Reklama

Podczas Biegu Katorżnika 
poznałem narzeczoną

01/09/2012 13:00

Po tym biegu ubrania nadają się tylko do wyrzucenia, bo tak śmierdzą bagnem, że pranie nie pomaga — mówi elblążanin Mariusz Kamiński o Biegu Katorżnika w Lublińcu, w którym wystartował po raz piąty.

Lubliniec to ok. 25-tysięczne miasto w woj. śląskim. Tutaj stacjonuje Jednostka Wojskowa Komandosów, która jest współorganizatorem odbywającego się raz w roku Biegu Katorżnika. Co czeka na śmiałków, którzy zdecydują się na przebiegnięcie ok. 10 km trasy? Podczas biegu muszą przeprawiać się przez jezioro, błoto, rowy melioracyjne, trzęsawiska, zarośla. Czekają na nich przeszkody naturalne i sztuczne. By dotrzeć na metę trzeba wykazać się niezłą kondycją.

Mariusz Kamiński, żołnierz z Elbląga, nie opuszcza żadnej edycji ekstremalnego biegu w Lublińcu od pięciu lat.
— Informację o Biegu Katorżnika zobaczyłem w internecie. Uznałem, że to coś innego, "brudnego", postanowiłem spróbować — mówi.

Dobrze pamięta swój pierwszy start w 2008 r. — Wtedy jeszcze najpierw w sobotę odbywały się eliminacje. Tak się złożyło, że je wygrałem. Nogi były przemęczone po tym starcie, organizm wyziębiony, bo akurat wtedy przechodziły burze nad tym rejonem, było zimno — wspomina.

— W niedzielę pobiegłem w finale. Każdy krok sprawiał ból. Byłem chyba w pierwszej dwudziestce. Pamiętam, że organizatorzy kazali nam w przypadku nadejścia burzy wychodzić z wody. Ale jak to zrobić, skoro tam wszędzie jest woda — wspomina z uśmiechem.

Jak mówi, sporo wysiłku kosztuje przeprawianie się przez jeziora i bagna. — W tym roku, gdy biegłem po suchej nawierzchni, to nogi mi odpoczywały — mówi.

Pokonanie trasy 28-letniemu żołnierzowi zajęło podczas tegorocznej edycji 2 godziny i 1 minutę.
— Dały o sobie znać trochę skurcze. Było dość ciepło, a woda była zimna - być może to przez te nagłe zmiany temperatur — mówi. — Buty miałem sklejone taśmą. To nauczka z poprzednich edycji. Jak rozwiąże ci się but, to trzeba go jak najszybciej związać. Później organizm może być tak wycieńczony, że będziesz miał z tym problem, brakuje koordynacji w placach, które drętwieją. Trzeba także obserwować zawodników przed sobą, trasa jest wąska, więc mogą być trudności z wyprzedzaniem.

Jak mówi pan Mariusz, po każdym biegu ubrania, w których się startuje, nadają się tylko do wyrzucenia.
— Nawet po wypraniu cały czas cuchną bagnem — mówi. — Kiedyś organizatorzy szukali firmy, która podjęłaby się wyprania ubrań uczestników, a byłoby tego z 2-3 tony. Żadna się nie zgłosiła — dodaje. 

Pan Mariusz podczas Biegu Katorżnika poznał swoją... narzeczoną, Wiolettę.

— To było w 2008 r. Za pierwszym razem zobaczyłem ją, kiedy szykowaliśmy się już do odjazdu. Złapaliśmy kontakt wzrokowy — wspomina. — Kolejnego roku spaliśmy w tej samej hali sportowej, zaczęliśmy rozmawiać, później razem przeszliśmy trasę, żeby zobaczyć co nas czeka. Wieczorem było ognisko, a rozmowa nam się kleiła. 

Narzeczona pana Mariusza mieszka w Inowrocławiu.
— Po powrocie z Lublińca mieliśmy kontakt telefoniczny i umawialiśmy się na wspólne starty w zawodach. Tak to się zaczęło kręcić. Teraz mieliśmy zaręczyny — dodaje elblążanin.

Pan Mariusz służy w wojsku od 2004 r.
— Najpierw odbyłem służbę zasadniczą w jednostce w Braniewie, a później trafiłem do 13 Elbląskiego Pułku Przeciwlotniczego — wspomina.

Tu służy do dzisiaj, chociaż jednostka nazywa się już inaczej, 15 Pułk Przeciwlotniczy w Gołdapi.

— Chciałem po szkole iść do wojska, do Krakowa do jednostki desantowo-szturmowej. Do Wojskowej Komendy Uzupełnień poszedłem jednak z aparatem na zębach i usłyszałem, że mam się zgłosić ponowie jak już go nie będę miał — wspomina pan Mariusz. — Spróbowałem drugi raz, ale nie było wolnych miejsc. Byłem już bliski zrezygnowania z wojska i kontynuowania nauki. Ostatecznie zostałem żołnierzem.

Bieganie to jego pasja, której poświęca dużą część swojego wolnego czasu. Mówi, że na inne hobby nie ma wystarcza czasu. Startuje także w "normalnych" biegach, także maratonach. Bierze udział w Maratonie Komandosa, podczas którego trasę 42 km trzeba pokonać w pełnym umundurowaniu i z 10-kilogramowym plecakiem.

— Jako dzieciak trenowałem judo. Już wtedy coraz bardziej podobało mi się bieganie. W judo, żeby walczyć, trzeba mieć partnera. Biegać można kiedy się samemu chce, kiedy ma się wolny czas zakłada się adidasy i rusza — tłumaczy.
Arkadiusz Kolpert

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama