nie stać mnie na zatrudnienie tej pani na cały etat — stwierdza. — Mam też świadków na to, że pani Edyta pracowała w sklepie od 24 października — dodaje.

Kobieta twierdzi też, że skoro zatrudniła pracownicę na pół etatu, to nie może po wypadku zmienić umowy, bo "ZUS się do niej przyczepi".
 Kolejny zbieg okoliczności: gdy 2 lata temu inspektorzy PIP kontrolowali sklepy należące do pani Dominiki (po donosie do Urzędu Skarbowego, że zatrudnia pracowników na czarno), większość ekspedientek stwierdziła, że jest dopiero drugi dzień w pracy.
Rafał Maliszewski

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama