Reklama

Motocyklem przez Transylwanię

01/02/2013 13:20





Nie kradną, nie zaczepiają, nic nie usiłują tobie sprzedać, nie biją. To o stereotypie obywatela Rumunii. Wręcz odwrotnie - są mili, uczynni i serdeczni. Niestety, wszechobecny brud, sterty śmieci i tragiczny stan dróg, to już nie stereotyp. O tym, jak wygląda Rumunia z siedzenia motocykla, uczestnikom spotkania z cyklu „Podróże dalekie i bliskie” opowiadała Karolina Borsukowicz.

W ubiegłym roku ona i jej czworo przyjaciół z Ostrołęki wybrali się do Rumunii w dwutygodniową podróż motocyklami przez Bieszczady, Słowację i Węgry.


Wydawać by się mogło, że jazda na motocyklu jest lekka, łatwa i przyjemna. Wiele radości przy minimalnym wysiłku. Karolina już na początku swojej opowieści taki pogląd obala. Tak może myśleć jedynie niedzielny motocyklista. Deszcz, wiatr, skwar, fatalne drogi i niedokładne mapy - na to nie sposób było się przygotować.

— Pojechaliśmy na motocyklach typu enduro. Są dobre na trudny teren. I były momenty, kiedy dziękowaliśmy Bogu, że nie jedziemy na innym sprzęcie. Nie dalibyśmy rady. Trochę mieliśmy też pecha. Pierwsza awaria przydarzyła się nam już za Ostrołęką, potem w Sanoku musieliśmy zrobić sobie dzień techniczny - naprawić motory i podreperować odzież. Na dodatek lało przez całą naszą podróż do granicy ze Słowacją, czyli przez trzy dni — mówi Karolina. — W Rumunii drogi są fatalne. Te powiatowe przypominają ubite klepiska. Te główne w najlepszym przypadku naszą starą siódemkę. Niestety, łatwo też się zgubić. Nie należy ufać rumuńskim mapom ani polskim mapom Rumunii. Są mało rzetelne. Wiele razy się zgubiliśmy. Kiedyś ponad godzinę jeździliśmy po polach kukurydzy. Było 30 stopni powyżej zera, a my w skórzanych, motocyklowych zbrojach. Na szczęście, co zresztą było dziwne, na środku pola spotkaliśmy pracowników kolei, którzy wytłumaczyli nam na migi, jak się przedostać do cywilizacji.




Trudy podróży rekompensują cudowne widoki. Historia Transalpiny (najwyżej położonej górskiej trasy w Rumunii) jest równie niesamowita, jak ona sama. Na początku była ścieżką wykorzystywaną przez pasterzy, nazywaną Poteca Dracului (Diabelska ścieżka). W latach 1880-1900 ścieżkę zastąpiła prowizoryczna droga, która służyła do pozyskiwania drzewa z pobliskich lasów. Po pierwszej wojnie światowej, ze względów strategicznych, wydłużono ją już do Novaci. Później zyskała miano Drumul Regului (Droga Królewska), gdyż często korzystała z niej rodzina królewska. Obecnie ma rangę drogi krajowej, co oznacza, że według kryteriów rumuńskich daje możliwość minięcia się dwóch pojazdów. 

— Transalpina jest cudowna. Jeziora, lasy, zakręty, które mają 180 stopni. Niesamowite wrażenie robi przełęcz Urdele — wspomina Karolina.


Od sześciu lat Rumunia jest członkiem Unii Europejskiej. Lecz życie wielu Rumunów różni się od tego, jakie wiedzie mieszkaniec zachodniej, czy środkowej Europy. Często luksusem są prąd i bieżąca woda. Pranie robi się w strumieniu, a czyta i je kolację przy świeczce. To kraj kontrastów, gdzie bieda miesza się z bogactwem. Przepiękne krajobrazy Karpat przesłaniają... latające worki foliowe. 
— Nigdy nie widziałam tak brudnego kraju. Wszędzie, gdzie się nie pojechało, było pełno puszek, butelek, wiader, tony śmieci. Niestety, w bardzo pięknych miejscach — mówi Karolina. 

daw
[gallery=4]39912[/gallery]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama