Reklama

Walka z dopalaczami. Palił Niebieski ogień, 
trafił do szpitala

15/01/2013 16:10

Lawendowy ogród, Sosnowa igiełka, Niebieski ogień — to nazwy specyfików, które są sprzedawane na terenie całego kraju w sklepach z tzw. dopalaczami, substancjami zastępującymi narkotyki. Niemal każdego dnia do elbląskich szpitali trafiają młodzi ludzie z objawami silnego zatrucia. W miniony poniedziałek została hospitalizowana kolejna osiemnastolatka.

— Denerwujący jest cynizm osób sprzedających pod niewinnymi, romantycznymi nazwami specyfiki, które mogą poważnie zagrozić zdrowiu i życiu nastolatków — mówi Marek Jarosz, szef Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Elblągu. — A to głównie młodzi ludzie, w wieku od 12 do 17-18 lat, sięgają po te substancje chemiczne.

Od początku styczna do elbląskich szpitali trafiło około 10 osób z objawami silnego zatrucia.
— Mamy coraz więcej doniesień o przypadkach zatruć młodych ludzi, którzy kupowali dopalacze w Elblągu. Niestety, poszkodowani współpracują z nami bardzo opornie — przyznaje Marek Jarosz.

Większość nie chciała lub nie potrafiła wyjaśnić, jakie substancje zażywała i gdzie je kupiła. Sanpeid w trzech przypadkach potwierdził, że były to specyfiki ze sklepu z dopalaczami. Dwie osoby przyznały, że zażyły specyfiki, które wcześniej kupiły w sklepie z zapachami w Elblągu, a trzecia osoba podała jego nazwę. 
Jeden z nastolatków przyznał się do zażycia produktu o nazwie "Niebieski ogień". Tydzień temu inspektorzy sanepidu skontrolowali sklep, w którym środek miał być kupiony.

— Właściciel sklepu dostał zakaz sprzedaży tego produktu, a pobrane próbki specyfiku trafiły do laboratorium — informuje Jarosz.

W poniedziałek do szpitala trafiła kolejna 18-latka. Przebywa na obserwacji, jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

— Ona również przyznała się do zażycia substancji kupionej w sklepie z dopalaczami. W tej sytuacji chcemy przeprowadzić tam ponowną kontrolę — dodaje szef Sanepidu.

Co szczególnie zatrważające, jak podkreśla Marek Jarosz, współpraca jest trudna nie tylko z ofiarami zażywania nieznanych specyfików, ale również z rodzicami poszkodowanych.

— Bardzo często odmawiają oni udzielenia jakichkolwiek informacji, które mogłyby zapobiec zagrożeniu życia i zdrowia ich dzieci, a także uchronić przed tym zagrożeniem innych — mówi inspektor sanepidu. — A konsekwencje zażywania dopalaczy mogą być tragiczne.

Pod koniec ubiegłego roku sanepid zamknął sklep z dopalaczami w Elblągu. Wyniki przeprowadzonych wówczas badań potwierdziły wysoką szkodliwość jednego ze sprzedawanych tam preparatów. W działaniu był podobny do LSD.
 Od kilku tygodni punkt znów funkcjonuje - w tym samym miejscu, ale ma innego właściciela.

Sanepid nie wyklucza, że sklep zostanie ponownie zamknięty, jeśli wyniki badań potwierdzą, że sprzedawane są tam substancje zastępcze (czyli dopalacze), które mogą być groźne dla zdrowia i życia. Wówczas jego właścicielom będzie dodatkowo groziła wysoka grzywna - od 20 tys. do nawet miliona zł.
rm, wch

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo DziennikElblaski.pl




Reklama