Reklama

Pasłęczanin podbija Himalaje. Za 6 tysięcy złotych

06/11/2011 12:05



Pożyczone buty, plecak i 6 tysięcy złotych. Tyle 37-letniemu Grzegorzowi Urbanowi z Pasłęka potrzeba było, żeby wyruszyć w Himalaje.


— Buty pożyczyłem przez koleżankę od jej znajomego. Na drugim końcu Polski zorganizowałem sobie plecak. Przywieźli mi go na dworzec w Rzeszowie. Tam się przepakowałem. No i pojechaliśmy — mówi Grzegorz Urban.




Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby móc zacząć myśleć o podróży w Himalaje?



— Pieniędzy nie trzeba mieć dużo. Trzeba się tylko trochę postarać — odpowiada podróżnik.


Buty i plecak są najdroższe. Gdyby chciał kupić buty potrzebne do podbijania Himalajów, za używane zapłaciłby tysiąc złotych, a za nowe 2 tysiące złotych. Pożyczanie większości rzeczy na wyprawę, to jego metoda. 

Podróż w Himalaje zaczęła się od pociągu do Rzeszowa. Potem był pociąg do Kijowa, następnie do Mińska. Z Mińska był samolot do Moskwy. W Moskwie 12 godzin czekania na samolot do Delhi. Z Delhi samolotem do Katmandu.



W sumie za dotarcie na miejsce zapłacił 1800 złotych. Do tego 700 dolarów miał w kieszeni. Z tego wydał 500 dolarów, łącznie z wejściami do muzeów i zakupem butli gazowej. Pobyt w górach nie kosztuje prawie nic. Gdyby wyjazd organizowała mu agencja turystyczna, zapłaciłby 20 tysięcy złotych. Wydał prawie 4 razy mniej.


Są ludzie, którzy mogą sobie pozwolić na miesięczną podróż luksusowym statkiem przez Atlantyk. 


— Lecz w ich podróży nie ma przygody, elementu zaskoczenia. Wszystko jest całkowicie zaplanowane. A to, co widzą, można zobaczyć i przeczytać w internecie — uważa pasłęczanin.
Grzegorz ma sprawdzone sposoby na tanie podróżowanie. Po pierwsze, warto łączyć miejsca, które chce się zobaczyć. Tak zwiedził Indie, Birmę.

— Zmierzając do celu podróży jak najwięcej przemieszczać się w nocy. To jedna z podstawowych zasad — zdradza podróżnik.


Radzi też, by jedzenie kupować na ulicy. 
— Nie ma co się bać. Wszędzie gotują tak samo — dodaje. — Większość jedzenia kupujesz w Polsce. Powinno być ono skondensowane. Jedzenie oszczędza się do momentu wejścia w góry. Powinno być ono dobrze policzone. Tak, żeby było wiadomo, ile posiłków i jakie można zjeść każdego dnia. Trzeba też mieć na około dwa dni rezerwy. W plecaku możesz mieć 30-40 kilogramów.
 Żeby nie nieść w tę i z powrotem, część rzeczy się pakuje, przykłada kamieniami i zabiera wracając. 



Na początku jest łatwo. Idzie się jak w naszych Bieszczadach. Potem jest już tylko śnieg. Woda dochodzi najwyżej do 70 stopniu Celsjusza. Nie ma więc mowy o gotowaniu. 
— Na początku jak idziesz, to o czymś myślisz. Później ogarnia cię taka euforia, że nie myślisz — mówi pasłęczanin.


Karolina Śluz

[gallery=4]22900[/gallery]
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=21C6HFztgsk[/youtube]

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama