Reklama

Siedemset lat i swoją książkę mają Rychliki

20/08/2010 09:56

Rychliki obchodzą siedemsetlecie swojego istnienia. Historyk Lech Słodownik, który pochodzi z tej wsi, napisał książkę „Rychliki 700 – lecie (1310 – 2010) z dziejów wsi i okolic”. W rozmowie z Grażyną Wosińską autor opowiada anegdoty i zdradza tajniki powstania książki.







— Kiedy i w jakich okolicznościach powstał pomysł napisania historii Rychlik?

— Szesnaście lat temu miałem wypadek. Podczas rehabilitacji w 1995 roku miałem więcej czasu i spędzałem go Rychlikach. Wtedy rozpocząłem pracę nad historią wsi. Wcześniej wiele razy odkładałem jej napisanie. 12 lat temu był gotowy zarys książki. Potem stale znajdowałem coś ciekawego w archiwach i dopisywałem. Korzystałem też ze wspomnień naocznych świadków, m.in. moich rodziców. Poznali się w Rychlikach, chociaż wcześniej mieszkali w pobliskich wsiach, między Warszawą a Mińskiem Mazowieckim.


— Co spowodowało, że zainteresował się pan przeszłością Rychlik?

— W czerwcu 1972 roku, gdy oglądałem w telewizji relację, jak na Okęciu witano prezydenta USA Richarda Nixona, zobaczyłem za oknami podjeżdżające trabanty i wartburgi. Okazało się, że przyjechała czwórka rodzeństwa Gunther ze Strasundu i okolic, którzy mieszkali w domu moich rodziców przed wojną. Otrzymałem wiele przedwojennych zdjęć i dokumentów. Okazało się, że znalezione na belce domowego strychu nazwisko Gunther należało do ich ojca Johanna. Był cieślą i sam wybudował dom w 1935 roku.


— W rozdziale Moje Rychliki opowiada pan o swoim dzieciństwie i rozrywkach. Jak pan wspomina tamte lata?

— To jest wspaniała podróż sentymentalna. Do dzisiaj mam w pamięci postać dyrektora szkoły w Rychlikach Władysława Cejmera. Chodził ubrany po wojskowemu, w saperkach i w bryczesach. W kieszeniach nosił skuteczny środek wychowawczy, czyli zrolowany pasek od spodni, zwany przez niego Wackiem. Trudno zapomnieć niezwykle mocny tubalny głos dyrektora. Spóźnialski był witany przez niego prześmiewczym hymnem. Basowi Władysława Cejmera wtórowała klasa. Pan Cejmer podczas swoich zajęć nadawał uczniom doraźne przydomki: stary bajcak, galabardy z klapeckami, rura od barszczu, łycha i micha. Uczeń, który nic nie kapował (nie rozumiał) był nicht verstehen.


— W publikacji podstawowym źródłem informacji nie były wspomnienia, ale przede wszystkim ponad sto dokumentów. Zawarł pan też w książce anegdoty. Czy mógłby pan opowiedzieć dwie związane z cesarzem Wilhelmem II?

— W jego gwardii przybocznej służył syn jednego z rychlickich bauerów. Opowiadał on, że gdy stał na warcie przed pałacem cesarskim, jedna z dam dworu wychodząca z pałacu nieszczęśliwie zahaczyła obszerną suknią o jego szpadę. Ten dzielny wojak w rodzinnej wsi pochwalił się, co też zobaczył pod porwaną suknią. Druga anegdota dzieje się we wsi Prakwice, niedaleko Świętego Gaju. Tam przyjeżdżał cesarz na polowania. Pewnego dnia zaziębił się i nadworny lekarz chciał odwieść Wilhelma II od wyruszenia na łowy. O świcie okna cesarza zroszono wodą, by pomyślał, że pada deszcz. Przy śniadaniu monarcha powiedział: „Panie doktorze, wypraszam sobie, by zajmował się pan pogodą”. Dzisiaj z pałacu, gdzie przebywał cesarz zostały tylko ruiny.




Książkę „Rychliki 700 – lecie (1310 – 2010) z dziejów wsi i okolic” wydał Urząd Gminy w Rychlikach. Na ten cel otrzymał dofinansowanie z Unii Europejskiej. Nakład wynosi 500 egzemplarzy. Na początek publikcję otrzymają goście konferencji naukowej, która rozpocznie się 27 sierpnia o godzinie 11 w Gimnazjum w Rychlikach. Spotkanie odbywa się w pierwszym dniu dwudniowych obchodów siedemsetlecia Rychlik. 













Grażyna Wosińska

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama